Archwium > Numer 553 (09/2019) > Zgorszeni Kościołem > NA TAKI KOŚCIÓŁ NAS SKAZALI

NA TAKI KOŚCIÓŁ NAS SKAZALI
Kościół polski nie potrafi rozeznać, co jest ważnym wyzwaniem, a co tylko pozornym. Wobec tych słabości szuka się poparcia w strukturach politycznych i administracyjnych, wiążąc nadzieję z jedną opcją partyjną.

FOT. ART BEAUTIFUL CATHOLIC / UNSPLASH.COM


Paweł Kozacki OP

Kilkakrotnie już pisałem w kontekście różnych afer i grzechów ludzi Kościoła, dlaczego zostaję w Kościele i dlaczego nadal jest on moją ojczyzną. W 2002 roku opinię publiczną zelektryzowała sprawa arcybiskupa Juliusza Paetza oskarżonego o molestowanie kleryków. Protestowałem przeciwko takiemu jej załatwieniu, które de facto niczego nie wyjaśniło i niczego nie zakończyło. Pozostała ona przez to ropiejącym wrzodem na ciele poznańskiego Kościoła. Potem była fala odejść z kapłaństwa różnych mniej lub bardziej znanych księży, między innymi kilku moich współbraci. Pisałem i mówiłem zatem, dlaczego nadal chcę być księdzem, dlaczego nie chcę zrzucać habitu. Gdy na przełomie 2006 i 2007 roku na fali lustracji wybuchła sprawa współpracy arcybiskupa Stanisława Wielgusa z SB i jego ingresu do katedry warszawskiej, napisałem, iż „Wierzę, że Kościół jest święty”. Potem było jednak jeszcze trudniej. Dotąd najpoważniejszym kryzysem wiarygodności Kościoła są coraz częściej ujawniane przypadki pedofilii niektórych duchownych, a co gorsze – sytuacje lekceważenia lub krycia takich przestępstw przez hierarchów i przełożonych. Nie będę się nawet starał wymieniać mnóstwa mniejszych afer czy kuriozalnych decyzji lub wypowiedzi, z którymi mogliśmy się zetknąć w tym czasie.

Widzę to inaczej

Sytuację mamy dziś taką: autorytet Kościoła został poważnie nadwyrężony. Na razie nie widać zdecydowanych kroków, które miałyby ten stan rzeczy uzdrowić czy odmienić. Jako wspólnota nie znajdujemy adekwatnego języka, by mówić o sytuacji, w której zawiniliśmy. Wobec realnych problemów i wyzwań współczesności, takich jak aborcja, eutanazja, homoseksualizm, in vitro, rozwody, ochrona środowiska, gender, LGBT i wiele innych, nie znajdujemy argumentów, które potrafiłyby uzasadnić nasze racje. Umiemy za to strzelać sobie w kolano wypowiedziami hierarchów, które nie tylko nie budują zaufania, ale jeszcze bardziej je podważają. Kościół polski nie potrafi rozeznać, co jest ważnym wyzwaniem, a co tylko pozornym. Wobec tych słabości szuka się poparcia w strukturach politycznych i administracyjnych, wiążąc nadzieję z jedną opcją partyjną. Nieporadność w dowodzeniu swoich racji pociąga za sobą pokusę agresji i sięgania po argumenty siłowe. Na katolickich łamach i stronach internetowych, falach radiowych i ekranach telewizorów pojawiają się wściekłe ataki nie tylko na ludzi wrogich Kościołowi, ale również na katolików, którzy ośmielają się inaczej widzieć rzeczywistość. Miłość nieprzyjaciół, szacunek dla myślących inaczej, pokora w dążeniu do prawdy – to rzadkie przypadki. Tu oczywiście konieczne jest jedno zastrzeżenie: te wyważone, zdroworozsądkowe sytuacje nie są aż tak rzadkie, jak by się mogło wydawać. Problem jednak w tym, że w mediach tożsamościowych liczy się ten, kto głośniej i dobitniej dowali drugiej stronie. Ci, którzy ważą racje, rozważają za i przeciw, wsłuchują się w drugiego, starają się zrozumieć innych, nie są słuchani, a ich głos ginie w tumulcie. Ich oddziaływanie społeczne będzie więc znacznie mniejsze niż krzykliwych sloganów. Nic więc dziwnego, że coraz więcej osób dystansuje się od Kościoła. Są to ci, którzy zostali przez Kościół zranieni lub zniechęceni. Ci, którzy na podstawie medialnych przekazów nie widzą w nim już nic dobrego. Ci, którzy wstydzą się należeć do instytucji kryjącej działania pedofilii i zboczeńców dążących do władzy i pieniędzy, by nie narazić na szwank swojego wizerunku.

Jestem tu dla Jezusa

Dlaczego więc ktoś miałby zostać w tym Kościele? Nie będę pouczał, zachęcał, przekonywał… Napiszę, dlaczego ja nie mam zamiaru Kościoła opuścić, dlaczego w nim zostanę, pomimo że czasami (parafrazując Zbigniewa Herberta) czuję się na niego skazany, czuję się nim przebity, a czasem jestem wściekły, widząc, co się w nim dzieje.

Po pierwsze i najważniejsze – to nie jest mój Kościół, tylko Pana Jezusa. Co prawda zostałem ochrzczony i stałem się jego członkiem, zanim sam świadomie mogłem podjąć taką decyzję, na mocy uzasadnionej nadziei, że rodzice przekażą mi wiarę, ale ta nadzieja się spełniła. Im byłem starszy, im bardziej świadomy, tym bardziej odkrywałem więź z Panem Jezusem, Jego słowo, Jego sakramenty, Jego Kościół. Miałem szczęście, dorastałem bowiem na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Spotkałem wielu wspaniałych ludzi, zobaczyłem wiele podnoszących na duchu działań Kościoła, przeczytałem wiele tekstów inspirowanych Ewangelią. Słyszałem też głosy ludzi wątpiących i niewierzących, którzy z szacunkiem i podziwem wypowiadali się o działalności Kościoła. Byłem zachwycony. Gdy jednak wstępowałem do zakonu, usłyszałem od mojego duszpasterza i mentora: „Zobaczysz wiele złych rzeczy, ale się nimi nie gorsz i nigdy nie zapominaj, kto cię tu powołał”.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Nie bójcie się

ROK FRASSATIEGO

WYJŚCIE ZE STREFY KOMFORTU

PO CO TA OBRONA?

JAK DZIAŁA DEMOKRACJA DOMINIKAŃSKA


komentarze



Facebook