Archwium > Numer 339 (11/2001) > Kiedy się modlisz > Nieznośny ciężar okruchu

Nieznośny ciężar okruchu
Nic się nie zmieniło.
ciało jest bolesne,
jeść musi i oddychać powietrzem i spać
ma cienką skórę, a tuż pod nią krew,
ma spory zasób zębów i paznokci,
kości jego łamliwe, stawy rozciągliwe.
W torturach jest to wszystko brane pod uwagę.
Wisława Szymborska

 

0. Kościół nie jest łodzią podwodną, ale rybacką barką, do której wdzierają się fale następujących po sobie epok, niosąc mody, przyzwyczajenia, style i filozofie, zadawnione ludzkie pragnienia i pokusy tym niebezpieczniejsze, im bardziej duchowe. Kiedy pochylam się nad tą kartką papieru, by zapisać kilka spostrzeżeń dotyczących adoracji Najświętszego Sakramentu, zdaję sobie sprawę, że jestem mimowolnym dzieckiem dwóch potężnych, choć subtelnych, przeplatających się ze sobą prądów myśli zwanych gnozą i ikonoklazmem. I tak oto — odezwie się może ktoś złośliwie z boku — problem adoracji Chleba, trudności trwania przed złocistą monstrancją, nie dla wszystkich jasne związki między Eucharystią a adoracją zostały rozwiązane przez wskazanie dwóch dość abstrakcyjnych winnych. Szukanie kozłów ofiarnych pozwalających zachować dobre samopoczucie w często nadwątlonej i zakurzonej przestrzeni wiary nie jest ani normalne, ani ciekawe, wskazanie zaś na naszą mimowolną, lecz do trwałych skutków przyprowadzającą podatność na często zwulgaryzowane echa filozoficznych lub pseudomistycznych propozycji może być w każdej refleksji bardzo przydatne.

Echa te niosą wiele z naszych codziennych problemów, obsesji — tych w samotności spożywanych ciężkich dań naszego życia. Wszyscy przecież doświadczamy zła w sobie i na zewnątrz, kolejnych niezawinionych krzywd dawno pokrzywdzonych ludzi, napadów bezsensów i tego, co bezrefleksyjnie, a szumnie nazywamy „niewystarczalnością świata” — jednym słowem skłonni jesteśmy przyznać rację etyce odrzucającej rzeczywistość istniejącą w imię doskonałości wyobrażeniowej, posługującej się hasłami: „nie tu, ale gdzieś tam”, „nie z tymi, ale z mającymi się objawić tam”. Dorzućmy: nie w ramach i kulturze, ale często w akcie destrukcji i w zniesieniu norm, w nowym, często okrutnym języku, z nowymi symbolami, bez krępującej ruchy umysłu materii, nie twarzą w twarz — bo te są tylko odbijającymi się w sobie lustrami — ale z duchowymi oczyma w bezkresie, który podobno najbardziej rzeczywiście rozciąga się w nas samych. Przy tym pojawiający się postulat prawdziwego i twórczego istnienia, istnienia na kształt sztuki „kontynuującej swój ciągły ruch ku uduchowieniu”, aż do zatracenia się w Begriff, czystym pojęciu — postulat ten nazywa się oryginalnością absolutną. Opisać go można i w ten sposób: nie umiem, nie mogę przyjąć czegoś, co staje przede mną jako obiekt z ustaloną już wartością, co zmusi mnie do uwagi, oceny, odrzucenia tego czegoś lub adoracji. Jedyne, co tak naprawdę liczy się w tej duchowej wizji, to moja wewnętrzna, wzniosła dyspozycja, którą — jeśli zechcę — wyrażę sam na zewnątrz. Nie rozumiem i nudzę się w przestrzeni byłej i ustalonej tradycją piękna. Uważam za swoje zadanie jej transcendowanie, przebijanie, wyrzucenie za burtę jako balastu zbędnego w locie do wyższych sfer ducha. Interesuje mnie akcja, koncept, prowokacja. Jeśli już używam otaczającej mnie, opisanej i zhierarchizowanej materii: chleb, kamień, drzewo, zwierzę (niestety, także człowiek), to wrzucam je w szokujące i nieprzewidziane dla nich konteksty — z zamiarem otrzymania mistycznego, całkowicie nowego, z niczym niedającego się porównać doznania.

