TACY, JAK BÓG CHCIAŁ
Osoby z niepełnosprawnością wyrywają nas z nadaktywizmu i pokazują, że miarą doskonałości człowieka nie jest jego użyteczność, sprawność, zatrudnialność. Człowiek jest wartościowy również bez tego wszystkiego.

Anna Maliszewska

Jak przyjąć niepełnosprawne dziecko? Takich tekstów nie pisze się łatwo. Za takim pytaniem stoi często cierpienie, niezrozumienie, czasem bunt. Dotyka ono żywej tkanki życia jak mało które. Na takie pytanie nie można udzielić elokwentnej odpowiedzi, schować się za słowem. Nie sprawdza się tanie pocieszanie ani wysoka teologia. Chciałoby się uchylić od odpowiedzi, a jednak nie można milczeć.

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, gdy myślę o narodzinach i przyjęciu niepełnosprawnego dziecka, to prawda odnosząca się do każdego macierzyństwa i ojcostwa: moje dziecko nie jest do końca moje. Prawda ta objawia się szczególnie wyraziście wtedy, kiedy w rodzinie pojawia się dziecko niepełnosprawne, dziecko, które często na zawsze pozostanie całkowicie zależne od nas lub innych ludzi. Rodziców paraliżuje strach na samą myśl o jego bezbronności, wybiegają w przyszłość, martwiąc się o to, jaki będzie jego los, gdy ich zabraknie. „Nie troszczcie się zbytnio” (Mt 6,24), Bóg wie. Wasze dziecko, zanim należy do was, należy do Niego, jest Jego ukochanym dzieckiem, to On jest jego Ojcem i Matką, powołał je do istnienia i jest najbardziej ze wszystkich odpowiedzialny za jego życie. Nikt z nas, czy jest rodzicem dziecka pełnosprawnego, czy niepełnosprawnego, nie ma gwarancji, że dożyje momentu jego – takiej czy innej – samodzielności, nikt z nas go nie zabezpieczy przed złem i zranieniem, nie zapewni mu szczęśliwej przyszłości. Jedyne, co możemy zrobić, to być dla niego najlepszymi rodzicami tu i teraz, przekonać je o naszej miłości i miłości Boga do niego. Tylko tyle i aż tyle.

Dziecko niepełnosprawne może się okazać dla nas dzieckiem nie takim, jakie sobie wymarzyliśmy. Nie dotyczy to oczywiście jedynie rodziców niepełnosprawnych dzieci. Często – zupełnie nieświadomie – nosimy w sobie brak akceptacji również naszych zdrowych dzieci: one także nie zawsze są takie, jakie sobie wymarzyliśmy, choć oczywiście skala problemu jest nieporównywalna. W każdej sytuacji musimy sobie jednak uświadamiać, że to nie dziecko jest dla mnie, ale raczej ja dla niego. Żadne dziecko nie jest lokatą na starość, zabezpieczeniem przed samotnością, realizatorem naszych ambicji, kimś, kim możemy się pochwalić, kimś, w kim powinniśmy pokładać nasze nadzieje. Również za nas ostatecznie odpowiedzialny jest Bóg, w Nim jest cała nasza nadzieja. Także my żyjemy, bo On nas chciał. Nie potrzebujemy zabezpieczeń w postaci naszych dzieci i one takim zabezpieczeniem nigdy nie są.

Życie warte życia

Żaden z rodziców niepełnosprawnego dziecka najprawdopodobniej nie jest w stanie uciec przed pytaniem: Dlaczego ja? Dlaczego nas to spotyka? Gdy rodzi się niepełnosprawne dziecko, pytanie to pojawia się chyba jako pierwsze. Nie ma na nie łatwej odpowiedzi. Nie jest jednak tak, że nie można powiedzieć zupełnie nic.

