PO SPOWIEDZI
Po obecności i staranności pokuty w naszym życiu najłatwiej możemy poznać, czy spowiedzi, do których przystępujemy, prowadzą nas do Boga, czy raczej w przeciwnym kierunku.

Janusz Pyda OP

Co się właściwie dzieje i co się powinno dziać, gdy odejdziemy od konfesjonału? Dlaczego już po otrzymaniu rozgrzeszenia w spowiedzi sakramentalnej potrzebna jest jeszcze pokuta? Czym są odpuszczana sakramentalnie wina i kara, która zostaje nawet po spowiedzi i wymaga pokuty? Czy spowiedź, która jedna nas z Bogiem, naprawia wszystko w naszym życiu? Czy sakrament pokuty nie działa demoralizująco, skoro tak łatwo pozwala nam się uwolnić od naszych grzechów?

Tego typu pytania słyszę właściwie stale – jako duszpasterz i jako spowiednik. Bardzo się z nich cieszę, bo są to pytania, które dotykają sedna nie tylko sakramentu pokuty, ale również pokuty jako cnoty oraz tego, czym powinny być pojmowane po chrześcijańsku akty pokuty.

Leczenie, naprawianie czy abolicja?

Spróbujmy najpierw zrozumieć, na czym polega proces, podczas którego Pan Bóg odpuszcza nam grzechy. Otóż nie bez powodu w tradycji chrześcijańskiej porównywano go do leczenia, a zwłaszcza do leczenia ran. Do dziś przecież mówimy o „ranie grzechu” czy „zranieniu grzechem”. Aby rana mogła się zagoić, przede wszystkim trzeba ją oczyścić, zdezynfekować i usunąć martwe fragmenty tkanki. Zraniony sam tego nie zrobi. Musi mu pomóc lekarz. Podobnie jest ze szczerą spowiedzią, która ma prowadzić do nawrócenia. Oczyszczenie rany i założenie przez lekarza opatrunku to jednak nie koniec, ale początek procesu jej leczenia. Kolejne etapy zależą już w znacznie większym stopniu od pacjenta – to on musi się zatroszczyć o pełne wygojenie. Być może będzie to wymagało stosowania różnych maści, chronienia zranionej części ciała przed niekorzystnymi czynnikami zewnętrznymi, wizyty w ambulatorium, jeśli potrzebna będzie pomoc przy zmianie opatrunków, a czasami nawet zastosowania określonej diety. Ten etap możemy porównać do pokuty po uzyskaniu sakramentalnego rozgrzeszenia. Wyobraźmy sobie pacjenta, którego rana została oczyszczona i opatrzona przez lekarza, ale on nie robi nic, by mogła się zagoić: nie stosuje zaleconych medykamentów, nie dba o czystość i zmianę opatrunku, wystawia ranę na działanie niekorzystnych czynników zewnętrznych, dopuszcza do jej ponownego zabrudzenia i udaje, że nie widzi na powrót gromadzącej się ropy. Takiego właśnie człowieka przypomina penitent, czyli przystępujący do sakramentu pokuty chrześcijanin, który po odejściu od konfesjonału nie zamierza podjąć praktyk pokutnych, a często nawet nie przywiązuje żadnej wagi do pokuty zadanej mu przez spowiednika. Warto o tym pomyśleć, przygotowując się do spowiedzi. Odruchowo bowiem myślimy o przebaczeniu grzechów nie jak o procesie leczenia człowieka, czyli osoby żywej, wolnej i rozumnej, ale jak o naprawianiu zepsutego przedmiotu. Różnica jest naprawdę ogromna. Jeśli w mojej pralce zapcha się filtr, muszę go wyjąć i wyczyścić. Jest to bardziej czynność niż proces. Ale człowiek to nie przedmiot. Dlatego odpuszczenie grzechów przypomina nie tyle naprawienie, ile raczej leczenie. Leczenie natomiast to proces składający się z wielu działań rozłożonych w czasie, wymagający współpracy lekarza z pacjentem. Lekarz może reanimować pacjenta albo udrożnić mu żyły, przywracając go w ten sposób do życia po przebytym zawale. Niemniej jednak, jeśli pacjent chce trwale wyzdrowieć, musi współpracować z lekarzem, a to oznacza branie leków, zmianę trybu życia, rehabilitację itd. Podobnie jest ze spowiedzią: penitent musi podjąć pokutę jako naturalny i logiczny etap swojego duchowego leczenia.

Czasami myślimy o sakramencie pokuty nie jako o naprawianiu zepsutego przedmiotu, ale jako o swego rodzaju duchowo-moralnej abolicji. Wydaje nam się, że w wyznaniu grzechów dokonuje się coś na kształt złożenia w urzędzie skarbowym tzw. „czynnego żalu”, czyli przyznania się przed urzędnikiem do tego, że coś było nie tak z naszymi podatkami. Urząd, widząc naszą dobrą wolę i doceniając to, że nie musi nas tropić i ścigać, nie nakłada na nas kary, albo nakłada karę symboliczną. Na tym sprawa się kończy. Analogicznie do tego miałaby wyglądać spowiedź. W wyznaniu grzechów składamy „czynny żal” za niedopełnienie obowiązków już nie podatkowych, ale moralnych. W zamian za naszą „proaktywność” urząd moralny Pana Boga nie nakłada na nas żadnej kary, albo nakłada na nas karę symboliczną – trzy razy krótka modlitwa w dowolnym czasie. Takie myślenie o spowiedzi i pokucie również jest błędne. Pan Bóg naprawdę nie potrzebuje, abyśmy składali przed Nim jak przed skarbówką czynny żal. Wyznanie grzechów jest odsłonięciem naszej rany czy choroby przed lekarzem, a nie oświadczeniem wobec urzędnika (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Janusz Pyda OP - ur. 1980, dominikanin, absolwent filozofii UJ i teologii PAT. Duszpasterz akademicki w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Złodziej

Pamięć i zapomnienie

Nie zaczynajmy budować od dachu

PRZEWODNIK PO STANACH CHOROBOWYCH

Wielkie drzewo z małego ziarnka


komentarze



Facebook