 

1. Zatwardziała i przykładowa koegzystencja tych dwóch myślowych prądów znalazła dla siebie miejsce w głowach niektórych przedstawicieli Kościoła, którzy otarli się o nie tak dawną epokę rewolucji roku 1968. We Francji nazywa się ich w środowisku kościelnym Soixante–huiteur — i są postaciami symbolicznymi dla epoki prób i błędów związanych z odnową liturgii po II Soborze Watykańskim. Przezwisko to nie jest wcale łagodne i nie komplementuje ich — oznacza kogoś między dyżurnym, podszytym hippisem podstarzałym rewolucjonistą a liturgicznym happeningowcem, który np. wierzy, że sprawując Eucharystię w ciepłej jeszcze po porannej kawie filiżance, bliższy jest ludziom pracy, bliższy tzw. życia po prostu, którego w gruncie rzeczy nienawidzi, twierdząc, że z natury swojej jest opresywne, niesprawiedliwe i poniżające w swej fizjologii; mówi on, że walka o sprawiedliwość społeczną jest jego modlitwą. Adoracja Jezusa Chrystusa ma się odbywać w służbie innym, nie ma mowy o statyce i przesiadywaniu w kościele przed drzwiczkami tabernakulum, jest to bowiem wyraz chrześcijańskiego eskapizmu. Więcej powiedzą nam głosy z ulicy, a poza tym nie ma uprzywilejowanej przestrzeni, bo cały świat jest Boży, optymistyczny i otwarty na dialog (tu widzimy tylko pozorną sprzeczność jego przekonań — można powiedzieć, że nienawiść i optymistyczne uwielbienie świata są przecież tą samą ideologią), trzeba tam tylko dotrzeć.

Przywołuję tę postać nie po to, aby się nad nią pastwić, bo przecież to są ci, którzy zapłacili wysoką cenę za liturgiczne przemiany, z których my obficie dziś korzystamy — czynię to, by posłużyć się pewnym modelem myślenia, charakterystycznym i dziś sposobem stawiania pytań o praktykę adoracji Najświętszego Sakramentu. To, co w ich przekonaniu miało być bliższe życiu, „normalności szarego człowieka”, wyjściem ku zgłodniałemu Boga światu, przedłużeniem eucharystycznej Ofiary w codziennych obowiązkach — okazało się od potrzeb właśnie oderwane. Otwarcie stało się okrutnym zamknięciem, wiara stała się ideologią, walczącą i agresywną. Wahadło liturgiczne zostało wychylone w kierunku absolutnej, pozbawionej życia abstrakcji. Rewolucja — jak każda rewolucja — zjadła w końcu swoje absolutnie oryginalne dzieci. Nowa, prowokująca estetyka liturgii zastygła w swoiste obrazy smakujące nam dziś jak te dawne z Saint Sulpice...? Czegoś zabrakło, bo przecież pytania zadawane liturgicznej tradycji zdawały się słuszne. Warto je przypomnieć.

 

2. Chleb jest przeznaczony do jedzenia, a nie do wpatrywania się w niego. Sam Chrystus powiedział: „Bierzcie i jedzcie”, a nie: „Patrzcie, adorujcie”. Jednak dodał: „To czyńcie na moją pamiątkę” — chodzi więc również o działanie. Eucharystia to nie modlitwa, śpiew. Jej najbardziej charakterystyczny element to łamanie chleba, jest więc przejściem, Paschą. Jesteśmy naznaczeni przemyśleniami średniowiecznych teologów, którzy — jak to podkreśla chociażby ojciec P. M. Gy w Avancées du Traité de l’Eucharistie de S. Thomas..., artykule opublikowanym w 1993 roku — skoncentrowali teologię Eucharystii na fragmencie Chrystusowego przesłania — nakazu: „To jest moje Ciało, to jest moja Krew”, w odróżnieniu od współczesnych teologów podkreślających: „To czyńcie na moją pamiątkę”. Oczywiście dziękczynienie jest drugim wymiarem Eucharystii i nie wolno go zaniedbywać, ale powinno znaleźć swoje zasadnicze miejsce w sprawowaniu Mszy świętej, w momentach do tego przeznaczonych i podkreślanych wezwaniami: „W górę serca”, „Dzięki składajmy Panu Bogu naszemu”, jest bowiem dziękczynienie (gratiarum actio) najbardziej fundamentalną postawą chrześcijanina, która zakłada zaufanie pokładane w Bogu, oddawanie Mu chwały za dzieła, które uczynił, a nade wszystko za Łaskę, której udzielił nam w Jezusie Chrystusie (J 1,17; por. Paul de Clerc Adoration eucharistique et vigilance théologique). Chrystus nie jest ograniczony przez przestrzeń kościoła czy tabernakulum. Podczas Mszy świętej stół słowa Bożego jest zastawiany razem ze stołem eucharystycznym, Chrystus jest obecny w swoim Słowie, a adoracja Najświętszego Sakramentu spycha słowo Boże na pozycję tolerowanego dodatku, prywatyzuje członków kościelnej wspólnoty, która tworzy się właśnie przez sprawowanie Eucharystii, prywatyzuje Chrystusa, który staje się moim Jezusem, doskonałym psychologiem, który rozumie mnie i popiera w przeciwieństwie do nieakceptującej mnie wspólnoty. Godziny spędzane przed tabernakulum są często ucieczką od domowych obowiązków i wezwań codzienności.