Jedną z najprostszych i chyba, niestety, nadal dość częstych odpowiedzi – choć może nie zawsze wprost artykułowanych – jest: To wasza wina. Zgrzeszyliście, dlatego wasze dziecko jest takie, jakie jest, dlatego cierpi. Nie znam bardziej nieludzkiej odpowiedzi. Wydaje mi się, że jest to wręcz demoniczny szept, który każe nam wątpić w dobroć Boga i widzieć w Nim nieczułego egzekutora odwiecznych praw. Do jednego cierpienia dokłada się kolejne, obarczając winą tych, którzy cierpią już wystarczająco. Nie chcę przez to powiedzieć, że choroba czy niepełnosprawność dziecka nie mogą być wynikiem działania rodziców – nieświadomej winy czy świadomego grzechu. Zwykłe ludzkie doświadczenie uczy nas tego, że i takie sytuacje się zdarzają. Wtedy musimy sobie wybaczyć, Bóg z pewnością już dawno to zrobił. Jednak założenie, że zawsze rodzice są odpowiedzialni za niepełnosprawność dziecka, jest zupełnie chybione i najczęściej potwornie niesprawiedliwe. Jest czymś oczywistym, że równie dobrze niepełnosprawność może być konsekwencją działania innych ludzi. Żyjemy przecież w wielkiej sieci wzajemnych zależności, a grzech innych może przynosić skutki w naszym życiu. Tę prawdę głosi Kościół chociażby w nauce o grzechu pierworodnym – grzech innych nas dotyka, tak jak i ich świętość. Na szczęście.

Czy jednak zawsze musi być tak, że niepełnosprawność łączy się z grzechem? Wydaje się, że ścisłą łączność grzechu i niepełnosprawności ustanawiamy przede wszystkim na podstawie następującego rozumowania: grzech powoduje cierpienie, niepełnosprawność jest cierpieniem, a zatem niepełnosprawność powodowana jest przez grzech. Właściwie rozumowanie to jest poprawne, o ile nie podważymy łączności niepełnosprawności i cierpienia, a możemy to z powodzeniem zrobić. Przeprowadzone kilka lat temu badania dotyczące poczucia szczęścia wśród osób z zespołem Downa dostarczyły zaskakujących wyników: 99 procent respondentów uznało siebie za szczęśliwych, a 97 procent odpowiedziało twierdząco na pytanie „Czy lubisz siebie takiego, jaki jesteś?”. Jestem pewna, że większość z nas spotkała w swoim życiu przynajmniej jedną osobę z niepełnosprawnością, która była szczęśliwa i nie marzyła o tym, by być kimś innym. Czy na tej podstawie, że zdecydowana większość osób z trisomią 21. chromosomu czuje się szczęśliwa, można stwierdzić, że zespół Downa nie jest wynikiem niczyjego grzechu (rodziców, grzechu pierworodnego czy grzechu osobistego innych osób)? Wydaje mi się, że tak. Choć od razu muszę poczynić pewne zastrzeżenie: ponieważ żyjemy w świecie skażonym grzechem, często mylimy się co do tego, co jest dobre, a co złe, widzimy cierpienie tam, gdzie nie powinniśmy go widzieć, a tam, gdzie powinniśmy je dostrzegać, zupełnie nam się ono nie pokazuje. Kto z nas nie doświadczył tego zamroczenia grzechem, gdy w największej ciemności odczuwaliśmy pewnego rodzaju szczęście, przyjemność, spełnienie?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Anna Maliszewska - dr teologii dogmatycznej, pracownik Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. W ostatnim czasie nakładem wydawnictwa Uniwersytetu Śląskiego ukazała się jej książka "W stronę antropologii inkluzywnej. Głęboka niepełnosprawność intelektualna a człowieczeństwo". Jest mężatką, ma troje dzieci. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Co jest z tym seksem?

Jestem zasmuconym katolikiem

O ciemnej dolinie

PRAWDOPODOBIEŃSTWO PRZYJAŹNI

"Kobiety w Biblii. Stary Testament", Elżbieta Adamiak


komentarze



Facebook