Archwium > Numer 515 (07/2016) > Starsi bracia > DZIEWIĘĆ RAZY ŚMIERĆ

DZIEWIĘĆ RAZY ŚMIERĆ
Widział, jak Niemcy rozstrzeliwują Żydów. Może dlatego przyjął tamtych pod swój dach.

Wiktoria Ulma ze wszystkimi dziećmi podczas zabawy. Pół roku przed zbrodnią. Zdjęcie wykonał ojciec - Józef Ulma. FOT. ZE ZBIORÓW MUZEUM POLAKÓW RATUJĄCYCH ŻYDÓW IM. RODZINY ULMÓW; MUZEUMULMOW.PL


Ta grusza to po wujku Józefie – mówi. Nie było jej na świecie, gdy tamto się stało. Urodziła się trzydzieści lat później.

– Babcia płakała po siostrze – słyszę chwilę później. Też urodził się trzydzieści lat po tamtym, wszystko zna z opowieści.

– Jak można było zabić te niewinne dzieci? – nie mogą uwierzyć w innych domach.

Od zbrodni minęło siedemdziesiąt lat. W Markowej mówią o niej tak, jakby była wczoraj.

Fotografia

Trzy czarne owce na pierwszym planie. Na drugim – kobieta i sześcioro dzieci: trzy dziewczynki, trzech chłopców. Ojciec po drugiej stronie obiektywu – robi zdjęcie.

Przyjrzyjmy się. Od lewej chłopiec w czapce z daszkiem, ręce wsunął do kieszeni kurtki. Koło niego starsza siostra, na ręku trzyma roczną dziewczynkę – troskliwie, jak młoda mama. Dalej – drugi chłopiec, młodszy od tego po lewej, siedzi na owcy. Matka jest w ciąży, ale tego na zdjęciu nie widać. Znowu dziewczynka, podtrzymuje za ramiona może dwuletniego chłopczyka.

Zdjęcie zrobiono w 1943 roku, jesienią. Wiemy to z podpisu. Można wnioskować, że dzień był ciepły – wszyscy lekko ubrani. Odświętnie. Może była niedziela?

To ich ostatnia rodzinna fotografia. Jeśli mężczyzna po drugiej stronie obiektywu zrobił zdjęcie we wrześniu, wszystkim zostało pół roku życia. Jeśli później – zostało mniej.

Egzekucja

W piątek 24 marca 1944 roku we wsi Markowa na Podkarpaciu Niemcy mordują Józefa i Wiktorię Ulmów i ich sześcioro dzieci. Wiek dzieci: od ośmiu lat do półtora roku. Zabijają też ośmioro Żydów – Ulmowie ukrywali ich na strychu.

Pół wieku później Instytut Yad Vashem nada pośmiertnie Wiktorii i Józefowi medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

W tym roku w Markowej otwarto Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej im. Rodziny Ulmów.

Kościół chce ich ogłosić świętymi.

Bez

Siedemdziesiąt dwa lata od zbrodni. Sobota, gorąco. Pachnie bzem, jak to w maju. Gdzieś na polu słychać turkot ciągnika. W lokalu gra orkiestra – wesele.

Wieś Markowa ciągnie się przez kilka kilometrów. Po obu stronach szosy zadbane murowane domy. Zostało kilka drewnianych – mają grubo ponad sto lat.

Na wzniesieniu neogotycki kościół św. Doroty. W pierwszą sobotę lipca 1935 roku Józef i Wiktoria brali tu ślub. Chrzcili dzieci: Stasię, Basię, Władzia, Franusia, Antosia, Marysię. Miał być jeszcze jeden chrzest, ale Wiktoria nie zdąży urodzić.

W kościele można dostać obrazek: Słudzy Boży Wiktoria i Józef Ulmowie z dziećmi (proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2003 roku). Wszyscy w odświętnych strojach. Malarz nie miał kłopotu z rodzinnym portretem – po Ulmach zostało sporo zdjęć.

Śmierć pierwsza: Józef

– Józef Ulma to był ktoś – mówią w Markowej. – Pracowity, oczytany. I dobry człowiek.

Rocznik 1900. W tamtych czasach to rzadkość, żeby chłopski syn uczył się dalej, a Józef idzie do zawodowej szkoły rolniczej w Pilźnie. Zakłada pasiekę, pierwszą we wsi szkółkę drzew owocowych, sprzedaje sadzonki, hoduje jedwabniki. Z rolniczych wystaw przywozi nagrody: „Za pomysłowe ule i narzędzia pszczelarskie własnej konstrukcji”, „Za wzorową hodowlę jedwabników i wykresy ich życia”.

Czytam list, jaki napisał do domu z Pilzna. Na papierze w linie czarnym atramentem same gospodarskie dyspozycje: „Prosiłbym zbadać pszczoły, czy żyją i jak”, „Czy cebula nie gnije i czy się sprzedaje?”, „Czy mróz nie uszkodził konarów pędów morwowych?”.

Gra w amatorskim zespole teatralnym. Księdzu się nie podoba, że zapisał się do Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici” – markowski proboszcz uważa organizację za komunizującą.

– Ja wujka oceniam po książkach – Jerzy Ulma jest synem Władysława, najmłodszego brata Józefa. Wychował się w ich rodzinnym domu, w kilku kartonach przechowuje księgozbiór wuja. – To był człowiek o szerokich zainteresowaniach – mówi bratanek.

Tytuły książek Józefa Ulmy: Historia powszechna, Ilustrowane dzieje Polski porozbiorowe, Dzicy mieszkańcy Australii, Jak stać się mistrzem życia, Leczenie syntetyczne mieszankami i ziołami, cały rocznik dodatku literackiego „Kurjera Lwowskiego”. Jeszcze broszurka „Co myśleć o rozruchach przeciw Żydom?”. Autor radzi: „Trzeba, aby u nas nie było żydowskich rozruchów. Domaga się tego religia, a i poczucie ludzkości i sprawiedliwości”. W Piśmie Świętym Józef zakreślił czerwonym ołówkiem przypowieść o miłosiernym Samarytaninie.

Nie tylko książki lubi. Kupił profesjonalny aparat fotograficzny, sztukę robienia i wywoływania zdjęć przyswaja sobie z samouczków. Fotografuje rodzinę, sąsiadów.

Zdjęcia z tamtych lat są ustawiane. Ale Józef Ulma fotografuje ludzi przy pracy w polu, w obejściu, na ślubach, weselach, chrzcinach, umarłych w trumnach. Michała Kluzę sfotografował w stolarni, szwagra Wojciecha Niemczaka przy łuskaniu bobu, nauczycielkę Rudeńską, jak idzie przez wieś z księdzem Krupą, kolegów Kazika Szylara i Janka Mularka, jak strzelają z procy. Nawet zdjęcie ślicznej żony komendanta policji nie jest pozowane – młoda kobieta założyła ręce za kark, patrzy lekko w bok, naturalnie się uśmiecha.

Ma trzydzieści pięć lat, gdy się żeni. Jak na tamte czasy – niemłodo.

Judasz

Cztery i pół tysiąca mieszkańców – jedna z największych wsi Drugiej Rzeczpospolitej. Nie byle jaka: prężne jest koło gospodyń wiejskich, jedna z mieszkanek redaguje ogólnopolskie czasopismo „Kobieta Wiejska”. W 1937 roku kółko teatralne w Markowej wystawia Kordiana i chama. Na inscenizację przyjeżdża Leon Kruczkowski. Wcześniej sztukę pokazano tylko w Warszawie.

Z recenzji: „Duże wrażenie zrobiła postać Adamusa (w obsadzie Józefa Ulmy), chłopa pańszczyźnianego, znękanego, obolałego. Postać ta mocno utkwiła w pamięci widzów – i długo na jej temat we wsi dyskutowano”.

Żydów w Markowej jest stu dwudziestu. Mieszkają w drewnianych domach na Kazimierzu – tak nazwano żydowskie osiedle na dole wsi. Mają trzy domy modlitwy. Na większe święta jeżdżą do synagogi w Łańcucie. Jak wszędzie – trudnią się handlem. Żydowskie dzieci chodzą do szkoły z polskimi. Podobno są pilniejsze.