 

3. Zastanawiając się nad kościelnymi praktykami związanymi z Eucharystią w XIII i XIV wieku — a jest to czas rozkwitu pobożności eucharystycznej — można zauważyć pojawiające się wtedy z dużą intensywnością słowo–klucz: „obecność”.

Słowo to nie jest w Nowym Testamencie używane w odniesieniu do Eucharystii. Prawdopodobnie cysters Baudouin de Fort, w swoim dziele Sakrament ołtarza (1161–1180), jako pierwszy nadał eucharystyczny sens słowom Jezusa z zakończenia Ewangelii według św. Mateusza: „Ja jestem z wami wszystkimi aż do skończenia świata”. Odtąd można obserwować rozwój koncepcji obecnościowej w odniesieniu do Eucharystii. Według Paula de Clerka wystarczy porównać praktyki eucharystyczne prawosławnych i katolików, by się przekonać o zmianach, które zaszły w XIII wieku na Zachodzie. Był to wiek, w którym wierni „zapragnęli widzieć Hostię” (por. E Dumoutet, Le desir de vior l’hostie et les origines de la dévotion au Saint–Sacrement). Najstarszy znany dokument dotyczący podniesienia wyszedł spod pióra biskupa Paryża Eudesa z Sully (1196–1208). Nie możemy jednak zapominać, że ten nowy kult zrodziły kontrowersje narastające w IX wieku, znane jako walka symbolizmu z realizmem. Ten pierwszy reprezentowany był m.in. przez Ratrama, drugi przez Paschazjusza Radberta, autora De corpore et sanguine Domini, który zdawał się utożsamiać Chrystusa eucharystycznego z Chrystusem historycznym. W wieku XI według koncepcji Berengariusza (zm. 1088) symbolizm wyznawany był w skrajnej postaci i zanegowaniu uległa nauka o transubstancjacji. Przypuszcza się jednak, że adoracja Najświętszego Sakramentu mogła być wtedy praktykowana przy niektórych kościołach i wiązać się z życiem rekluzów zamieszkujących cele przybudowane do świątyń i łączące się z nimi przez specjalny otwór umożliwiający rekluzom uczestniczenie we Mszy świętej, przyjmowanie Komunii św. i łączność w sprawowanym w obrębie murów oficjum. Zaświadcza o tym najstarsza reguła rekluzów II Regula solitariorum z końca IX wieku autorstwa Grimalaika. Nie miejsce tu na detaliczny kurs rozwoju praktyki adoracji Najświętszego Sakramentu. Pragnę jedynie uzmysłowić czytelnikom pewną często zapoznawaną prawdę, że liturgia Kościoła, jego praktyki są z zasady organiczne, a nie mechaniczne — znaczy to tyle, iż jej skarbiec zapełniany jest przez doświadczenie liturgiczne Kościołów lokalnych, które z kolei wsłuchane w potrzeby ludzkich serc, przynaglane ochroną czystości i żywotności wiary wyrażanej również przez słowo, gest, symbol, obraz — z wolna organizują przestrzeń wspólnego przeżywania tej wiary w chrześcijańskich misteriach, przechowując, asymilując, adaptując i ustanawiając (niekiedy zmieniając ich miejsce w liturgii danego Kościoła) święte czynności i obyczaje, które — podobnie jak zdrowa pamięć — nie są antykwaryczne, ale posiadają rangę horyzontu, jest w nich zawarta możliwość ciągłego „dorozumiewania się”, rozwoju, który wszak związany jest również organicznie z postawą świadectwa i żywej, poddanej działaniu Ducha Świętego wiary.

