Archwium > Numer 546 (02/2019) > Czy mamy być tolerancyjni? > PLUDRY, CZYLI SZTUKA (NIE)TOLERANCJI

PLUDRY, CZYLI SZTUKA (NIE)TOLERANCJI
Człowiekowi tolerancyjnemu nie jest wszystko jedno, a wyznawana przez niego prawda nie przestaje być prawdą. Tolerancja jest powstrzymaniem swej negatywnej reakcji na coś, co uznaję za złe, a nie wyrzeczeniem się prawa do oceny.

ks. prof. Andrzej Draguła

Informacje o obyczajach mieszkańców odkrytej co dopiero Ameryki, które w XVI wieku docierały do Europy, budziły bardzo negatywne reakcje ówczesnego społeczeństwa. Zwyczaje, o których opowiadano, uznawane były za barbarzyńskie i niemożliwe do zaakceptowania. Trudno się dziwić, że na przykład kanibalizm wzbudzał w Europejczykach powszechną odrazę. Czy mógł mieć w sobie coś akceptowalnego? Chrystianizacja ludów Ameryki Łacińskiej traktowana więc była jako proces cywilizowania „dzikich”. Odpowiedź na pytanie, jakie przyjąć kryteria oceny, a w konsekwencji akceptowania czy odrzucania tego, co się jawiło jako „barbarzyńskie” (nikt jeszcze nie myślał o tolerancji), nie dla wszystkich była oczywista. Szukał jej XVI-wieczny filozof francuski Michel de Montaigne, podejmując w swoich Próbach refleksję nad kanibalizmem i innymi – już mniej okrutnymi – zwyczajami ludów Ameryki Południowej. Otóż Montaigne – zapewne ku zdziwieniu wielu ówczesnych czytelników – pisał: „Znajduję, iż wedle tego, co mi opowiadano, nie ma nic barbarzyńskiego ani dzikiego w tym ludzie”. To dość radykalne stwierdzenie także dzisiaj może wzbudzać zdziwienie. Na jakiej podstawie filozof wyciągnął taki wniosek?

Istota barbarzyństwa

Montaigne oczywiście w Ameryce nie był i nie mógł na własne oczy obserwować zwyczajów ludów tubylczych, ale znał relacje hiszpańskich, francuskich czy portugalskich podróżników. Kilku – jak wówczas mówiono – „dzikich” poznał osobiście, jeden bowiem z żeglarzy przywiózł ich do Rouen, gdzie Montaigne rozmawiał z nimi za pośrednictwem tłumacza. Relacja z tego spotkania, którą znajdujemy w Próbach, pokazuje, że filozof starał się nie odrzucać apriorycznie nieznanych mu wcześniej zwyczajów, ale wykazywał dla nich duże zainteresowanie, zrozumienie, a nawet czasami uznawał je za szlachetniejsze od niektórych zwyczajów europejskich. Skąd brała się więc – według niego – negatywna ich ocena? „[…] każdy chce mienić barbarzyństwem to, co różni się od jego obyczaju” – odpowiada Montaigne. I wyjaśnia: „Jakoż po prawdzie nie mamy innej miary dla prawdy i rozumu jak tylko przykład i obraz mniemań i zwyczajów naszej ojczystej ziemi; tam jest zawżdy najlepsza wiara, najlepsze prawa, najlepszy i doskonały obyczaj w każdej rzeczy”.

Punktem wyjścia – twierdzi Montaigne – do oceny zwyczajów i postępowania drugiego człowieka jesteśmy my sami: nasze zwyczaje i nasze postępowanie. Jeśli czyjeś postępowanie jest radykalnie inne od naszego, oceniamy je jako barbarzyńskie. Komentując poglądy Montaigne’a, Claude Lévi-Strauss dopowiada: „Tymczasem nie istnieje wierzenie czy zwyczaj, jakkolwiek byłby dziwny, oburzający czy nawet szokujący, który, odczytany w kontekście, nie znalazłby racjonalnego wyjaśnienia”. Inność sama w sobie nie może być oceniana negatywnie, a tym samym – stawać się powodem odrzucenia. Każdy zwyczaj znajduje swoje wyjaśnienie i uzasadnienie. Każdy ma jakąś genezę, która czyni go zrozumiałym.

Lévi-Strauss pokazuje to na przykładzie dwóch zabiegów obrzezania: mężczyzn i kobiet, z których pierwsze jest społecznie akceptowane, a drugie – nie. Francuski antropolog upomina się o perspektywę etnologiczną, która musi poprzedzać ocenę moralną i prawną. Chodzi o to, by najpierw „wyjaśnić, w jaki sposób zasadne są dla ich wyznawców wierzenia, które my uznajemy za barbarzyńskie i śmieszne”, ponieważ „praktyki pozbawione sensu w określonym kompleksie kulturowym mogą go posiadać w innym”. Co więc stoi u genezy obrzezania? „Wszędzie na świecie, gdzie praktykuje się obrzezanie dziewcząt czy chłopców (a często te zwyczaje idą w parze), ukryte powody są takie same: ustalając różnicę płci, Stwórca źle wypełnił swe zadanie; śpiesząc się, nie wykonując zbyt dokładnie swej pracy czy też będąc od niej oderwanym, pozostawił u kobiety ślad męskości, a u mężczyzn ślad kobiecości. Usunięcie łechtaczki czy napletka ma więc na celu dokończenie dzieła Stwórcy poprzez pozbycie się nieswoistych dla każdej płci resztek, w celu przywrócenia im postaci odpowiadającej ich naturze”. Taki jest religijno-kulturowy sens tej współcześnie kontrowersyjnej praktyki. Czy jednak to wyjaśnienie okrutnego zwyczaju – zwłaszcza w odniesieniu do dziewczynek – jest wystarczające, by usprawiedliwić jego stosowanie? Czy wyjaśnienie jakiegoś sposobu zachowania musi automatycznie prowadzić do jego akceptacji, a przynajmniej tolerancji? Czy wszystkie sposoby zachowania mają takie samo prawo do społecznego współistnienia?

Trud współistnienia

Przytoczony tutaj przykład pokazuje, że praktyki, które dla kogoś bywają trudne do zaakceptowania, wynikają z określonego – różnego od naszego – systemu moralnego, a ten budowany jest na innym – religijnym bądź niereligijnym – fundamencie. Dopóki społeczności o różnych systemach moralnych żyją z dala od siebie i dzieli je granica, problem ten w dużej mierze pozostaje na płaszczyźnie teorii. Sytuacja staje się rzeczywiście skomplikowana w momencie, gdy ludzie wyznający różne systemy moralne, a co za tym idzie – odmiennie oceniający niektóre praktyki, zaczynają żyć już nie tylko obok siebie, ale także pośród siebie, i choć wyznają różne systemy moralne, zostają poddani jednej powszechnie obowiązującej normie prawnej. Trudno bowiem sobie wyobrazić, aby w jednym społeczeństwie funkcjonowały równolegle różne systemy prawne obejmujące tylko niektórych. (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Andrzej Draguła - ur. 1966, kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, doktor habilitowany teologii, profesor na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego, członek Redakcji i Laboratorium "Więzi", publicysta, stały współpracownik "Tygodnika Powszechnego". Zajmuje się m.in. komunikacją religijną i związkami między religią a kulturą. Mieszka w Zielonej Górze. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

URZĄD JUŻ NIE WYSTARCZA

Dwa Przystanki, dwa żywioły

DUCH ASYŻU, DUCH BENEDYKTA

Bóg w świecie bez Boga

Między szansą a zagrożeniem


komentarze



Facebook