TU CHODZI O MIŁOŚĆ
Niewątpliwie można być świętym, mając w życiu doświadczenie strasznego grzechu, jeśli się człowiek z niego dźwignie, a właściwie pozwoli się dźwignąć Panu Bogu. Trudniej się powstaje z codziennego osuwania się, kiedy już tego zła nie widzimy.

FOT. MARCO BIANCHETTI / UNSPLASH.COM


Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Mamy rozmawiać o świętości.

abp. Grzegorz Ryś: To sobie rozmówcę wybraliście.

Nie jest ksiądz arcybiskup właściwym człowiekiem do rozmowy o świętości?

Ze mną łatwiej rozmawiać o grzechu. A nie o świętości.

Ale święci też grzeszyli, prawda?

No tak. To może zacznijmy od początku…

Początek jest taki, że kiedy mówimy o świętości, to myślimy, że to nie dla nas.

Dlatego papież Franciszek, pisząc ostatnią adhortację, zrobił wszystko, żeby przełamać taki punkt widzenia.

Po pierwsze odstąpił od wizji człowieka, który rodzi się i umiera święty. Mówi, że święci to ludzie, których trzeba widzieć w perspektywie całego ich życia. Było tam miejsce na grzech i upadek, ale też – dzięki łasce Bożej – na nawrócenie i zmianę. My natomiast w procesach beatyfikacyjnych czy kanonizacyjnych robimy wszystko, żeby pokazać człowieka, który nigdy nie zrobił nic złego, nigdy się nie pomylił, nigdy nic głupiego nie powiedział. A to nie jest prawda. Znamy życiorysy świętych, poczynając już od Biblii, i wiemy, że oni grzeszyli, i to nieraz ciężko.

Po drugie Franciszek pokazuje, że świętość jest czymś bardzo indywidualnym. Dlatego nie tylko nie mogę, ale nie powinienem nikogo małpować w drodze do świętości, muszę do niej dążyć po swojemu. Na tym właśnie polega powszechne powołanie do świętości – ile ludzi, tyle dróg, które do niej prowadzą.

I wreszcie trzecia rzecz: świętość ma twarz drobnych spraw.

Papież nazywa je szczegółami.

Właśnie, na przykład zobaczyć, że nie mają wina na weselu.

Z krakowskich czasów pamiętam przykład świętego, który nie jest jeszcze oficjalnie wyniesiony na ołtarze, ale jego kult jest ogromny. Mam na myśli Michała Giedroycia. Był osobą niepełnosprawną od urodzenia, co w XV wieku oznaczało, że nie zrobi żadnej kariery. Został zakrystianem w kościele Świętego Marka. Dbał o to, żeby obrus na ołtarzu był czysty, świeczki przycinał, przygotowywał wszystko do mszy, sprzątał kościół. A kiedy umarł, to cały Kraków był na jego pogrzebie. Biskup Wacław Świerzawski, podsumowując jego życie, mówił, że to jest wysoka miara zwyczajności.

Wspomniał o tym później Jan Paweł II w jednym ze swoich listów: „Dzisiaj trzeba na nowo z przekonaniem zalecać wszystkim dążenie do tej »wysokiej miary« zwyczajnego życia chrześcijańskiego”.

Mówimy o papieżu Franciszku i jego adhortacji, która pewnie nie dotrze do szerokiego grona odbiorców.

Niby dlaczego?

Bo ludzie nie czytają adhortacji, nie oszukujmy się.

I co, będziemy się z tym godzić?

Możemy się nie godzić, ale tak jest.

To raptem 50 stron do przeczytania. Dwa wieczory wystarczą.

Jest ksiądz arcybiskup optymistą.

Niemal każdy w tym kraju wypowiada się na temat Franciszka, utrzymując z ogromną dozą pewności, że wie, co papież mówi, co twierdzi, co myśli. Więc zamiast potem wygadywać bzdury, lepiej przeczytać ten tekst.

Adhortacje przeczyta pewnie niewiele osób, ale każdy, kto bywa w kościele, patrzy na obrazy świętych, które tam wiszą. Znamy też niektóre życiorysy osób wyniesionych na ołtarze. Bardzo cukierkowe i wyidealizowane. Chyba niektórym zrobiono krzywdę, przedstawiając ich w ten sposób.

Z tym bywa różnie. Niektórych rzeczywiście skrzywdzono. Ale byli tacy, którzy mieli więcej szczęścia. Na przykład św. Marcin z Tours, którego uważano za świętego już za jego życia, czytał swój żywot napisany przez jednego ze swoich uczniów. Genialny tekst, pełen fantastycznych historii. Gdy opowiadam o nim podczas bierzmowania, to młodzi ludzie słuchają tego z otwartymi ustami, bo się w tym odnajdują, bo mają poczucie, że obcują z realnym człowiekiem. Krzywdę Marcinowi zrobiono później, kiedy zawężono jego działalność do jednego epizodu, opowiadając o tym, jak podzielił się swoim płaszczem z ubogim.

Podobna historia jest ze św. Wojciechem. Pierwsze dwa żywoty napisali ludzie, którzy go znali, rozmawiali z nim, byli świadkami jego działalności. Ale już na przykład żywot św. Stanisława spisano prawie dwa wieki po jego śmierci. A wtedy się już inaczej pisze. Nawet jeśli żywotopisarz zadał sobie trud, żeby dotrzeć do świadectw czy dostępnych źródeł, to on ogląda tego człowieka przez trzecie lub czwarte oczy albo przez dokumenty, które musi sam zrozumieć.

Ale ludzie, którzy są w Kościele, w ogóle nie widzą tych niuansów. Być jak św. Wojciech, to znaczy dać się zabić.

To trzeba się lepiej wczytać w jego życiorys.

Jestem przykładowo pod wielkim wrażeniem (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


abp Grzegorz Ryś - ur. 1964, arcybiskup metropolita łódzki, w latach 2011 - 2017 biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej, przewodniczący Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji działającego przy Konferencji Episkopatu Polski. Jest profesorem historii Kościoła, do 2011 roku był rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Ochrzczona wersja Machiavellego?

Posłani w związku z grzechem

W TYM JEST SIŁA

SÓL W OKU ŚWIATA

IDĄCY PO ŚLADACH


komentarze



Facebook