NIE TYLKO JAZZ
Zofia Komedowa Trzcińska, "Nietakty. Mój czas, mój jazz", Wydawnictwo Szelest, Warszawa 2015, s. 328.

Są takie książki, które długo się pamięta. Tę chciałoby się szybko zapomnieć. Nie dlatego, że jest zła albo nudna. Przeciwnie – to bardzo dobra książka. Szczera. Odważna. Z nerwem. Nie mierzę, ile w niej prawdy i nieprawdy, ile rozgoryczenia i bólu, ile pamięci i niepamięci. Chcę wierzyć, że tak było. Choć lepiej, żeby tak nie było. Żeby życie było inne. Mniej tragiczne.

Sześć lat po śmierci Zofii Komedowej Trzcińskiej ukazuje się jej biografia Nietakty. Mój czas, mój jazz. Trudno nawet powiedzieć, że to jej biografia, bo pewnie nigdy nie usłyszelibyśmy o Zofii Komedowej, gdyby nie on – Krzysztof Komeda Trzciński. Wybitny muzyk jazzowy, kompozytor muzyki filmowej, autor słynnej kołysanki Sleep Safe and Warm z filmu Dziecko Rosemary. Postać legenda.

Nie jest to więc biografia Zofii Komedowej Trzcińskiej, nie jest to też książka o Krzysztofie Komedzie. To jest książka o nich. O niezwykle utalentowanym mężczyźnie, który mógł być lekarzem, a został muzykiem. I o pięknej kobiecie z przeszłością, która została jego żoną. Połączył ich jazz.

Doktor muzyk

 Ich wspólna historia zaczyna się tak:

„To było wczesnym popołudniem 8 czerwca 1956 roku. Był niewysokim, szczupłym blond złocistym rudzielcem. Rozbujaniem potężnych ramion maskował niedowład prawej nogi. Swingował na fortepianie w zespole Grzewińskiego. A do tego był laryngologiem (…). Wymknęliśmy się z zatłoczonej sali z ukrytą w mojej przepastnej torbie butelką wina i poszliśmy przez mroczne, puste, gruchające przysypiającymi gołębiami ulice pod Wawel, na skarpę. Tam oparci o mur, wpatrzeni w migoczącą w świetle księżyca Wisłę, a potem na wschód słońca, przegadaliśmy parę godzin. (…) Tej nocy zwierzył mi się ze swojego rozdarcia pomiędzy medycyną a muzyką. Ambicją jego rodziców było, aby studiował medycynę, podczas gdy on marzył tylko o jednym… Chciał być jazzowym pianistą. (…) Po paru godzinach rozmowy wiedziałam, że rodzi się pomiędzy nami coś głębszego, coś co być może połączy nas na całe życie.

Ale było jeszcze coś wcześniej, przed tym czerwcowym popołudniem. Każdy miał przecież swoją przeszłość.”

Ona – Zosia Tittenbrun, panienka z dworu w Dryszczowie, dobrze wychowana, harcerka, łączniczka AK, rozwódka, matka.

On – Krzysztof Trzciński, poznaniak, świetnie zapowiadający się laryngolog, syn zamożnego urzędnika bankowego i lekarki. Kawaler. Komeda.

Komeda to pseudonim artystyczny. Wspomnienie z dzieciństwa. Z zabaw w wojnę, podczas których lubił dowodzić i jako dowódca miał swój sztab w starej szopie na podwórku. To tam kredą na drzwiach napisał KOMEDA opuszczając jedną literę lub pisząc wyraz z błędem ortograficznym. Od tego czasu koledzy mówili do niego Komeda.

Z tym podwórkowym pseudonimem wiele lat później wyruszył w świat. I zrobił karierę. A właściwie trzeba by napisać, że zaczął robić karierę. Napisał muzykę do Noża w wodzie i do Dziecka Rosemary. Zofia była jego sekretarką, menedżerką, impresariem. Podświadomie, a może całkiem świadomie, widziała jego talent. To ona namówiła męża, by rzucił medycynę, szpital i pacjentów. I karierę naukową. Życie ustatkowane, pewne, przewidywalne. Muzyka takich gwarancji nie dawała. A jednak się udało. Przypadek? Łut szczęścia?

