BUTELKA PEŁNA UCZUĆ
Czy przypadkiem nasze poczucie bezpieczeństwa nie jest powierzchowne, a stabilizacja nie przeradza się w stagnację? Jeśli chcemy się rozwijać, to optymalna dawka lęku jest nieodzowna.

FOT. EPI.LONGO/FLICKR.COM


W poszukiwaniu szczęścia i wewnętrznego pokoju próbujemy usunąć wszystko, co nam przeszkadza osiągnąć upragniony stan. Nierzadko pierwsze w kolejce do wyrzucenia za burtę stoją nasze uczucia. Nie wszystkie oczywiście. Mile widziane są uczucia pozytywne, które w odczuwaniu sprawiają nam przyjemność. Eliminujemy natomiast, albo przynajmniej usilnie próbujemy wyeliminować, uczucia negatywne, które są nieprzyjemne albo bolesne w przeżywaniu. Problem polega na tym, że z uczuciami, zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi, jest jak z naszym cieniem: nie można przed nimi uciec. Wiele mądrości w tym względzie ma stara opowiastka z życia mnichów. Młody mnich zmagający się z demonami własnego wnętrza, nękany był pokusą, żeby uciec z pustyni i opuścić mniszy stan. Żalił się więc starcowi, że chce porzucić swoje powołanie ze względu na kłębiące się w nim myśli i uczucia, z którymi nie może sobie dać rady. Stary mnich spojrzał na niego i rzekł: „Możesz odejść. Pamiętaj jednak: dokądkolwiek pójdziesz, zabierzesz samego siebie”. Nie ma ucieczki od włas- nych uczuć, nie ma ucieczki od samego siebie.

Uciekając od uczuć negatywnych, niechcący pozbawiamy się również możliwości przeżywania uczuć pozytywnych. Nie da się odczuwać wiecznej radości bez doświadczania smutku. Miłość bez chwil złości, wyrażających się w konstruktywnym sporze i niezgodzie, trąci powierzchownością i udawaniem. Pozbawiając się uczuć nieprzyjemnych, ograniczamy możliwość cieszenia się uczuciami przyjemnymi, ponieważ jedno uczucie często pociąga za sobą inne.

Wyobraźmy sobie, że nasz organizm to butelka, w której znajduje się mieszanka uczuciowego płynu. Nie jest on jednorodny, ale ułożony w nakładające się na siebie warstwy. Najbliżej powierzchni znajdują się te uczucia, które są nieprzyjemne i bolesne (zwłaszcza jeśli nasze dotychczasowe doświadczenia nie były pozbawione relacyjnych porażek), a dopiero głębiej kryją się te, które kojarzymy z miłością i szczęściem. Pozytywne uczucia są na dnie butelki i żeby do nich dotrzeć, musimy najpierw wypić dawkę uczuć bolesnych. Dlatego nie wszyscy docierają do głębszych warstw. Niektórzy nie mają odwagi przechylić butelki i spróbować najpierw gorzkiego smutku czy cierpkiej złości. W drodze do lepszego niejednokrotnie trzeba przejść przez najgorsze. A najgorszego się boimy. To lęk nam podpowiada, aby nie pić do dna.

Metropolia to nie sawanna

Jaka jest w takim razie rola lęku w naszym życiu? Czy jest to uczucie, któremu możemy zaufać? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy się cofnąć do czasów, gdy jeszcze nie było cywilizacji, a ludzie żyli w dzikich warunkach. Niezbędne były wówczas wszystkie zdolności, które zwiększały szansę przetrwania. Do nich należały właśnie emocje, a zwłaszcza lęk. Jako automatyczne i natychmiastowe reakcje walki lub ucieczki zwiększały one prawdopodobieństwo przeżycia. Gdy nasz przodek, przechadzający się wśród traw sawanny, zauważył w oddali zbliżającego się zwierzaka w paski, natychmiast uciekał. Każdą zbędną milisekundę zastanawiania się i wahania mógł przypłacić życiem, bo spotkałby się z zębami tygrysa. W sytuacji zagrożenia układ nerwowy wytwarza w naszym organizmie objawy lęku w czasie krótszym niż jedna sekunda. Wtedy całe nasze ciało jest zmobilizowane i gotowe do ucieczki.

Emocje mądrze prowadziły nas przez bardzo długi czas rozwoju, jednak nowa rzeczywistość, którą stworzyła cywilizacja, pojawiła się tak gwałtownie, że powolny proces zmian schematów życia emocjonalnego nie może dotrzymać jej kroku. Obecnie nie musimy się obawiać wilka czy niedźwiedzia, a co najwyżej szalonego kierowcy prowadzącego brawurowo samochód. Ostrzegawczy system lęku, stworzony dla przeżycia na pustkowiu nadal jednak działa, przysparzając nam czasem kłopotów w relacjach międzyludzkich. Dlaczego tak się dzieje?

Albo bliskość, albo śmierć

Nasze przetrwanie nie zależy jedynie od umiejętności unikania zewnętrznego niebezpieczeństwa. Jako ludzie jesteśmy stworzeni do relacji: rodzimy się i umieramy z przemożnym pragnieniem nawiązania, podtrzymywania i ochrony relacji z innymi. Fizyczne i emocjonalne życie dziecka zależy od bliskiej więzi z dorosłymi opiekunami.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Tomasz Gaj OP - ur. 1974, dominikanin, absolwent teologii PAT oraz psychologii SWPS, ukończył podyplomowe studium terapeutyczne w Laboratorium Psychoedukacji, współautor książki "Sankofa. Nie zmarnuj życia", pracuje w Dominikańskim Ośrodku Formacji i rozwoju TABGHA, mieszka w Łodzi. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

W trzech odsłonach

Pytanie do mnie

Pułapka

Ubóstwo

Problem czy tajemnica


komentarze



Facebook