TO NIE ICH WINA
Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro, Karolina Domagalska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, s. 208.

„Chęć posiadania dziecka jest tak obezwładniająca, że nie jesteś w stanie jej zwalczyć” – mówi Linda, bohaterka książki Karoliny Domagalskiej Nie przeproszę, że urodziłam.

To zdanie musi być punktem wyjścia do rozmowy o in vitro, którą toczymy zaciekle od wielu lat. Przerzucamy się argumentami, podpieramy statystykami, dzielimy się na tych, którzy są „przeciw”, i tych, którzy są „za”, wykluczamy się, obrażamy i w tych emocjach istota problemu schodzi gdzieś na drugi, a może nawet na trzeci plan. O co się spieramy? Niezmiennie o to samo: o procedury, ustawy, przepisy, paragrafy – człowiek, ten który ma się urodzić, którego w taki czy inny sposób chcemy powołać do życia, schodzi na dalszy plan. Choć podobno właśnie on jest najważniejszy. O jego życie chodzi. O to, by się urodził, by był. Próbujemy sprowadzić problem do światopoglądu, zamrażania zarodków, etyki, moralności. Tak się zapędzamy, że już nie myślimy, dokąd biegniemy.

Po przeczytaniu książki Karoliny Domagalskiej ktoś może powiedzieć: To nie nasz problem, być może tak jest gdzieś indziej – w Danii, Szwecji, Wielkiej Brytanii. Ale u nas jeszcze nie. Czyżby? A może u nas też tak jest, tylko wolimy głośno o tym nie mówić, nie przyznawać się? I nawet jeśli tak nie jest, w co naiwnie chciałabym wierzyć, to już za chwilę będzie u progu naszych drzwi. I co wtedy? Wtedy musimy zmienić wszystko, zaczynając od terminologii, bo jak mówi Laura – położna z duńskiej kliniki, w której przeprowadza się zabiegi in vitro – „rodzina to przestarzałe słowo, musimy szukać innego”. Już nie będzie taty, tylko „dawca, który dał nasienie”, i nie będzie mamy, tylko „surogatka tradycyjna”, która ofiarowuje swoją komórkę jajową. I będzie 100 albo 150 sióstr i braci, których nigdy się nie pozna, a którzy przecież gdzieś będą. Czy świat nie stanie wtedy na głowie?

Chciałabym z nim porozmawiać

Powtórzę to zdanie jeszcze raz: „Chęć posiadania dziecka jest tak obezwładniająca, że nie jesteś w stanie jej zwalczyć”. Z tej chęci posiadania, z tęsknoty za tym, by stać się rodzicem, by zrealizować się jako matka i ojciec zrodził się przemysł in vitro. Słowo przemysł nie jest tu na wyrost. Karolina Domagalska nie pozostawia złudzeń i strona po stronie coraz szerzej otwiera nam oczy. Dzięki niej poznajemy nie tylko rodziny, w których wychowują się dzieci urodzone za pomocą metody in vitro. Poznajemy także dawców nasienia, surogatki, kliniki, w których przeprowadza się zabiegi, czytamy o stronach internetowych, na których można sobie wybrać dawcę i zamówić nasienie. I o Targach Płodności w Londynie, na których prezentuje się kilkuset wystawców z całego świata.

No to zatrzymajmy się przy dawcach. Tych zewnętrznych. Oddanie nasienia do banku spermy to dla wielu z nich sposób na dorobienie sobie wcale niemałych pieniędzy. Korzystają więc studenci, bezrobotni, gorzej zarabiający. Niektórzy tzw. dawcy jawni piszą o sobie, ile mają lat, ile wzrostu, jaki kolor oczu, czym się interesują, gdzie pracują.

„Sven jest typem przystojniaka z tatuażami. Dawcą został między innymi dlatego, że potrzebował dodatkowych pieniędzy na zakłady piłkarskie. Jako menedżer w kawiarni zarabia dwadzieścia tysięcy koron, ale po podatku zostaje szesnaście tysięcy. Z oddawania spermy wyciąga trzy tysiące sześćset koron miesięcznie. I właśnie tę kwotę poświęca na hazard, z pensji by nie brał, taką ma zasadę. (...) Sven ma dwadzieścia cztery lata i jest dawcą otwartym. – Uważam, że to smutne, gdy dzieci nie mogą poznać prawdziwego, biologicznego ojca. Uznałem, że to dobre dla nich, żeby mogły zadać mi pytania o dziedzictwo, korzenie”.