„Znałam wielu mężczyzn, wielu artystów. Osobowości nietuzinkowych, dynamicznych, wciągających w swoją orbitę. Lecz Krzysztof górował nad nimi jedną, wyjątkową, niepospolitą cechą. Był nie tylko wrażliwym, utalentowanym artystą, ale także delikatnym, subtelnym i mądrym człowiekiem. Z natury małomówny i opanowany, nie wykazywał pazerności w chęci robienia kariery, wręcz nie dbał o nią, chociaż przecież wierzył, że urodził się dla muzyki. To pokora ducha połączona z wielką twórczą pasją, czasami wręcz do znudzenia pedantyczną dokładnością i rzetelnością w traktowaniu spraw zawodowych sprawiła, że ujmował mnie swoim niepowtarzalnym urokiem.”

Kołysanka

Nietakty to opowieść o muzyce, festiwalach, koncertach, kontraktach. O jazzie, który kiełkował w Polsce nieśmiało, bo pachniał czymś, co przyszło z Zachodu, co było obce i nie nasze. Z założenia złe i wywrotowe. Więc jazz grało się w ukryciu. Po cichu. Dla siebie.

Kto jednak go pokochał, kto poczuł ten rytm, nie mógł już o tym zapomnieć. Wsiąkał.

A jazz krok po kroku stawał się marką. Nazwiskiem. Sukcesem. Kulturą. Klubem. Festiwalem.

Zofia Komedowa barwnie, żywiołowo i niezwykle szczerze odkrywa przed czytelnikiem Polskę lat 50. i 60. – trochę zaściankową, nieufną, odciętą od świata. Polskę grającą, kochającą muzykę. Polskę artystyczną.

Jej barwna opowieść prowadzi nas trasa koncertową po świecie. Aż do Ameryki, gdzie miał się spełnić sen o sławie.

Komedę porwała praca, wielki świat i wielkie pieniądze. Niezwykle utalentowany, oddał się całkowicie muzyce. To ona była jego największą miłością. To ona miała być spełnieniem jego marzeń, planów, ambicji. To muzyka miała być biletem do oszałamiającej kariery. I podczas gdy on pracował, komponował, spotykał się, rozmawiał, imprezował i pił, Zofii coraz bardziej doskwierała samotność. Zamknięta w hotelowym pokoju chciała innego życia. Może nie spokojnego, z kapciami przy łóżku i codziennym obiadem na stole. Ale jednak innego. Przy nim. Z nim. Wyjazd do Ameryki był spełnieniem ich marzeń. On coraz częściej myślał o tym, by zostać tam na stałe. Ona coraz częściej mówiła o powrocie do Polski. Tam przecież miała syna z pierwszego małżeństwa.

Ich szczęśliwe życie nagle się rozsypało. Ona wróciła do kraju. On został za oceanem. Potem mieli zdecydować, co dalej. Gdzie będzie ich dom. Jak będzie wyglądała ich przyszłość.

Aż któregoś dnia zadzwonił telefon: Nieszczęśliwy wypadek. Krzysztof leży w szpitalu, jest w śpiączce. Niedowierzanie, rozpacz. Starania o paszport. Walka z urzędnikami. Szukanie znajomości, koneksji. W niepamięć idą złe dni, samotność, złość, rozstanie. Teraz chce być przy mężu.

Nie wierzy w to, co słyszy od lekarzy. Nie poddaje się.

Spoglądam na ich zdjęcie. Szczęśliwi, młodzi, uśmiechnięci. Myślę sobie: Co by było, gdyby nie wyjechała z Ameryki, gdyby nie wróciła do Polski, gdyby została z nim, choć on przy niej był coraz rzadziej? Może wszystko potoczyłoby się inaczej?

Do ostatnich chwil toczyła walkę o jego życie. Nie traciła nadziei. Wierzyła, że może w Polsce lekarze mu pomogą. Dokonując niemal cudów, przywiozła go samolotem do kraju. Ale nadziei już nie było. Krzysztof umierał… Miał 38 lat.

***

W tym miejscu nie kończy się jeszcze opowieść o ich życiu. Bo chociaż Krzysztofa już nie ma, ona żyje dalej. I nie pozwala, by świat o nim zapomniał. Ale nie ona pisze koniec tej historii. Za pióro chwyta jej syn, Tomek. To on dopisze ostatni rozdział tej wzruszającej, choć wcale niełatwej opowieści, którą podyktowało samo życie. Przeczytajcie.


Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

BYĆ BARDZIEJ

CUDOWNA ZWYCZAJNOŚĆ

PO KROPCE

Patrząc na Was, odpoczywam

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook