LEKARSTWO NAD LEKARSTWAMI
Pan Bóg stworzył niepełnosprawnych na swój obraz i podobieństwo. Co z tego, że nie nauczą się mówić, pisać i czytać? Są mistrzami w budowaniu relacji. Właśnie mija 25 lat istnienia niezwykłego duszpasterstwa.

FOT. ARCHIWUM ŁANOWA


Piotr Świątkowski

Przed klasztor dominikanów w Krakowie podjeżdża bus, który przywozi podopiecznych Domu Pomocy Społecznej przy ulicy Łanowej. Kierowca parkuje, jakby kołował samolotem. Chce, żeby pasażerowie mieli jak najbliżej do wejścia.

Cisza. Nic się nie dzieje. Gromada ludzi w samochodzie zastygła w bezruchu. Po chwili szyby pokrywa para wodna. Rozbiegane oczy młodego chłopaka wyglądają niepokojąco. Już chcę pytać furtiana, dlaczego ci ludzie nie wysiadają, a tu nagle, jakby spod ziemi, wyrastają studenci. Otwierają się drzwi „renówki”. Ze środka wypada niski mężczyzna po trzydziestce. Krzyczy z radości. Rzuca się na młodą dziewczynę. Ona przytula go z czułością. Podskakują razem kilka razy, jakby bawili się na trampolinie. Ktoś otwiera nieużywane skrzydło drzwi do klasztoru, żeby zmieściły się wózki inwalidzkie.

Ostrzegano mnie przez telefon, że nie będą się komunikować. Widzę ludzi w kontakcie. Specyficznym, ale jednak.

– Grzesiu nie lubi soku – mówi mężczyzna prowadzony przez dwie studentki. – Grzesiu nie lubi soku. Grzesiu nie lubi soku.

Pan Grzegorz każde „Grzesiu nie lubi soku” wypowiada tak, jakby robił to pierwszy raz w życiu. Dla pana Grzegorza to bardzo ważna wiadomość.

Szybkim krokiem idzie w moim kierunku głuchoniemy chłopak. Za chwilę zostaniemy sobie przedstawieni i dowiem się, że to Adaś. Na razie muszę nad sobą panować, żeby nie zrobić kroku w tył. To byłoby niegrzeczne. Jestem tu gościem. Adam leci wprost na mnie. W ostatniej chwili mija mnie jak TIR na przeciwległym pasie. Jest wysokim, przystojnym mężczyzną, który potrafi przestraszyć. Jego twarz bywa mokra od śliny.

– Całuje, ale jeśli kogoś lubi, to wyciera mokrego całusa rękawem – tłumaczy opiekunka Adasia.

Mija mnie kilku pogodnych podopiecznych Łanowej z zespołem Downa. Idą z nimi ładne studentki prestiżowych kierunków na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ania, z zawodu marketingowiec, długo szukała ciekawego wolontariatu. Bo wolontariuszami są nie tylko studenci.

– Nasi przyjaciele nie zrobią postępów w pisaniu, mówieniu i rysowaniu – mówi Ania. – Jedyne, nad czym możemy pracować, to relacja. Zastanawiam się, kto tu komu służy. Oni służą energią, której nam – teoretycznie zdrowym – brakuje.

Łanowa to transakcja wiązana. Ktoś czuł się samotny, komuś nie poszło na studiach, jeszcze ktoś inny nie mógł się dogadać z rodzicami. Tutaj opiekuje się ludźmi, którzy akceptują na sto procent i przywracają nadzieję.

25 lat temu

Obrazy z Domu Pomocy Społecznej przy Łanowej w pamięci Anny Paruch nie są kolorowe. Są to obrazy z 1993 roku, gdy Jean Vanier przyjechał do Polski mówić o godności osoby niepełnosprawnej.

– Z grupą studentów przyszliśmy do DPS-u, żeby pracownicy i opiekunowie mogli się spotkać z założycielem wspólnoty L’Arche – wspomina Ania. – Pamiętam potworny smród fekaliów. Jak mogli pachnieć mężczyźni z pięcioma pieluchami z tetry? Pozrywane płytki PCW. Krzyk.

Anka dostrzegła małego chłopca z powyginanymi nogami. Pochyliła się nad nim. Gdy zobaczył jej długie, kręcone blond włosy, roześmiał się z radością, której nie da się opisać. Miał na imię Dominik. Przypadek?

Ania zapragnęła wziąć Dominika na ręce. Oczywiście, że się bała. Czy chłopiec się nie rozsypie w objęciach? Poczekała, aż nikogo nie będzie w pokoju. Dominik był jedną wielką miłością.

– Wszędzie słyszeliśmy „mama” – wspomina Anna Paruch. – Chłopcy do nas lgnęli. Wojtek wchodził na mnie i gryzł mi włosy. Przekonałam się, że oni czują i pragną kontaktu.

Gdy do Domu Pomocy Społecznej przyjechał Jean Vanier, pielęgniarki skropiły pomieszczenia odświeżaczem powietrza. Zapach róży kojarzy się Ani jak najgorzej. Ale od tego momentu, od wizyty Jeana Vaniera, Ania i inni młodzi wolontariusze byli z chłopakami z Łanowej na dobre i na złe.

Zaczęli od posegregowania odzieży. Podopieczni DPS-u nie mieli swoich ubrań. To przypadek decydował, czy dostało się rano wygodne rajtuzy. Ci, którzy według podręcznika pedagogiki specjalnej mieli być odcięci od świata z powodu swojego upośledzenia, cieszyli się przymierzaniem i posiadaniem własnej półeczki z ciuchami. Półeczki podpisanej imieniem i nazwiskiem. Stali się ważni.

– Zmieniliśmy myślenie – opowiada Ania. – DPS stał się domem, a nie miejscem pracy opiekunów. Gdy moi podopieczni tęsknili za domem, marzyli o nim, odpowiadałam, że mają dom. Przy Łanowej. Sprowadzałam ich do rzeczywistości.

Tak było 25 lat temu. Dziś Dom Pomocy Społecznej wygląda i pachnie inaczej. Studentów zafascynowanych ideałami Jeana Vaniera zastąpiło kolejne pokolenie. Wiele zmieniły poniedziałkowe msze święte Łanowej w klasztorze ojców dominikanów. Takie jak ta.

Łanowa jak podróż

W kapitularzu rumor, krzyk. Trzeba się przywitać. Młody facet na wózku pokazuje mi pęk smyczy na klucze. Cieszy się, że mnie widzi. Szybko wyciągam swoją smycz z logo Radia Poznań. Podaję mu. Chłopak podskakuje na wózku. Nie mówi, ale gestami pokazuje, by zawiesić mu smycz na szyi. Wieszam tak, jak się wiesza medal na igrzyskach olimpijskich. Wyciąga się do mnie.

– On chce pana pocałować – tłumaczy opiekunka.

Obejmujemy się jak przyjaciele, którzy nie widzieli się sto lat.

Wpadam na kolejnych rozradowanych moją obecnością. Nie znamy się, a oni się cieszą, że mnie widzą. Mam u nich stuprocentowy kredyt zaufania. Gdyby tak ludzie cieszyli się sobą w korporacjach, firmach albo chociażby u fryzjera.

Wolontariuszka Ania mówi mi o każdym chłopaku (i jednej dziewczynie) kilka zdań.

Łukasz mówi „mama”, „koń” i „pa”. „Pa” oznacza „patrz”. Mówi „pa”, gdy chce, by na coś popatrzeć. Ania nie zna innej tak autoironicznej osoby jak Łukasz. Gdy opowiada chłopakowi o trudnych sytuacjach z życia, Łukasz śmieje się akurat w tym momencie, w którym trzeba.

Oliwia lubi słodycze i słodkie napoje, ale pracuje nad sobą, bo tyje. Również z powodu przyjmowanych leków. Nawet gdy wszyscy jedzą ciastka, odmawia słodyczy. Oliwka trzyma się dzielnie swojego postanowienia.

Michał na pierwszy rzut oka wydaje się osobą bez kontaktu. Nie mówi, jest sparaliżowany. Jeśli jesteś smutny, to się smuci, jeśli się cieszysz, to się cieszy. Michał ma dar nieskrępowanej empatii. Nikt w Łanowej nie śmieje się tak szeroko.

Adasia już znacie. Biega pochylony. Robi to bardzo szybko. To ten chłopak, który daje mokre całusy. W naszej kulturze ślina traktowana jest jak coś groźnego, więc i Adaś jest traktowany jak osoba groźna. Tak naprawdę jest czuły. Częstuje jedzeniem.

Misiek zaprzyjaźnia się powoli. To typ introwertyka. Często uważamy, że niepełnosprawni intelektualnie nie mają swoich charakterów. To nieprawda. Misiek zawsze pomaga przy pchaniu wózków. Nieważne, czy ma dobry, czy zły humor. Niepełnosprawni też mają gorsze dni.

Adam jest świetnie zorientowany w polityce i rozkładach jazdy. Przegląda prasę. Zna prawa obywatelskie i chętnie opowiada o nich na warsztatach terapii zajęciowej.

– Niepełnosprawność kojarzy się z biedą, a tu, proszę popatrzeć – mówi Ania. – Wszyscy mili, dobrze ubrani, pachnący, ciekawi, zadowoleni z życia. Kocham podróże. Łanowa jest jedną wielką podróżą w świat, do którego większość ludzi nie ma dostępu.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Piotr Świątkowski - ur. 1980, autor słuchowisk i audycji historycznych w Radiu Poznań, w 2017 roku w Domu Wydawniczym Rebis opublikował książkę reporterską "Polakom i psom wstęp wzbroniony. Niemiecka okupacja Kraju Warty". Razem z Jarosławem Burchardtem napisał książkę o agencie CIA z Leszna "Szpieg, który wiedział za mało. Tajemnice kontrwywiadu PRL". Jest żonaty, ma dwoje dzieci, mieszka w Skórzewie pod Poznaniem. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

WYSPY KOŚCIÓŁKOWEJ POPRAWNOŚCI

KRZYŻYK POD KRAWATEM

KSIĄDZ W HALI ODLOTÓW

WIELKIE CUDA MAŁEJ FIGURKI

JEDNOŚĆ ABSOLUTNA


komentarze



Facebook