PROGRAM NIEUŻYWANY
Nikt nie może wkraczać w cudze sumienie. John Henry Newman uczył, że władza papieska jest w służbie sumienia i dlatego najpierw wznosi się toast na cześć sumienia, a dopiero potem na cześć papiestwa.

FOT. MAX LAROCHELLE / UNSPLASH.COM


Roman Bielecki OP: Skandale seksualne z udziałem duchownych w Stanach Zjednoczonych i Chile, wizyta papieża w Irlandii, z której zapamiętamy spotkanie z ofiarami księżowskiej pedofilii. To obrazki z życia Kościoła w ciągu ostatnich miesięcy. Wielu katolików pyta z niepokojem: Co się dzieje?

prof. Wojciech Gierych OP: To kryzys. Po kolei – w diecezjach, zakonach i poszczególnych krajach, kryzys Kościoła.

Polsce też to grozi?

Skoro Bóg to dopuszcza, a w Kościele powszechnym dzieje się tak mniej więcej raz na 400–500 lat, to nie ma powodu sądzić, że Polski to nie dotknie.

Czy jest jakiś klucz do zrozumienia tego zjawiska?

Jak pokazuje historia biblijnego Hioba, kryzys bywa niekiedy wymuszany przez samego Boga. W teologii nazywa się to oczyszczeniem biernym. Oczyszczenie czynne polega na tym, że człowiek sam widzi swoje grzechy i próbuje coś zmienić w życiu. Owoce tego bywają jednak marne. Dlatego Pan Bóg sam wkracza i przeprowadza człowieka przez trudny okres. Wtedy mówimy o oczyszczeniu biernym. Święty Jan od Krzyża mówi, że w takich momentach zachodzi zaburzenie emocjonalne zwane nocą zmysłów oraz późniejsze głębsze zachwianie wszystkiego, co ważne w życiu, nazywane nocą ducha.

Co należy robić bądź czego nie należy robić w takim stanie?

Kryzys wymusza decyzję. Albo się zrobi odważny krok w stronę Boga i świętości, opierając się wyłącznie na Nim samym, albo się zrobi coś głupiego. Innej drogi nie ma. Nie można stać w miejscu. Gdy księża się nie modlą, to w kryzysie rzucają kapłaństwo. Gdy małżonkowie nie opierają się na łaskach sakramentu, to się rozwodzą. Jedni w kryzysie się gubią, a inni wychodzą z niego silniejsi mocą Bożą. To jest wezwanie, by się modlić głębiej i prawdziwiej niż do tej pory.

Czy to samo się dzieje w Kościele?

Sobór Watykański II przeprowadził pół wieku temu oczyszczenie czynne Kościoła. Holendrzy, Belgowie, Francuzi i Niemcy byli w tym najbardziej rzutcy i ich kraje pierwsze wpadły w kryzys, który potem się rozlał na cały Kościół. Błędy lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych próbowali naprawić zarówno św. Jan Paweł II, jak i Benedykt XVI, pokazując, jak należy interpretować nauczanie soboru, nie zrywając z dotychczasową tradycją Kościoła. To jednak nie zmienia faktu, że kryzys trwa. Papież Franciszek próbuje temu zaradzić, ale same zewnętrzne ruchy są niewystarczające, bo to Bóg dopuszcza oczyszczający kryzys, i trzeba się Jemu poddać. Trzeba głębszego nawrócenia, a nie tylko przeorganizowania Kurii Rzymskiej czy uproszczenia nauki wiary i przystosowania jej do oczekiwań świata.

Trudno jednak zaprzeczyć, że tych zewnętrznych ruchów też Kościół potrzebuje.

To prawda, ale Kościoła nie da się reformować wyłącznie po ludzku. Trzeba mocą Bożą zmieniać siebie i swoje życie moralne. Dopiero z tego wyniknie odnowa.

A co z tymi, którzy nie widzą potrzeby łaski?

Negacja łaski to herezja pelagianizmu. Zwraca na nią uwagę papież Franciszek, określając w ten sposób jedną ze współczesnych chorób Kościoła. Druga to gnostycyzm.

Pelagianizm to próba budowania ładu moralnego naturalnym wysiłkiem. Piętnuje się wtedy zło i chce się je zwalczyć postanowieniem poprawy. Dzieje się to jednak kosztem oderwania moralności od życia duchowego. Biskup Los Angeles Robert Barron uważa, że to rozerwanie przyniosło Kościołowi większą szkodę niż schizma wschodnia czy też reformacja.

W jakim sensie?

Świętość to nie jest doskonałość moralna, ale „spotkanie naszej słabości z siłą łaski”. Pisze o tym papież Franciszek w swojej adhortacji Gaudete et exsultate (nr 34). Najważniejsza jest nasza jedność z Bogiem, nawet wtedy, gdy doskwiera nam słabość moralna. Trzeba wierzyć, że Bóg jest Ojcem, który chce naszej dziecięcej ufności i gestów miłości. Bycie dzieckiem Boga nie jest nagrodą za dobre sprawowanie. Ono jest nam już dane, choć na co dzień często doświadczamy własnej słabości.

Wielu jednak sądzi, że zwrócenie się do Boga jest czymś naturalnym dla każdego człowieka.

Takie myślenie to semipelagianizm, również herezja. Wiarę otrzymujemy od Boga. Gdy redukuje się ją do natury, to staje się ona obowiązkiem, i stąd już prosty krok, by przekonywać do niej za pomocą racjonalnych argumentów. To, że możemy przylgnąć do Boga, dzieje się dzięki łasce chrztu, a nie z powodu naszego wysiłku. Każdy ochrzczony człowiek otrzymał tę łaskę. Jedni nią żyją, a w przypadku innych – ochrzczonych niepraktykujących – przypomina ona zainstalowany, ale nieużywany program komputerowy. Dlatego też pogłębianie wiary umożliwiającej więź z Bogiem to sprawa pierwszoplanowa. Z tego rodzi się dopiero ład moralny. Gdy się pomyli porządek i zacznie się budować moralność bez łaski, to efektem będzie rygoryzm, a potem zniechęcenie z powodu niedorastania do stawianych sobie wymagań.

Na czym polega gnostycyzm – druga z wymienionych przez papieża chorób Kościoła?

Jest to stawianie intelektu ponad wiarą. Traktowanie życia duchowego jako zabobonu dla niewykształconych. Gdy socjologia, psychologia albo poglądy polityczne lewicy czy prawicy biorą górę nad słowem Bożym, to zawsze się źle kończy. W rzeczywistości trzeba postępować dokładnie na odwrót. Własne pomysły oceniać w świetle jedynego kryterium, jakim jest zbawcze dzieło Jezusa. W oczyszczeniu czynnym Kościoła czasów posoborowych było wiele pysznych pomysłów dostosowania go do ludzkich oczekiwań. Okazało się to błędem i przyniosło głęboki kryzys.

Przyznajmy jednak, że wiele z reform, które postulował sobór, jak choćby te dotyczące form religijności, było krokiem w dobrą stronę.

Formy religijności są zmienne. One są ważne, bo chronią nasz kontakt z Bogiem, ale nie zapominajmy, że nie są z nim tożsame. Ważniejsze od religijności są cnoty wiary, nadziei i miłości. One pochodzą od Boga i do Niego kierują. Religijność pełni wobec nich funkcję służebną.

Na świecie powoli gasną trydenckie, nowożytne formy pobożności. Był czas, gdy wiara była podtrzymywana przez obyczaje lokalnej społeczności, przez rodzinę, parafię czy miejscowe sanktuaria. To było ważne, ale nie najważniejsze. Służyło temu, by kierować wiernych do sakramentów.

Dzisiaj ludzie nie są już tak związani ze swoją parafią. Szukają rozmodlonej, niemoralizującej liturgii oraz przykościelnego parkingu. Kazaniami się nie przejmują, bo czytają książki, a teksty mszalne mają w telefonie. W zglobalizowanym świecie o wiarę trzeba zawalczyć samemu. Nie można liczyć na to, że sama społeczna religijność będzie ją wystarczająco niosła i pogłębiała.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Wojciech Giertych OP - ur. 1951, dominikanin, profesor teologii moralnej w rzymskim Angelicum, Teolog Domu Papieskiego, ostatnio wydał "Fides et passio" (2016), mieszka w Watykanie. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Kościół w centrum tajemnicy

W nasze brudne dłonie

Śmierć za garnek mleka

Zrodzony, a nie wyprodukowany

Niewykorzystany kapitał?


komentarze



Facebook