W Wielkim Tygodniu polska młodzież wywiesza na drzewach przed żydowskimi domami kukły Judasza – żeby było wiadomo, kto zabił Jezusa. Starsi markowianie nie pochwalają młodzieńczych wygłupów.

Wiosną 1939 roku grupa wyrostków przytrzymuje siłą Joska Wolfa. Sadzą malują mu wąsy, brodę i pejsy. Dyrektor szkoły wpisze im naganę.

Kukła Judasza i malowanie wąsów z pejsami Joskowi Wolfowi to największe antysemickie incydenty w Markowej.

Śmierć druga: Wiktoria

Ciemne włosy zagarnięte do tyłu, spięte w kok – Wiktoria Niemczak tak się czesała.

Dwanaście lat młodsza od Józefa. Mieszkali niedaleko siebie, podobno długo się nie znali. – Może przez tę różnicę wieku – zgaduje ktoś z rodziny. – Kiedy on był już kawalerem, ona chodziła jeszcze do szkoły.

Pochodzi z licznej rodziny. W szkole powszechnej idzie jej z początku tak sobie. Z zachowania bardzo dobry, ale z pilności, polskiego, rachunków, geografii i historii – dostateczne. W ostatniej klasie się poprawi – same czwórki i piątki.

Ambitna. Chodzi na Uniwersytet Ludowy. Też jest w amatorskim teatrze, w jasełkach gra Matkę Bożą. W Markowej mówią, że pewnie w tym teatrze poznała Józefa.

Roman Kluz, siostrzeniec Wiktorii: Ciocia była bardzo gościnna.

Wojna

Godzina policyjna, przymusowe kontyngenty, wywózka na roboty do Rzeszy – tak żyje się w Markowej od 1939 roku. Żydom poodbierano sklepy, każą im nosić opaski z gwiazdami, żydowskie dzieci nie chodzą już do szkoły.

Estera Goldman z Markowej nie ma złudzeń, co Niemcy zrobią z Żydami, a potem z Polakami. Powtarza: My, Żydzi, idziemy na śniadanie. Wy, Polacy, pójdziecie na obiad.

Śmierć trzecia: Stasia

Najstarsza z rodzeństwa, rocznik 1936. Dlatego z dzieci Ulmów ją najbardziej pamiętają.

– Ładna dziewczyna była ta Stasia, do ojca podobna – Anna Bącal jest rok starsza od Stasi. – Krowy z nią pasłam.

Stasia wypasa krowy nie tylko z Anią Bącal. Zdjęcie: przysiadła na miedzy z Hanią Szylar. Dziewczynki mają książkę. W tle dwie krasule skubią trawę.

Roman Kluz (jego mama była siostrą Wiktorii) to najbliższy kuzyn Stasi, ten sam rocznik, chodzili razem do szkoły. Pamięta, jak w marcu 1944 roku nauczycielka kazała dziewczynkom zrobić lalki, a chłopcom – kołyski. Stasia wybrała kuzyna, żeby zrobił kołyskę dla jej lalki. Dla Romana żaden problem – jego ojciec, Michał, był stolarzem.

– Nie zdążyłem jej zanieść tej kołyski.

Zagłada

1942 rok, styczeń. W eleganckiej willi pod Berlinem przywódcy Trzeciej Rzeszy zdecydowali: kwestię żydowską trzeba rozwiązać ostatecznie. W podbitej Europie naziści mordują Żydów od początku wojny, ale Himmlerowi zależy na przyspieszeniu zagłady.

W eleganckiej willi uradzono: miejscem „ostatecznego rozwiązania” ma być Generalna Gubernia – tam jest najwięcej Żydów. Ludność żydowską z całej Europy przesiedlić do skupisk przy liniach kolejowych. Stamtąd transporty kierować do obozów zagłady, takich jak: Auschwitz-Birkenau, Bełżec, Sobibór, Treblinka.

Operacja ma kryptonim „Reinhard” – od Reinharda Heydricha, autora zagłady. Miał mówić: „Kiedyś, po wielu latach, ludzie będą nam wdzięczni za to, co wzięliśmy na swoje barki”.