Przywołałem wiek XIII i XIV, ale przecież już po zakończeniu prześladowań Kościoła Chleb Eucharystyczny pozostały po sprawowaniu Mszy świętej zaczyna być otaczany coraz większą zewnętrzną czcią. Konstytucje Apostolskie (koniec IV i początek V wieku) nakazują diakonowi zebrać pozostały po komunii wiernych Chleb i przenieść go do specjalnego sacrarium lub skarbca. Synod w Verdun (VI wiek) nakazuje przechowywanie Chleba Eucharystycznego w miejscu godnym i znaczącym, i — jeśli dochody kościoła na to pozwalają — ordynuje zapalić przy tym miejscu lampę. Dla papieża Leona IV (IX wiek) takim miejscem mógł być tylko ołtarz, na którym oprócz relikwii i czterech Ewangelii miało się znajdować Ciało Pańskie przechowywane jako wiatyk dla chorych wiernych (et pixis cum corpore Domini ad viaticum infirmis). I rzeczywiście taki był na początku cel przechowania Eucharystii — w starożytności i średniowieczu była to święta rezerwa dla chorych chrześcijan, którzy nie mogli uczestniczyć w zgromadzeniu świętych. Choć oczywiście można wskazać w liturgii niebezpośrednie zaproszenia wiernych do adoracji Ciała Pańskiego. Są momenty, np. przed przyjęciem Komunii św., w których wierni zobowiązani są do inklinacji i prostracji. W tym także momencie niektóre starożytne liturgie stosowały podniesienie Świętych Postaci z zawołaniem: Sancta sanctis.

Ciało Pańskie towarzyszyło ludziom w podróży, towarzyszyło ludzkiemu ciału nawet w grobie. W Dialogach (Księga II) Grzegorza Wielkiego napotykamy w historii młodego mnicha, którego ziemia wyrzuciła z grobu (rozdz. 24), zapis pewnej praktyki zapewne inspirowanej rytem pogańskim. Zrozpaczonym rodzicom tegoż mnicha św. Benedykt radzi: „Idźcie i połóżcie to Ciało Pańskie na piersi zmarłego, po czym w ten sposób go pochowajcie” (24,4). Hostia bywała nawet niekiedy wkładana do ust zmarłego. Jednak sobory w Kartaginie (rok 398 i 525) zakazały tych praktyk.

Powróćmy jednak do XIII wieku naznaczonego niezwykłym rozkwitem pobożności eucharystycznej. Na pierwszym miejscu należy tu oczywiście wymienić świętą Juliannę, przełożoną mniszek z augustiańskiego konwentu Mont–Cornillon w Belgii, wizjonerkę i autorkę pierwszego oficjum poświęconego Najświętszemu Sakramentowi. Wizje jej dotyczyły ustanowienia oddzielnego święta ku czci Ciała i Krwi Pańskiej. Entuzjazm jej współpracowników z miejscowej hierarchii kościelnej, np. biskupa Roberta z Torote, mieszał się z oporem członków kapituły katedralnej w Liége, dla których celebracja codziennej Mszy świętej była najwyższym sposobem uczczenia Ciała Pańskiego. Wreszcie w 1246 roku święto zostało ustanowione dla diecezji w Liége, a następnie w 1264 roku rozciągnięte na cały Kościół zachodni przez papieża Urbana IV. Święto to jednak — choć ustanowione i już legitymujące się miejscową tradycją — nie znalazło natychmiastowego odzewu w praktyce Kościoła powszechnego. Zdawało się, że wręcz zarzucono ten kierunek pobożności, skoro 50 lat później w 1314 roku papież Klemens V promulgował je na nowo. Święto zdawało się być w tej epoce zupełną nowością, nazywano je: nova sollemnitas i przyjmowane było z wolna, z namysłem, niekiedy na próbę, jak to miało miejsce u dominikanów, którzy włączyli je do swojego liturgicznego krwiobiegu w roku 1305, następnie odrzucili i na nowo przyjęli w roku 1322.

Boże Ciało kojarzy nam się oczywiście od wczesnego dzieciństwa z zapachem róż i piwonii, blaskiem niesionej w procesji i okadzanej monstrancji. Musimy jednak pamiętać, że to gest podniesienia Ciała i Krwi Pańskiej podczas Mszy świętej zrodził monstrancję. Jak już pisaliśmy — lud chciał widzieć Hostię, a moment podniesienia rozciągnął się mocno w czasie. Monstrancja zastąpiła wzniesione ręce kapłana. Służyła także do ukazywania relikwii, aż wreszcie zwyczaj ten został zakazany w XVIII wieku.

 

4. Spróbujmy opisać teraz sam gest adoracji. Najprawdopodobniej słowo pochodzi od łacińskiego ad os: adorujący przykładał rękę do ust i przesyłał pocałunek. Była to cześć specjalna zarezerwowana dla bogów starożytności i osób uchodzących za równych bogom — jak choćby imperatorzy. Taki właśnie gest wykonuje starożytny chrześcijanin Alexamenos na znanej bluźnierczej karykaturze przedstawiającej Chrystusa w postaci oślej głowy na krzyżu. Karykatura podpisana jest: „Alexamenos adoruje swojego boga”.

Dla św. Tomasza z Akwinu gest adoracji Boga ma również swój wymiar zewnętrzny i objawia się pokorną postawą ciała: przyklękanie wyraża, jak bardzo jesteśmy słabi w porównaniu z Bogiem, prostracja wskazuje na naszą nicość wobec Bożego istnienia. Dyspozycja zewnętrzna wyraża się w geście zewnętrznym, gest zewnętrzny służy podtrzymaniu i ćwiczeniu wewnętrznej pobożności.

Bóg jest Panem Wszechświata. Stworzycielem Nieba i Ziemi, Kimś, kto powołał nas do życia, dlatego należy Mu się bezwarunkowa adoracja, która według klasycznych tomaszowych podziałów obejmuje sobą umysł i wolę. Chcąc Boga adorować, trzeba Go już w pewnym sensie znać i wiedzę tę ciągle wzbogacać. Umysł z pokorą dostrzega wszędzie ślady Boga, także w ciężkich próbach, którym poddany jest człowiek na tej ziemi. Wola zaś nagina człowieka do pokornego stylu przeżywania rzeczywistości. Łatwo również rozpoznać w tej sferze owoce adoracji: człowiek staje się wyciszony, ogarnięty miłosną Bożą bojaźnią, Bóg sam staje się inicjatorem swojego kultu i ludzkiego działania, które doprowadza do szczerego ofiarowania się adorującego człowieka Bogu. Człowiek taki zawładnięty jest przez prawdę o Bogu — tak więc nie może zanegować ani Bożej wielkości, ani Jego miłosierdzia, piękności czy mocy. Tak samo godny jest adoracji Jezus Chrystus, Bóg–Człowiek, co stwierdza II Sobór Konstantynopolitański w roku 553. Sobór Trydencki wyznaje, że Nasz Pan jest prawdziwie, rzeczywiście, substancjalnie obecny w świętej Eucharystii, to znaczy Jego ciało, Jego krew, Jego dusza i Jego Boskość (por. Dezinger, nr 478) i ma być w niej adorowany. Tak więc: dignum et iustum est, godne to i sprawiedliwe adorować Najświętszy Sakrament, lecz pytania i argumenty wobec tej pobożności i przeciw tej praktyce pozostają nośne, proste, mają za sobą bazę w postaci historii liturgii, która bezwzględnie obnaża zatrważające i śmieszne dziwolągi w postaci np. „Mszy świętej dwu– lub trzytwarzowej” lub praktyk adoracyjnych zubażających wydarzenie. Nielitościwe to może dla dusz wrażliwych, lecz podobno oczyszczające i ukazujące, że cześć dla Najświętszego Sakramentu „to wyrażenie przestarzałe, jak i rzecz sama”.

 

5. Hans Urs von Balthasar miał odwagę napisać o tych wątpliwościach w Duchu chrześcijańskim:

Wszystko to ma pozory słuszności. Jednak może dla kogoś, kto myśli głębiej, nie da się tego sprowadzić do tak prostych formułek. Gdy próbujemy sporządzić bilans strony przeciwnej, czyż nie staje się widoczne zubożenie? [podkreślenie moje M. Z.]. Czy ruchem wahadłowym nie przesuwamy się w kierunku przeciwnym do czegoś „pneumatycznego”, pozbawionego substancji?

Jedno wszak pewne, gdy z drżeniem pochylimy się nad Ewangelią: oto spotykamy niespodziewanie (Dlaczego pełnia czasu wtedy?! Dlaczego „metoda” kochania taka?!) Miłość absolutnie skonkretyzowaną, dotykalną, cierpiącą, łaknącą mnie dla mnie samego, a zarazem mającą nieutulone pragnienie wprowadzenia mnie z moimi braćmi w nieopisaną miłość Trójcy Świętej, podzielenia się nią, udzielenia jej, aby radość nasza była pełna. Miłość Tego, Który „wykrwawiony, poraniony, nie cofnie nigdy swego oddania się”. Miłość, którą może doskonale scharakteryzować i taki nieco (bo słyszeliśmy i widzieliśmy już dużo...) szokujący cytat z naszej epoki, który spisuję z Grzegorza Górnego:

przypomina mi się rozmowa pewnego księdza z człowiekiem, który wyznał, że bardzo chciałby móc choć przez chwilę być na miejscu Boga i poczuć to, co czuje Bóg. „Nic prostszego — odpowiedział kapłan — weź młotek i wbij sobie gwóźdź rękę”.

Miłość ta jest niewyobrażalna, jest nieobjęta, lecz zarazem każdy z nas może wiele o niej powiedzieć, gdy tylko uzna, że to sam Mesjasz Jehoszua z Nazaretu, Chrystus, spowiada się z moich grzechów Bogu. Nie takiego mamy arcykapłana, który by nie umiał współczuć ludzkim słabościom! Zawsze, w każdym momencie, który został mi dany do przeżycia. I współczucie to objawia się najpełniej w Eucharystii.

W Eucharystii Pan przychodzi, jest to Jego akt, ale nie następuje potem akt odejścia. Można to powiedzieć inaczej: ofiara Eucharystii stanowi prawdziwe wydarzenie, a zarazem wtargnięcie wieczności w czas, po czym nie następuje powrót do wieczności (Balthasar).

On nigdy nie cofnie swego oddania się. Jednak więc Obecność, genialna intuicja teologów średniowiecza. Oczywiście, należy odrzucić wszelką naiwność i mityczność, ale właśnie — jak powiedzieć „to coś” mniej naiwnie?! Dorzućmy za Balthasarem, że „wieczne wydarzenie trójjedynej miłości Boga jest zarazem wiecznym stanem”. Wiem, nie działa to uspokajająco na orędowników wydarzenia — czyli w domyśle czynu, akcji, opcji na rzecz... w pewnym momencie może nawet rewolucji. Należy więc dotknąć Eucharystii, zobaczyć w niej czyn i kontemplację. Jeszcze dosadniej — zrobić szybki rachunek sumienia z naszego przeżywania Mszy świętej. Zapewniam, że zdaję sobie sprawę z niepodległości sakramentów i ich działania transcendującego moje ograniczenia, psychiczne stany i fizyczne ułomności. Jednak moim zadaniem jest dogłębne przyjęcie, przemyślenie, zasymilowanie tego, co się stało i dzieje się w Eucharystii (bo Msza św. odprawia się we mnie nieustannie!), moim zadaniem jest zachowanie w sercu tej drżącej z bojaźni miłości, która stała się i trwa, choć powtarzamy za patriarchą Jakubem: „O, jakże miejsce to przejmuje mnie grozą! Prawdziwie jest to dom Boga i brama niebios” (Rdz 28,17). Napiszę więc teraz wszystkim sfrustrowanym przez ułomne przeżywanie Przenajświętszej Ofiary pocieszenie, ale z tym zastrzeżeniem, że nie będzie ono pojmowane jako przewartościowanie wydarzenia kosztem właśnie i zachętą do słodkiej statyki, podczas której ubijamy czasami dość bezwzględnie życiowe interesy. Będzie to zarazem próba definicji adoracji Najświętszego Sakramentu:

