Archwium > Numer 544 (12/2018) > Bóg się rodzi > ... CZEKANIA NA NIKOGO

... CZEKANIA NA NIKOGO
Spotkanie, które będzie ostatecznym spełnieniem wszystkich naszych tęsknot, wciąż jest przed nami, a teraz - czekając na nie - nosimy w sobie wieczne niespełnienie. Jesteśmy niespełnieniem. Na razie czekamy.

FOT. JANKO FERLIC / UNSPLASH.COM


Wojciech Ziółek SJ

Wstając od ustawionego na środku ciepłej i zatłoczonej kuchni wigilijnego stołu, najpierw trzeba się było przecisnąć przez tłumek dorosłych członków rodziny. Tak zwana duża izba była przestronniejsza i bardziej niż kuchnia nadawałaby się na miejsce rodzinnej wigilii, ale przygotowane tam zawczasu do spania, wypchane słomą, sienniki zajmowały całą powierzchnię podłogi, a poza tym wiadomo: w kuchni zawsze przytulniej. Potem naprędce – by nie wysłuchiwać zbyt długich kazań o konieczności założenia czapki – trzeba było coś ciepłego na siebie narzucić i przez chłodną sień wyjść z drewnianej, krytej strzechą chałupy na zaśnieżone podwórko. W jego centralnej części, między chałupą a stodołą, stała obora – cel wigilijnej pielgrzymki naszej złożonej z małoletnich wnucząt grupy. Po otwarciu grubych drewnianych drzwi stawaliśmy w progu obory, a zaskoczone krowy odwracały w naszą stronę głowy i zdziwionymi, wielkimi jak dziecięce pragnienia oczami patrzyły na niespodziewanych małych gości. Dziadek, pod którego przewodnictwem odbywała się ta pielgrzymka, uroczyście wkładał krowom do żłobu przełamany i zawinięty w siano specjalny różowy opłatek przeznaczony dla krów i owiec, bo one też były przy żłóbku Pana Jezusa i dlatego dzielenie się opłatkiem im też przysługiwało (brak pisemnych dowodów na to, że konie też były obecne w betlejemskiej szopce skutkował tym, że ukochana przez nas wszystkich dziadkowa kobyła Baśka, mimo naszych błagań i łez, nigdy opłatka nie dostawała, a o świniach i kurach nie wspominam, bo nawet nie próbowaliśmy prosić). Po zostawieniu opłatka i wyjściu z obory dziadek zamykał drzwi, ale nie do końca i nie na skobel, żebyśmy przez pozostawioną szparę mogli usłyszeć… Tak więc z uchem przyłożonym do zimnych drewnianych drzwi nasłuchiwaliśmy. Jak powszechnie wiadomo, w wigilię Bożego Narodzenia zwierzęta mówią ludzkim głosem i krowy mojego dziadka nie były w tym względzie żadnym wyjątkiem. Kiedy jednak z nieznanych do tej pory przyczyn nie mogliśmy ich usłyszeć, dziadek przyciszonym głosem tłumaczył, że „one czują, że tu jesteśmy, i dlatego nie mówią, ale gdybyśmy dłużej poczekali albo przyszli w nocy, to wtedy na pewno byście usłyszeli, jak one mówią. Ja słyszałem wiele razy”. Nieugięcie czekaliśmy więc w ciszy jeszcze trochę, ale potem przenikliwy chłód oraz świadomość, że na wigilijnym stole babcia stawia kolejne potrawy, sprawiały, że porzucaliśmy niespełnione oczekiwanie na rzecz szybko spełniającej się konsumpcji.

Wiecznie żywe i wiecznie niespełnione pragnienie

Ale przecież oczekiwanie na ten niespełniony cud związany z narodzeniem Pana Jezusa nie umierało. Ono już w nas zakiełkowało, rosło razem z nami i pozostało z nami na zawsze. Nigdy nie przestaliśmy czekać na cud i na jego spełnienie! Przybywało nam lat i problemów, ale samo oczekiwanie pozostało czyste, nietknięte, a przede wszystkim wciąż tak samo gorące i żywe. Owszem, z biegiem lat zmieniało formę, ale istota do dziś pozostała niezmienna.

Kiedyś z dziecięcym uchem przyłożonym do uchylonych drzwi obory czekaliśmy na to, że zwierzęta zaczną mówić ludzkim głosem. Potem, tkwiąc po same – dorosłe już – uszy w rodzinnych problemach i konfliktach, nasłuchiwaliśmy z nadzieją i czekaliśmy z utęsknieniem na to, że spełni się cud i zaczniemy ludzkim głosem mówić do siebie nawzajem.

Kiedyś, z nosem rozpłaszczonym na okiennej szybie, tęsknymi oczami wypatrywaliśmy pierwszej gwiazdki, a nasze marzenia związane z serdecznym ciepłem zapowiadanych przez nią świąt szybowały wysoko i przebijały nieboskłon. Potem, gdy szara rzeczywistość mocno spłaszczyła nasze pragnienia, a osobiste problemy i chłodne relacje pozbawiły nas złudzeń, nadal pragnęliśmy, tylko już czegoś innego. Wpatrując się w bożonarodzeniową gwiazdę, marzyliśmy o tym, by jak najszybciej zgasła i nie przypominała nam, jak bardzo różni się to, czego pragnęliśmy, od tego, co mamy.

Kiedyś, dzielnie walcząc ze zmęczeniem i snem, wytrwale czekaliśmy na to, by móc pójść na pasterkę i razem z innymi się modlić, wesoło śpiewać kolędy i patrzeć na śliczną szopkę ustawioną z boku ołtarza. Potem, gdy świąteczne obowiązki oraz świadomość popełnionych grzechów i zadanych zranień nie pozwalały spać nawet po pasterce, też szliśmy do kościoła, też śpiewaliśmy kolędy. Stawaliśmy jednak przy bocznym ołtarzu, za filarem, pod chórem, kołysząc w sercu już nie radość z kolęd i dziecięcy zachwyt szopką, ale dręczące pytanie: Czy moja obecność tu to nie jest jakaś szopka?

Bo przecież nie tak miało być! Przecież myśmy naprawdę wierzyli w spełnienie tych wszystkich dziecięcych tęsknot za dobrem, bliskością i świętością. Czemu więc okazały się mrzonkami albo – w najlepszym wypadku – bajkami dla grzecznych dzieci? Przecież ich brutalne niespełnienie to naprawdę wielki ból, głęboka rana i straszne rozczarowanie. Skutki i konsekwencje tego rozczarowania dotkliwie dawały nam się we znaki i z czasem zaczęliśmy je łagodzić: cynizmem, wycofaniem się, ucieczką w apatię. By nie bolało jeszcze bardziej i by nie mieć wrażenia, że rzeczywistość zadrwiła z nas, zaczęliśmy wmawiać samym sobie i wszystkim dokoła, że już w nic nie wierzymy, że niczego się już nie spodziewamy, że porzuciliśmy mrzonki i wyrośliśmy z marzeń, że niczego już nie wypatrujemy i na nic nie czekamy. Czy aby na pewno?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Wojciech Ziółek SJ - ur. 1963, jezuita, uratowany grzesznik, teolog biblijny, duszpasterz. W latach 2008-2014 prowincjał krakowskich jezuitów. Wcześniej długoletni duszpasterz akademicki i proboszcz. W 2015 roku, wraz z Anną Sosnowską, wydał "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary". Obecnie pracuje jako wikariusz w jezuickiej parafii w Tomsku na Syberii. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

BO JEST W NIM PAN JEZUS

U-RA-TO-WA-NI!

TWOJA KOLEJNA PORAŻKA

Pewien zaś Samarytanin

SZEŚĆ STĄGWI KEFIRU


komentarze



Facebook