Śmierć czwarta: Basia

Druga po Stasi. Na rodzinnym zdjęciu stoi po prawej, na głowie ma biały czepek. To ona podtrzymuje za ramiona młodszego brata. Po tamtych wakacjach poszłaby do szkoły.

Sprawiedliwi

Operacja „Reinhard” w Łańcucie i okolicach rozpoczyna się w sierpniu 1942 roku. Tutejsi Żydzi mają trafić do obozu w Pełkiniach. Stamtąd część ma być wywieziona do Bełżca, reszta – rozstrzelana na miejscu.

Niemcy opróżniają z Żydów podłańcuckie wioski. Każą się stawić wszystkim w Łańcucie. Mamią, że wyślą ich do pracy. Z Markowej stawiło się sześciu Żydów – większość nie uwierzyła w niemieckie obietnice.

13 grudnia granatowi policjanci znajdą w kryjówkach siedemnastu markowskich Żydów. Niemcy wszystkich rozstrzelają, ciała wrzucą do wspólnego dołu. Egzekucję widzi ze swojego domu Józef Ulma.

Od roku obowiązuje rozporządzenie gubernatora Hansa Franka: ukrywanie Żydów karane będzie śmiercią. W Markowej przechowuje Żydów osiem rodzin. Józef i Julia Barowie ukrywają pięcioro, Antoni i Dorota Szylarowie – sześcioro. Najwięcej jest u Ulmów – ośmioro.

Ze 120 markowskich Żydów zagładę przeżyje 21. Życie ocali też Abraham Segal z Łańcuta. Zatrudnił się w gospodarstwie Jana i Heleny Cwynarów. Podawał się za Polaka, używał fałszywego nazwiska. Gospodarze zorientują się, że jest Żydem – pozwolą mu zostać.

Śmierć piąta: Władzio

Pierwszy chłopiec, imię dostał po najmłodszym bracie Józefa. Stanisława Kuźniar, najstarsza mieszkanka Markowej, pamięta dobrze Władzia. Trzymała go do chrztu.

Na ostatnim rodzinnym zdjęciu Władzio ma czapkę z daszkiem, ręce włożył do czarnej kurteczki. Patrzy prosto w obiektyw.

Strych

Kiedy Żydzi zamieszkali u Józefa i Wiktorii? Tego nie wiemy – można przypuszczać, że latem 1942, gdy rozkręcała się operacja „Reinhard”.

Wiemy natomiast, kim byli. Saul Goldman, przedwojenny handlarz bydła, i jego czterech dorosłych synów. Wszyscy nazywali ich Szallami. Pozostałe trzy osoby to dwie siostry z Markowej: Gołda Grünfeld i Lea Didner z córeczką.

Mają kryjówkę na strychu. Jednak specjalnie się nie ukrywają, kręcą się w obejściu, Józef robi im zdjęcia. Na jednym Goldmanowie tną i rąbią drewno na opał koło domu Ulmów. Pomagają Józefowi w garbowaniu skór.

Dom stoi na uboczu. Może liczyli, że nikt się nie dowie. Ale ktoś ich wyda.

Śmierć szósta: Franuś

Jakieś pół roku przed śmiercią Franuś siedzi na czarnej owieczce. Nie patrzy w obiektyw jak Władzio – trzyma się kurczowo grubej wełny na karku zwierzęcia.

Nie doczekał czwartych urodzin. Miały być 3 kwietnia – zabrakło dziesięciu dni.

Furmanki

23 marca 1944 roku komendant żandarmerii w Łańcucie wydaje polecenie: czterech woźniców z końmi i furmankami ma się stawić w magistrackiej stajni. Żaden woźnica nie może być z Markowej.

Po północy dziewięciu niemieckich żandarmów i granatowych policjantów sadowi się na furmankach. Ekspedycją dowodzi porucznik Eilert Dieken, szef łańcuckiej żandarmerii. Towarzyszy mu Joseph Kokott, volksdeutsch z Czechosłowacji. Wśród granatowych policjantów jest posterunkowy Włodzimierz Leś – tutejszy, z Łańcuta.

– Nach Markowa! – porucznik Dieken nakazuje woźnicom, dokąd mają jechać.

Śmierć siódma: Antoś

Na zdjęciu Basia podtrzymuje go za ramiona. Antoś też dostał imię po stryju. Nie dożył trzecich urodzin – miały być w czerwcu.

Płacz

Z Łańcuta do Markowej będzie z dziesięć kilometrów. Jest przed świtem, 24 marca, gdy Niemcy docierają pod dom Ulmów.

Weszli na strych – mieli już doświadczenie, gdzie ukrywali się Żydzi. Dwóch synów Goldmana i Gołdę Grünfeld mordują we śnie. Następnie zabiją pozostałych braci i Leę Didner z córeczką. Na końcu zginie Saul Goldman. Potem wyprowadzą Józefa i Wiktorię. Podobno pierwszy zginął Józef.

Jeden z furmanów będzie opowiadał: „W czasie rozstrzeliwania na miejscu egzekucji słychać było straszne krzyki, lament ludzi, dzieci wołały rodziców, a rodzice już byli rozstrzelani”.

Śmierć ósma: Marysia

Najmłodsza z rodzeństwa. Na zdjęciu ma roczek, to ją trzyma na rękach Stasia. Nie patrzy w obiektyw, ale na Franusia, który siedzi na owieczce. Anna Bącal (wypasała krowy ze Stasią) pamięta, że Marysia nigdy nie płakała.

Dzieci

Niemcy zastanawiają się, co zrobić z szóstką dzieci. Porucznik Dieken każe je zastrzelić. „Żeby gromada nie miała z nimi kłopotów” – powie potem sołtysowi. Wie, że dziećmi trzeba się zajmować – ma kilkunastoletnią córkę.

– Mieli dużo rodziny – Roman Kluz, który nie zdążył zanieść do szkoły kołyski dla lalki Stasi, wciąż nie może się pogodzić ze śmiercią małych kuzynów. – Na pewno miałby się kto nimi zaopiekować.

Na rozstrzelanie małych Ulmów niemiecki porucznik każe patrzeć woźnicom. Jeden z furmanów będzie później opowiadał, jak volksdeutsch Kokott krzyczał: „Patrzcie, jak giną polskie świnie, które przechowują Żydów”.

Ciała Wiktorii, Józefa, Stasi, Basi, Władzia, Franusia, Antosia i Marysi oprawcy każą zakopać w dole koło domu. Rodzina po kryjomu rozkopie mogiłę i złoży ciała do czterech zbitych skrzyń. Proste trumny zrobi stolarz Michał Kluz.

W styczniu czterdziestego piątego, gdy Niemców nie będzie już w Markowej, rodziny wykopią trumny i pochowają na cmentarzu w jednym grobie. Na nagrobku pełno małych kamyczków. Zostawiają je Żydzi, którzy przyjeżdżają do Markowej – w judaizmie tak czci się zmarłych.

Śmierć dziewiąta

Przed śmiercią Wiktoria podobno zaczęła rodzić. Tak powiedzą ci, co wkładali ciała do trumien.

Anonim

Po zamordowaniu Ulmów Andrzej Szpytma dostaje anonim (pisownia oryginalna):

„Panie Szpytma. Te żydy co macie u siebie to usuńcie ich w jaki kolwiek sposób bo z wami tak samo będzie jak było z Juzkiem [Józef Ulma – przyp. red.] upomnijcie swego syna w Gaci o żydach.

Macie upomnienie od człowieka który wie że macie żydów. Proszę was miejcie się na postrożności i żydów usuńcie”.

– Andrzej to mój pradziadek – mówi Mateusz Szpytma, dyrektor Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej imienia Rodziny Ulmów. Prawnuk nie wie, czy ukrywał Żydów. W Markowej po wojnie nie wszyscy chcieli o tym mówić.

Pamięć

Lata osiemdziesiąte, Mateusz Szpytma ma dziesięć lat. Na zdjęciu w starych rodzinnych albumach widzi jakieś małżeństwo z szóstką dzieci.

– Kto to? – pyta rodziców.

– Ulmowie. Niemcy ich zabili.

Mateusz więcej nie pyta. Wiadomo: wojna była.

Czasem słyszał, jak babcia powtarzała: „Nasza biedna Wiktusia. Nie ma jej”. Babcia była siostrą Wiktorii Ulmy, matką ojca Mateusza. Umarła, gdy Mateusz miał siedem lat, nie zdążył jej o nic zapytać. Gdy chodzi do podstawówki, widzi nazwisko Ulmów na tablicy ofiar II wojny światowej. Sucha informacja, że zostali zastrzeleni przez Niemców. Nie ma: za co.

Młody Szpytma studiuje historię na krakowskim Uniwersytecie Jagiellońskim. Magisterkę i doktorat pisze z ruchu ludowego w Galicji.

Dobiega trzydziestki, gdy ksiądz mówi na mszy, że Ulmowie i ich dzieci powinni być błogosławionymi, bo oddali życie za drugiego człowieka. Dla Szpytmy nie ma teraz ważniejszego tematu. Chodzi po rodzinie, znajomych, sąsiadach i rozpytuje, co wiedzą o Józefie i Wiktorii Ulmach. Relacje nagrywa na dyktafon. Zbiera zdjęcia i pamiątki.

Jest rok 2003. Szpytma chce za rok, w sześćdziesiątą rocznicę zbrodni, postawić Ulmom pomnik. Dopnie swego – pomnik stanie niedaleko cmentarza. Na odsłonięcie przyjedzie z Izraela Abraham Segal – ukrywali go Cwynarowie.

Szpytma ma nowy pomysł: chce wybudować w Markowej muzeum poświęcone Ulmom. – Pomyślałem, że warto upamiętnić ludzi, którzy ratowali Żydów i zapłacili za to życiem.

Surowa bryła z pordzewiałej stali imituje prostą wiejską chatę – w takiej mieszkali Ulmowie. Zwiedzającym rzucają się najpierw w oczy słowa z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie (Józef zakreślił je w swojej Biblii). W środku odtworzono dom Ulmów: sień z drabiną, po której Żydzi wchodzili na strych, warsztat stolarski Józefa, izbę z piecem, drewnianymi łóżkami, szafą i biblioteczką z aparatami fotograficznymi i książkami.

W multimedialnym muzeum wypowiadają się ci, którzy znali Ulmów. I rodziny, które Żydów ukrywały. Obok donosy, jakie inni Polacy pisali do Niemców na Żydów i tych, którzy im pomagali. Jeden z anonimów ktoś podpisał: „Heil Hitler!”.

Szpytma: Nie wybielamy historii.

Odwaga

Dlaczego Ulmowie przyjęli Żydów?

Pieniądze raczej odpadają. Po egzekucji Niemcy znaleźli przy żydowskich zwłokach sporo kosztowności. Wniosek – nie płacili Ulmom za ukrywanie.

Józef już wcześniej im pomaga. Trzem Żydówkom kopie ziemiankę. Niemcy odkrywają kryjówkę, kobiety mordują.

– Może dlatego kolejnych Żydów przyjął pod swój dach? – zastanawia się Mateusz Szpytma.

Władysław, najmłodszy brat (zmarł niedawno), odpowiedź miał prostą: Bo był człowiekiem.

Kara

Pół roku po zamordowaniu Ulmów polskie podziemie wykonuje wyrok na Włodzimierzu Lesiu, granatowym policjancie z Łańcuta. – To on najprawdopodobniej wydał Niemcom, że Ulmowie ukrywają Żydów – mówi dyrektor Szpytma.

Możemy odtworzyć historię zdrady. Początek wojny: Leś zna Saula Goldmana i jego synów, za pieniądze pomaga im się ukrywać. Niemcy zaostrzają represje wobec Polaków, którzy pomagają Żydom – Leś się boi. Goldmanowie są już u Ulmów, od Lesia żądają zwrotu swojego majątku. Policjant zjawia się w domu Ulmów, prosi Józefa, żeby zrobił mu zdjęcie. To tylko pretekst – chce się upewnić, czy Ulmowie ukrywają Goldmanów.

Kilkanaście lat po wojnie Czechosłowacy wydają Polakom Josepha Kokotta. W 1958 roku sąd w Rzeszowie skaże go na karę śmierci. Kokott prosi o łaskę, Rada Państwa zmienia wyrok na dożywocie, potem zmniejszą mu karę na 25 lat więzienia. Na wolność ma wyjść w 1982 roku. Dwa lata wcześniej umiera w bytomskim więzieniu.

Gdy porucznik Eilert Dieken morduje dzieci Ulmów, jego córka ma kilkanaście lat. Po wojnie Dieken robi karierę w zachodnich Niemczech – zostaje inspektorem policji w Essen. Umiera w 1960 roku jako zasłużony obywatel miasta.

Córka przez całe życie wierzy, że ojciec w czasie wojny bronił porządku w Łańcucie, że dobrze się zapisał w pamięci miejscowych. Tak wynika z listu, który dostaje od niej Mateusz Szpytma, gdy zbiera materiały do muzeum. Kobieta się cieszy, że w Markowej pamiętają o jej ojcu i chcą go upamiętnić. Przysłała zdjęcie ojca w mundurze żandarmerii.

Szpytma jedzie do Essen, przyjmuje go siwa 85-letnia staruszka. Nie ma sumienia opowiadać jej o zbrodniach ojca. Na stole kładzie kopertę z dokumentami. Mówi, żeby sama zdecydowała, co z nią zrobić. – Nie wiem, czy otworzyła.

Dom

Idę tu na koniec. Polną dróżką, pod górę. Siedemdziesiąt dwa lata temu jechały nią konne furmanki z żandarmami i granatowymi policjantami. Teraz po obu stronach zieleni się gęsta pszenica. – Mamy dobrą ziemię – powie mi Agata. Jest córką bratanicy Józefa Ulmy. Zofia, jej matka, to córka Antoniego Ulmy.

Tragedię Józefa, Wiktorii i ich dzieci Zofia zna z opowieści – w marcu 1944 roku miała dwa latka. Tyle co Marysia Ulma. Chociaż w domu opowiadało się niewiele. – Tato nie chciał tego przeżywać na nowo.

Po wojnie Antoni zamieszkał w domu Józefa. Dom był zniszczony, ze starego drewna, Antoni rozebrał go i postawił nowy. Przychodzą tu czasem obcy ludzie, pytają.

Agata prowadzi mnie na miejsce, gdzie rozstrzelano Józefa i Wiktorię z dziećmi. – Ta grusza to jeszcze po wujku Józefie – pokazuje na stare drzewo koło domu. – On ją tu posadził. Wydaje jeszcze owoce, tylko ze starości łamią się gałęzie.

Na białej tablicy czarnymi literami: „W tym miejscu w dniu 24 III 1944 roku niemieccy żandarmi wymordowali rodzinę Ulmów, Szallów i Goldmanów”. Stoją dwa znicze.

– Często o nich myślę, najwięcej o dzieciach – Agata przerywa milczenie. – Moje są w takim samym wieku jak tamte. Biegały tutaj, jak moje biegają.

Korzystałem z książki Mateusza Szpytmy Sprawiedliwi i ich świat. Markowa w fotografii Józefa Ulmy. Dziękuję pracownikom Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II Wojny Światowej imienia Rodziny Ulmów w Markowej za pomoc w zbieraniu materiału.

Stanisław Zasada - dziennikarz, reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje m.in. z "Tygodnikiem Powszechnym" i "Gazetą Wyborczą". Jest autorem książek: "Duch '44 o kapelanach Powstania Warszawskiego" (WAM 2018), "Generał w habicie" o siostrze Małgorzacie Chmielewskiej i jej Wspólnocie Chleb Życia i "Wyznań księży alkoholików" (Znak). Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Poderwały się gołębie

DROGA, KTÓRĄ PRZESZLIŚMY

Marnotrawny syn

I TUTAJ TEŻ MI DOBRZE

DRUGIE ŻYCIE ŚWIECY


komentarze



Facebook