Adoracja jest pamiątką i serdeczną myślą o tym, jak odwieczna miłość wtargnęła w czas, a czas otwiera się dla wiecznej miłości. Nikt nie potrafi uświadomić sobie czegoś takiego podczas Mszy świętej: przystępuje i przyjmuje chleb, może także wino, spożywa je i wraca na swoje miejsce, a po pięciu minutach opuszcza kościół. Nie wie, co się z nim dzieje. Wierzy, jak potrafi, ale wie, że nie zdaje sobie w pełni z tego sprawy. Pociesza się, iż całego życia na to nie starczy. Godzi się z tym i słusznie. Mimo to ma wyrzuty sumienia. Przyjął oddanie się Boga i tym samym je potwierdził. Czyż to nie znaczy jednak, że powinien upodobnić swoje życie do tego oddania się i poszerzyć do jego wymiarów? Jak to ma zrobić? Przeżywa dzień powszedni, jak potrafi. Z dobrą wolą. Jednak czy tak zwana dobra wola pozostaje w jakiejkolwiek proporcji do bezgranicznego udzielania się Boga w Jezusie Chrystusie? Czy jest jakieś kryterium, by móc o tym sądzić? (Balthasar).

Powiedzmy od razu szczerze: nie. Dobra wola nie wystarczy, jako też i marszczenie czoła w wytężonej, intelektualnej refleksji lub powtarzanie frazesów o swojej niegodności — szybko doprowadzi to do swoistej chrześcijańskiej ekologii, w której chroniony jest zagrożony gatunek: człowiek — kosztem Boga. Powiedzmy jeszcze inaczej: podkreślanie wyłącznie w Eucharystii czynu doprowadzi (z racji ludzkiej kondycji) wcześniej czy później do uzurpacji na terenie eucharystycznej wspólnoty, która to uzurpacja zawsze jest w końcu zamachem na zdrowy rozsądek i żywi się dla swojego przetrwania sukcesem, pogardzając światem rzeczy małych i pokornych rodem z Nazaretu (albo inaczej: ginie z braku legitymizującego ją u początków sukcesu).

Działanie sakramentu przekracza samo siebie. Będąc przede wszystkim przyjęciem miłości Boga, zawiera w sposób istotny moment kontemplacji, który przynagla, by sięgnąć poza działanie. Muszę i chcę dalej i głębiej przemyśleć „wielkie rzeczy, które mi uczynił Pan”. Muszę i chcę materialnemu pokarmowi i napojowi otworzyć mego ducha i mą egzystencję, ponieważ Pan, oddając mi się, zwraca się do nich. Akt przyjęcia musi objąć mnie całego, ogarniętego bez reszty wydarzeniem — stanem Pana eucharystycznego, który jest „Najświętszy” (Balthasar).

Jedyną prawidłową odpowiedzią na „wielkie rzeczy” jest człowiecza wdzięczność obecna właśnie przy adoracji, wdzięczność ogarnięta eucharystyczną łaską. Jakże wielka to dla człowieka próba!

 

6. Jeśli już zdecydujemy się nawiedzić Najświętszy Sakrament... I przyznać trzeba, że jest to wcale częste, choć zazdrośnie skrywane, bo kojarzone z naszymi niemocami i brakiem sukcesu... Przychodzimy często dzielić się swoim bezsensem, nie pojmując osobistego wrzucenia w życie. Wychodząc z kościoła, czekamy podświadomie na spełnienie próśb. Czy więc była to adoracja? Powiedzmy, że tak. Może lepiej: spotkanie swojego bezsensu z bezsensownym statusem Eucharystycznego... Być może to właśnie u początków adoracji — wdzięczności powinna leżeć podzielona troska, może nawet bez wielkiej wiary, bez mocnego przekonania o prawidłowości adresu... Może właśnie to otrząśnięcie się nagłe i pytanie, gdy powstaję z klęczek: „co ja właściwie tu robię i przed kim?!” — poprowadzi mnie do Jego tajemnicy.

Zalecam więc na początku nawiedzenia krótkie, lecz obowiązkowe, prawie jak wejście i wyjście, przy okazji, bez pracy nad oczyszczaniem myśli i czasu potrzebnego, by tak naprawdę pozbyć się noszonego w sobie zgiełku ulicy. Proponuję powtarzać, niekiedy na siłę, słowa małego Samuela przynaglanego głosem Pana w świątyni: „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha”. Jesteśmy Jego dziećmi, mamy wolny przystęp do Boga... To „czym Bóg jest, zostało nam objawione w Eucharystii”. Nie lękajmy się, Bóg poszerzy nas do wymiarów Eucharystii. I z adoracji wyniesiemy pokorę, bo Eucharystia jest pokorą Boga. Zostaniemy uciszeni, bo oto znaleźliśmy się w miejscu zamieszkanym, a nasza cisza będzie współtworzyć wspólnotę, do której przynależymy i która często zdawała się nam nie na naszą miarę (w dobrym i złym sensie tego słowa). Na niej to rozważymy Słowo, które może wcześniej „stało się dla nas” podczas sprawowania Eucharystii. Poczynimy także bardzo konkretne postanowienia — przebaczenie wrogom, opowiedzenie się za prawdą, przyznanie się do winy. Powoli też nauczymy się przebaczenia stawiającej nam opór materii świata, który jest kochany przez Boga, tak kochany, że zesłał nam swojego Syna, który stał się człowiekiem.

Człowiek ten został rozżarzony ogniem Boga na niezliczone iskry (non confractus, non divisus), trwa w stanie takiego oddania się Bogu, że Ten w sposób niewyczerpany może go dzielić na niedostrzegalne okiem cząstki — przez wszystkie czasy i przestrzenie. Wszak to Bóg Ojciec rozdaje nam Eucharystycznego Syna, a Bóg Duch Święty sprawia, że niewysłowione pomnożenie jednokrotnego wydarzenia stale się powtarza. Przede wszystkim jednak Ten, który się oddał, zamordowany na krzyżu, wykrwawiony, poraniony, nie cofnie nigdy swego oddania się. Nigdy nie będzie scalał swych cząstek eucharystycznych, aby powstała całość. Jako zmartwychwstały żyje także w stanie oddania się i wykrwawienia... (Balthasar).

Jeśli całym sercem przylgniemy do tego porażającego świadectwem wiary cytatu, na adoracji da znać o sobie absolutna, pozbawiona wszelkich póz i infantylizmu bezradność, bo bezradność okazuje się wtedy, gdy przywracane są właściwe proporcje człowiekowi i Bogu, wobec Którego człowiek staje i Któremu pozwala być Bogiem, ale również — a może nade wszystko — wtedy, gdy proporcje zostają potężną decyzją Boga zachwiane i człowiek wezwany zostaje bezwarunkowo do proporcji Boga... „Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz? Czym syn człowieczy, że się nim zajmujesz” — powtarza oniemiały Psalmista. I takie jeszcze słowa: „Podnosisz z prochu nędzarza i z barłogu dźwigasz ubogiego, by go wśród możnych posadzić, wśród książąt swojego ludu...”. I być może człowiek zniszczony bezsensem, człowiek, któremu zadawany ból i własna nikczemność nie wykrzywiły twarzy grymasem, lecz uczyniły z niej jeszcze jeden rekwizyt podobny tym z „tego wielkiego magazynu zrzuconych i zdartych skór, czy, jak kto woli, krajobrazu po wyprowadzce; masce wolności, lamusie porzuconych koturnów...” (Brodski), być może człowiek ten po raz pierwszy zapłacze, aby się rozwiązało. I stanie się to być może dziś, czyli w czasach Ostatecznych, kiedy On stoi u drzwi, a nam wystarczy — jak mówił Balthasar — „jedno uderzenie skrzydeł — i za nami wieczność”.


Michał Zioło OCSO - ur. 1961, drogę zakonną rozpoczynał jako dominikanin, w 1987 roku przyjął święcenia kapłańskie. W 1995 roku przeszedł do trapistów. Jest autorem książek, m.in. "Dziennik Galfryda"; "Bobry Pana Boga"; "Mamo, mamo, ile kroków mi darujesz?"; "Piosenka humbaka". Pod koniec ubiegłego roku nakładem Wydawnictwa W drodze ukazał się wywiad-rzeka z Michałem Zioło pt. "Po co światu mnich?" Mieszka w opactwie Notre-Dame d'Aiguebelle na południu Francji. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

ŚWIATŁO W SZCZELINIE

O nudzie

Literatura jest dla mnie formą duchowej higieny

Jak czytać Regułę?

Zanim powstanie wspólnota...


komentarze



Facebook