Dawcy anonimowi pilnie strzegą swojej prywatności, nie chcą, by ktoś ich szukał, mieszał się do ich życia, domagał się w przyszłości kontaktów, spadku, pomocy, opieki. Zwłaszcza jeśli się jest dawcą bardzo aktywnym, z dobrej jakości spermą. Wówczas można mieć nawet ponad setkę dzieci. Na całym świecie.

Ruth jest tą, która szuka swojego ojca, swojej genetycznej historii. Mówi tak: „Pojawiają się w mojej głowie miliony pytań, które chciałabym zadać tacie. O jego rodzinę, historie chorób, zainteresowania. Czy mam jego oczy, czy wygląda tak jak ja, czy myśli tak jak ja? Skąd pochodzi, może jest Szkotem. Nie chcę nic innego. Usiąść, wypić kawę i porozmawiać. To najlepsze, co mogłoby mi się przydarzyć”. Ruth jeździ na spotkania dawców i ich dzieci, odwiedza kliniki, szuka swoich korzeni. Natrafia na milczenie. I rozgoryczona mówi: „Ludzie tworzyli dzieci jak lalki. Nie interesowało ich nic więcej poza tym, czy się uda”.

Z banku spermy korzystają pary, samotne kobiety, lesbijki – głównie ze Szwecji i z Norwegii, bo tam prawo zabrania samotnym kobietom na skorzystanie z inseminacji czy in vitro. Czasami trzeba stać w kolejce po dobre nasienie.

Obok dawców zewnętrznych są też dawcy rodzinni. Gosia dostała komórkę jajową od swojej starszej córki z pierwszego małżeństwa. Gdy wyszła drugi raz za mąż, była już po 40. Okazało się, że nie mogą z Mariuszem mieć dzieci. Próbowali in vitro. Nie powiodło się. Wtedy córka zaproponowała: Mamo, ja ci dam swoją komórkę. Gosia urodziła bliźniaki. Podczas zabiegu wykorzystano dwa zarodki, sześć dobrej jakości zostało. – Zdecydowaliśmy, że nie będziemy ich trzymać, już ich nie potrzebujemy. Oddaliśmy klinice, niech komuś podarują. (...) Niech one tam sobie gdzieś są i niech ktoś jest bardzo szczęśliwy”.

Tak, ktoś zapewne będzie szczęśliwy. Tak jak mama Ruth: „Ona jest całym moim życiem. Jestem dumna z niej i z tego, jak została poczęta. Gdybym kiedykolwiek miała możliwość poznania dawcy, uścisnęłabym jego dłoń i powiedziałabym: Dziękuję ci bardzo, bo bez ciebie nie byłoby jej na świecie. I mówi jeszcze: Nigdy, przenigdy nie powiem: Przepraszam, że cię urodziłam”.

Wie, że córka cierpi, że chce znaleźć ojca. A co by się stało, gdyby go odnalazła? Może nastraszyłby ją policją. – To koszmarnie niesprawiedliwe. To nie ich wina, że tak zostały poczęte. To my to zrobiliśmy.

Tak jest

Ta książka to ważny głos w dyskusji, którą nie tyle próbujemy się do czegoś przekonać, ile bezlitośnie od lat młotkujemy się po głowach. Warto ją przeczytać. Choć to lektura bardzo trudna, chwilami porażająca i odzierająca ze złudzeń i wyobrażeń. Bo kto przeczyta, nie będzie mógł już powiedzieć, że nie wiedział, nie myślał, nie spodziewał się, nie wyobrażał sobie. Wszystko jest: czarno na białym. Na chłodno. Bez emocji. Bez wytykania palcami, wartościowania i moralizowania. To tak, jakby autorka stanęła przed nami i powiedziała: Ja wam uczciwie napisałam, jak jest. Więc nie zamykajcie oczu, nie udawajcie, że o niczym nie wiedzieliście, że nie słyszeliście, nie mieliście pojęcia.

Kto przeczyta, już będzie wiedział. I wiele spraw dotyczących in vitro trzeba będzie przemyśleć od nowa.


Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

POPROSZĘ KILO MARCHEWKI

Jak pani może mówić o dziecku

Na skrzydłach aniołów

Matka nie swoich dzieci

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook