SZKOŁA APOSTOLSTWA
Feminizacja Kościoła, nagminne obleganie księdza przez dewotki i studentki, napełnia mnie zgrozą. To klęska Kościoła, choć oczywiście nie ostateczna, bo "bramy piekielne go nie przemogą".

Ojciec Tomasz Pawłowski, 50-lecie Duszpasterstwa Akademickiego "Beczka", Kraków 2014. FOT. MACIEJ MAZIARKA/DA "BECZKA"


Byłem zwyczajnym studentem. Od czasu do czasu zaglądałem do duszpasterstwa prowadzonego przez ojca Bernarda Przybylskiego, w którego byłem ślepo zapatrzony. Był to człowiek bardzo niezwykły jak na owe czasy. Czego on nie robił! Kradł jabłka w zielonogórskiem, chodził „w cywilu”, co było wówczas rzadkością, poza tym miał doktorat obroniony w Rzymie. W czasach studenckich „miałem” trzy narzeczone. Niestety, zakochiwałem się bez wzajemności. Może dlatego zapytałem kiedyś ojca Bernarda, jak najlepiej pomagać ludziom. Podpowiedział mi, że najlepiej czynić to u dominikanów. Wstąpiłem do zakonu. Duszpasterstwo akademickie najpełniej odpowiadało mojej naturze „wiecznego studenta”. Do dzisiaj nie przestaję się dokształcać. Z innych cech studenckich pozostała mi podobno bezczelność. Od wstąpienia do zakonu myślałem o duszpasterzowaniu wśród studentów, ale chcąc pozostać lojalny wobec woli Bożej, zdałem się na decyzje przełożonych i nic im nie sugerowałem. Tuż po święceniach zostałem wysłany jako „wio–wikary” do nowo tworzonej parafii dominikańskiej we Wrocławiu. Muszę dodać, że nie było to szczególne wyróżnienie. W trakcie studiów, które wówczas prowadzono w bardzo mało interesujący sposób, zasłużyłem sobie na miano kontestatora. Odważyłem się nawet opublikować w „Znaku” artykuł krytykujący nasze Kolegium. Chciałem kontynuować studia, więc w ramach lekcji pokory posłano mnie na parafię. We Wrocławiu moje aspiracje nieco przygasły. Zresztą klimat tego miasta jest usypiający i reumatyczny ze względu na tamtejsze bagna, Oławy i inne rzeczki. Podobno państwo niemieckie trzymało swoich urzędników najwyżej pięć lat „na zesłaniu” we Wrocławiu. Ja spędziłem tam rok.

Przeniesiono mnie do Poznania. Nie miałem konkretnej wizji duszpasterstwa, z którą przystępowałem do pracy. Miałem raczej wspomnienia i przemyślenia związane z moimi doświadczeniami: wizję retro z lat studenckich. Z młodości starałem się przenieść doświadczenie ostrej turystyki: głodno, chłodno, po trudnych trasach, bez dopieszczenia finansowego. To kształtowało odporność. W tym czasie moim nauczycielem i źródłem fascynacji był ojciec Joachim Badeni, z którym łączyła mnie przyjaźń, choć nie obywało się bez napięć. Z czasem pojawiał się u mnie coraz większy opór wobec jego wizji duszpasterskiej. Uważałem ją za nieco „nierealistyczną”. Różniliśmy się także w ocenie ludzi. Mój „realizm” ścierał się z „platonizmem” Badeniego, oceniającego ludzi bardzo optymistycznie albo zupełnie negatywnie. Ogólnie jednak nasze charaktery uzupełniały się i potrafiliśmy całkiem dobrze współpracować, co w przypadku duetów duszpasterskich nie stanowi reguły. Podstawą naszej współpracy była lojalność. Mimo odmiennych koncepcji, drzwi trzaskających po dyskusjach, na zewnątrz prezentowaliśmy „betonową” jedność, której nawet niektóre elementy w klasztorze poznańskim nie były w stanie rozbić.

W Krakowie, dokąd przeniesiono mnie z Poznania, bym na polecenie arcybiskupa Karola Wojtyły organizował duszpasterstwo, znalazłem się na kilka lat przed ojcem Badenim, którego tym razem właściwie ja sprowadziłem z Poznania. W Krakowie byłem już jakieś dziesięć lat, więc siłą rzeczy stałem się szefem. Często zresztą dochodziło na tym tle do komicznych sytuacji. Starałem się, złośliwie, narzucić mojemu byłemu szefowi linię posłuszeństwa i widziałem, jak kochany staruszek się denerwuje: czerwony hrabia, lewicowiec i demokrata, nie mógł znieść, gdy mówiłem: „Jako szef, w linii posłuszeństwa, polecam ojcu…”. Mówił wtedy: „Ojciec nie może mi niczego polecać, moim przełożonym jest przeor”.

Duszpasterstwo krakowskie – małe grupy

Koncepcja duszpasterstwa w Krakowie była bardziej sprecyzowana. W wymiarze duchowym niewiele się zmieniło, bo jest to rzeczywistość uniwersalna, a ludzie wszędzie właściwie są tacy sami. W Poznaniu miałem do czynienia z pierwszym rzutem inteligencji oraz ludźmi ze wsi. W Krakowie – choć nie brakło młodzieży spod Tatr i ze Śląska – były stare rodziny inteligenckie. Coraz bardziej żyliśmy soborem i model aktywnego laikatu zyskiwał na popularności. Zmieniało się też oblicze polityczne kraju. W Poznaniu była oczywiście młodzież „reakcyjna” – mówiąc językiem PRL-u – ale ich opozycyjność była raczej bierna. Rodzice, sparaliżowani strachem przed utratą posady, studzili młodzieńczą aktywność. Dawał też o sobie znać stereotyp rozsądnego poznaniaka. W czasach krakowskich zmianie ulegała sytuacja samej opozycji, coraz bardziej aktywnej, z KOR-ami pojawiającymi się na horyzoncie. Milicja oczywiście nękała naszych studentów. Przebywając na placu Wolności, w siedzibie milicji, jako goście – oczywiście przesłuchiwani – dowiadywali się, czym jest nasze duszpasterstwo. Mówiono im, że to „szkoła kadr antypaństwowych”. Kadry, to – mówiąc językiem Kościoła – liderzy rozmaitych ruchów. Częściowo zgadzam się z milicyjną wizją, bo wśród naszej młodzieży rzeczywiście występowało zaangażowanie opozycyjne i polityczne. Był to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Naszym głównym celem było pobudzenie aktywności laikatu w kierunku głoszenia Ewangelii. Jego realizacją była „Szkoła apostolstwa”. Prowadziliśmy małe grupy, mające wychodzić do ludzi z Dobrą Nowiną. Wyglądało to czasami śmiesznie, czasami strasznie. Dużą wagę przywiązywaliśmy do rekolekcji akademickich, które były poprzedzone działalnością „misyjną”. Nie baliśmy się zwłaszcza rekolekcji dla niewierzących, których nie określaliśmy wtedy eufemistycznym mianem wątpiących czy poszukujących.

Głoszenie rozpoczynała liturgia w naszej kaplicy akademickiej. Kończyliśmy ją rozesłaniem od ołtarza. Czytaliśmy fragment Ewangelii: „Idźcie i głoście…”. Następnie podawaliśmy sobie ręce. Często czułem, że były one spocone. Ludzie lękali się. Szli, zgodnie z radą Chrystusa, dwójkami, a właściwie parami, kobieta i mężczyzna. Nie bez znaczenia były pewne cechy zewnętrzne czy sposób bycia. Nie chciałem, by swoim wyglądem zwiastowali miernotę. Dbałem, by dziewczyna była ładna, zadbana, chłopak przystojny. Szli do domów akademickich, jak świadkowie Jehowy, gdzie proponowali rozmowę o rekolekcjach, o duszpasterstwie akademickim. Oczywiście nie wkładali nogi w drzwi.

Rozmowy w akademiku bywały rozmaite. W niektórych pokojach nie słyszano o żadnym duszpasterstwie, niektórzy nie słyszeli nawet o Kościele. Zdarzyło się kiedyś, że pewien młody człowiek wskazał na wielki portret Lenina nad swoim łóżkiem, mówiąc: „To jest mój idol”. Ale po chwili dodał: „Mam takiego kolegę, przyślę go do was”. Nasza młodzież raczej nie spotykała się z agresją, co najwyżej z lekceważeniem, i to zwykle w pokojach zalanych wódką.

Wieczorami spotykaliśmy się wszyscy w którejś z nielicznych wtedy knajpek na Grodzkiej. Spotkania na terenie klasztoru o tak późnej porze nie wchodziły wówczas w grę. Przychodziłem tam w cywilnym ubraniu, siadaliśmy z młodymi głosicielami przy stole i ewangelicznym wzorem dzieliliśmy się doświadczeniami danego dnia. Bił od tych młodych wielki entuzjazm, tym większy, im bardziej się bali podczas rozesłania.

Kolejną ważną formą naszej aktywności duszpasterskiej było przygotowanie liderów małych grup. Pomysł nie był zresztą zupełnie nowatorski – małe grupy pojawiały się już w czasach ojca Bernarda, w duszpasterstwie poznańskim – zadziwiała natomiast skala zjawiska. W krakowskiej „Beczce” prowadziliśmy dla przyszłych liderów naukę lektury Pisma Świętego. Podawałem kilka metod czytania, egzegezy, zostawiając im wolność wyboru konkretnego sposobu. Uczyłem też, jak z fragmentu Biblii ułożyć modlitwę. Momentu modlitewnego nie docenialiśmy wówczas tak bardzo, jak zapewne należałoby. Wówczas byłem zwolennikiem rozdziału grup stricte modlitewnych od grup bardziej aktywnych. Zapewnialiśmy raczej przygotowanie do modlitwy, co pozostawało w ścisłym związku z wychowaniem do prowadzenia grup. Od każdego z liderów wymagaliśmy codziennej lektury Pisma Świętego, zalecaliśmy również, choć bez narzucania, stałego spowiednika. Po roku edukacji i przygotowania wewnętrznego zabawa się kończyła. Nowi liderzy mieli wyjść z działalnością apostolską poza ramy duszpasterstwa, tworząc własne grupy, najlepiej z ludzi stojących jak najdalej od Kościoła. Choćby wśród tramwajarzy czy prostytutek. Nie chodziło o grupy charyzmatyczne, o ludzi, by tak rzec, już dawno zbawionych. Z tej grupy młodych liderów mniej więcej jedna trzecia stawała się rzeczywistym „rozsadnikiem” ewangelicznym, reszta się wypalała. 

Feminizacja duszpasterstw

Dbałem zawsze i bardzo dbam o mężczyzn w duszpasterstwie. Feminizacja Kościoła, nagminne obleganie księdza przez dewotki i studentki, napełnia mnie zgrozą. To klęska Kościoła, choć oczywiście nie ostateczna, bo „bramy piekielne go nie przemogą”. Przewaga kobiet wpływa na modlitwę, liturgię, styl duszpasterstwa. Jako psycholog i socjolog wolę, żeby mężczyźni przeważali w układzie. Wielu księży woli dziewczyny, bo mogą sobie z błogosławieństwem przełożonych i Boga porozmawiać z nimi o duszy i ciele. A o panów trzeba walczyć, trzeba im zaimponować intelektualnie i duchowo. Z niewiastami łatwiej. To na ogół dziewczyny ciągną chłopaków do duszpasterstwa. Tam, gdzie mogłem, dążyłem do układu pół na pół, zwłaszcza w biblijnych grupach formacyjnych, gdzie rekolekcje miały charakter zamknięty. Dziewczęta przyjmuję, o ile potrafią dla równowagi przyprowadzić chłopców. U Chrystusa zresztą nacisk był wyraźnie na mężczyzn.

Dlaczego „akademickie”?

Ojciec Bernard Przybylski już przed soborem dostrzegał znaczenie duszpasterstwa akademickiego jako narzędzia formowania elity narodu. Inteligencja w latach totalitaryzmu dla zachowania swej tożsamości, dla rozwoju, potrzebowała inspiracji. Zresztą na krótko przed wojną kardynał Hlond zaczął kłaść nacisk na duszpasterstwo akademickie. Kościół zauważył możliwości oddziaływania inteligencji i podjął próbę włączenia tej grupy społecznej w swoją misję ewangelizacyjną. Dzisiaj wycofuje się nieco z tej tendencji – nie ma już na przykład komisji ds. duszpasterstwa akademickiego przy Episkopacie Polski. Papież oczywiście nadal widzi, że młodzi są przyszłością, a wśród nich szczególną rolę odgrywają studenci.

Moim zdaniem, młodzież nie zmieniła się istotnie, może akcydentalnie czy przypadłościowo. Zawsze na nią narzekano. Z założenia, że młodzież nie zmienia się zasadniczo, wnioskuję, że główne funkcje duszpasterstwa również nie uległy zmianie. Dziś położyłbym większy nacisk na moment apostolstwa, dzielenia się Dobrą Nowiną, promieniowania, bo czasy idą coraz trudniejsze i bardzo potrzeba „soli ziemi”. Obserwując bieżące wydarzenia polityczne, nie sądzę, by tą solą ziemi mogli w pierwszym rzędzie stawać się robotnicy czy chłopi. Apostolstwo musi wyrastać z modlitwy, z Biblii, ze świadomego kształtowania charakterów. Celowo mówię o wyrastaniu, a więc nie o narzucaniu akcji, o podejmowaniu wielkich, organizowanych odgórnie przedsięwzięć. Dziś powinniśmy zwracać większą uwagę na zagrożenie młodzieży sektami.

Zrezygnowaliśmy też – niestety – z troski o braci inaczej sprawnych. Lubię ten termin, bo pokazuje, że są oni wyjątkowo sprawni w innych dziedzinach. Wierzę, że Chrystus popychałby wózki inwalidzkie, gdyby istniały w Jego czasach. Samo miłosierdzie jest ważniejsze niż modlitwa, choć oczywiście miłosierdzie ewangeliczne wypływa z modlitwy. Duszpasterstwa akademickie nieczyniące miłosierdzia są kalekie.

Co udało się ocalić u absolwentów, dawnych członków duszpasterstwa? Trudne pytanie. Spotykam się z nimi na rekolekcjach, jest to właściwie jeden weekend w roku, a wtedy trzeba być dla wszystkich. Kontakty mamy raczej okazjonalne. Małżeństwa akademickie wytrzymują na ogół napory konsumpcjonizmu, choć bywa, że ich dzieci się buntują. Absolwenci zachowują też zazwyczaj w sobie to, co otrzymali w duszpasterstwie. Wielu z nich pracuje w parafiach i w rozmaitych ruchach kościelnych. Okazało się więc, że nie było tak ezoterycznie i elitarnie. Jest też kilku biznesmenów, ale raczej nieszkodliwych. Najlepiej poszło nam, jeśli chodzi o profesorów. Przyznam, że mam cichą pretensję do moich absolwentów o to, że, z paroma wyjątkami, nie objęli kluczowych stanowisk w państwie.

 Indywidualizm duszpasterza gubi i rozbija jego dzieło. Mamy zresztą w duszpasterstwie dominikańskim gwiazdorów, którzy nie potrafią współpracować z innymi gwiazdorami. Indywidualne hobby duszpasterza nie może być narzucane wszystkim, chociażby było to hobby apostolstwa czy miłosierdzia. Z kolei – może to zabrzmi zbyt bezczelnie – sprawa jego osobowości jest decydująca w duszpasterstwie. Z całym szacunkiem dla aktywnego laikatu, jestem głęboko przekonany o dominacji osobowości duszpasterza. Cały cień albo blask na grupę kładzie właśnie osobowość lidera. Dlatego powinna ona być, w miarę możliwości, rozwijana. W przypadku słabej osobowości, trzeba poddać ją działaniu Ducha Świętego. Najgorzej, gdy nie ma ani osobowości, ani indywidualności.

Duszpasterstwo buduje się na sakramentach

Na końcu dochodzimy do sedna sprawy. Całe duszpasterstwo zbudowane jest na sakramentach. W Krakowie, na samym początku, wiatr hulał po pustych krużgankach i nie pojawiał się tam żaden student. Bogaty w doświadczenia poznańskie, zostałem tam sprowadzony przez arcybiskupa Wojtyłę i prowincjała. Klasztor przydzielił mi bez entuzjazmu największą obrzydliwość tego miejsca: tzw. „Beczkę” – zaplugawioną, dosłownie cuchnącą moczem. Ponieważ jednak nie wypadało sprzeciwiać się woli arcybiskupa, klasztor musiał udostępnić jakieś pomieszczenie. Wielu braci wyrażało swój sceptycyzm: „Po co budzić UB do walki z nami? Mieliśmy takie spokojne życie: modlitwa, po południu mogliśmy sobie pospać, a teraz jakieś wrzaski studentów?”. W XVI wieku – podobno – w krakowskim kapitularzu grupa studentów założyła teatr i od tego czasu, przez czterysta lat nie pojawiali się tam studenci. Cóż było robić? Trzeba było zacząć od sakramentów: pojednania i Eucharystii.

Siedziałem w konfesjonale, na dyżurze, czekając na jakiegoś studenta, a dodam, że żadnych krakowskich kontaktów nie miałem. Czekałem i czekałem, a tu same staruszki. W końcu zjawia się jakaś dziewczyna, studentka polonistyki, jak się miało okazać. Bogu dzięki! Umówiłem się z nią na rozmowę. To była Kazia, ona była pierwsza. Wziąłem ją, pokazałem pomieszczenie, dosłownie zaplute – buchnął odór moczu. A ja, niezrażony, opowiadałem, roztaczałem przed nią wizję: tu będzie duszpasterstwo, będziemy mieli kaplicę – Kazia kiwała głową, ale miała wiarę. Klasztor dał nam również pomieszczenie za kaplicą św. Jacka, w której składowano jakieś wielkie ławy i gipsowe bożki. W sprzątaniu pomagali licealiści, którzy mieli ambicję stać się duszpasterstwem akademickim. Wymalowaliśmy pomieszczenie i zaczęliśmy odprawiać codzienne msze święte, poranne – „siódemki”. Ta wspólna budowa bardzo nas scementowała. Kazia i licealiści sprowadzili też znajomych. Dalszy dopływ młodzieży następował już przez Eucharystię i przez konfesjonał. Tak sakramenty budowały duszpasterstwo.

Artykuł ukazał się w miesięczniku „W drodze” nr 314 (10/1999).

Tomasz Pawłowski OP - (1927-2016) dominikanin, legendarny duszpasterz akademicki w krakowskiej "Beczce", wykładowca, autor bestseleru "Przewodnik dla zniechęconych spowiedzią i mszą świętą" oraz innych książek. W wieku 17 lat brał udział w powstaniu warszawskim, w 1949 wstąpił do Zakonu Braci Kaznodziejów. Pracę duszpasterską rozpoczął w latach 60. we Wrocławiu. W 1957 r. został przeniesiony do Poznania, gdzie wspólnie z o. Joachimem Badenim OP prowadził duszpasterstwo akademickie. W 1964 oddelegowano go do Krakowa, gdzie na prośbę ówczesnego biskupa Karola Wojtyły założył duszpasterstwo akademickie "Beczka", które prowadził do 1983. W 1987 roku założył duszpasterstwo akademickie "Szopka". W 2008 roku został udekorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

STOPEM PRZEZ ŻYCIE

Szczęśliwi wy, którzy teraz płaczecie...

Najtrudniejsza decyzja

Szkoła apostolstwa

Niezbudżetowany święty


komentarze



Facebook