NA MOJE SZCZĘŚCIE
Najskuteczniejsza reforma Kościoła nie zaczyna się od wskazywania kierunków odnowy, robienia planów strategicznych i opracowywania odpowiednich procedur, tylko od osobistego doświadczenia Pana Boga.

Wojciech Ziółek SJ

Nie trzeba się wielce wysilać, by zauważyć, że ostatnie lata w Kościele powszechnym, a co za tym idzie – również w Kościele w Polsce, obfitują w bolesne wydarzenia. Zamieszanie doktrynalne, skandale seksualne i jeszcze bardziej skandaliczne ich ukrywanie, wyrządzona i nienaprawiona krzywda, zadane i niezabliźnione rany, podziały nie do zasypania, spektakularne odejścia znanych ludzi Kościoła itd. Wszystko to sprawia, że niemal automatycznie w głowach i w sercach ludzi wierzących pojawiają się pytania: Czy rzeczywiście uważasz, że to, w co wierzysz, jest prawdą? Naprawdę chcesz w tym dalej trwać? Czy właśnie tak wyobrażałeś sobie Kościół? Czy to są ludzie, z którymi chcesz się związać na całe życie? Nie sądzisz, że uczciwiej będzie zostawić to wszystko? Czy na pewno nie chcesz odejść? Czy nie sądzisz, że wobec tego, co się dzieje, po prostu trzeba odejść?

Gdy pytania te zaczynają dźwięczeć w sercu, instynktownie się bronimy i kurczowo trzymamy wszystkiego, co mogłoby naszą stabilizację ocalić albo chociaż trochę przedłużyć. Na szczęście (wrócimy jeszcze do tego wyrażenia!) już się nie da. Nie da się żyć tak, jak dawniej. Jakiś ból, jakiś kryzys, jakiś smutek, jakiś grzech (mój czy innych), jakiś skandal po prostu nie pozwalają na to i zmuszają do podjęcia decyzji.

Zburzona stabilizacja

Znam dobrze ten ból i te niepokojąco brzmiące pytania. Ten tekst nie będzie jednak o tym, jak powinna wyglądać reforma Kościoła albo jakie wdrożyć procedury, by uniknąć takich czy innych skandali, grzechów czy pomyłek. Jest dostatecznie wielu tych, którzy doradzają Kościołowi, co powinien zrobić i jakie wdrożyć procedury. Szczerze powiem, że nie ciągnie mnie, by do nich dołączyć. Nie dlatego, że lekceważę poważne problemy, tylko dlatego, że – jak pokazał to swoim życiem św. Ignacy Loyola – najskuteczniejsza reforma Kościoła nie zaczyna się od wskazywania kierunków odnowy, robienia planów strategicznych i opracowywania odpowiednich procedur, tylko od osobistego doświadczenia Pana Boga, wyciągającego nas za uszy z bezradnej biedy i bezsilnej grzeszności.

Ten tekst będzie zatem o osobistym doświadczeniu, dzięki któremu dane mi było – bez żadnych moich zasług – pozostać w Kościele. To będzie tekst adresowany do tych, którzy nie znajdują w sobie i wokół siebie powodów, dla których mieliby zostać, i noszą się z zamiarem odejścia. Oczywiście nie będę nikogo na siłę przekonywał. Sam nie znoszę, gdy w kwestiach najważniejszych ktoś próbuje wywierać na mnie presję. Chcę tylko opowiedzieć o moim osobistym doświadczeniu, takim, jakie ono było i jest. Może komuś się przyda? Może komuś pomoże? A może kogoś zniesmaczy i zgorszy? Nie wiem. Wiem tylko, że będzie to prawdziwy i bardzo osobisty tekst. Może nawet zbyt osobisty. Ale tylko prawda pomaga i tylko szczerość ocala. O sprawach najdroższych pisze się tylko sercem.

Czy i ty chcesz odejść?

Minęło już ponad trzydzieści lat, a ja wciąż pamiętam wszystko ze szczegółami… Piękne wrześniowe popołudnie na Podhalu, a konkretnie w Witowie, gdzie razem z moimi współbraćmi odprawiałem ćwiczenia duchowne. Na popołudniową medytację wybrałem się na łąkę, z której roztaczał się wspaniały widok na Tatry. Niewiele się jednak na nie napatrzyłem, bo oczy dość szybko zaszły mi łzami i co innego zajmowało mój umysł i serce. Modliłem się tekstem kończącym szósty rozdział Ewangelii św. Jana, gdzie nie sposób było uciec od pytania: „Czy i wy chcecie odejść?”. Nie, nie chciałem. Bardzo nie chciałem. Ale jednocześnie bardzo mocno czułem, że powinienem, że trzeba. Że tak po prostu będzie uczciwiej. W moim życiu nie było wtedy żadnej pewności, bo półtora roku wcześniej wszystko mi się posypało, wszystkie pewności legły w gruzach, a na horyzoncie nie było widać niczego, co zapowiadałoby jakiś nowy ład. Janowy tekst tylko pogłębił we mnie uczucie, że tak po ludzku powinienem odejść, że trzeba, bo nie mam niczego, czego mógłbym się uchwycić, a w dodatku wiele z tego, co jest, wydaje mi się niezrozumiałe i podejrzane. Mówiłem sam do siebie, że przecież gdybym był w takiej sytuacji, jak uczniowie w Kafarnaum, tobym odszedł. Przecież gdybym słyszał jakiegoś gościa – choćby najświętszego – który z powagą w głosie zachęca do tego, by jeść jego ciało i pić jego krew, tobym odszedł. Na pewno. Nawet jeślibym go lubił i nic bym do niego nie miał, tobym odszedł. Bo są pewne granice wiarygodności, przyzwoitości i absurdu. Bo nie można być ślepym. Bo nie można udawać, że się nie widziało, nie słyszało i że się nie wie. Znałem już trochę samego siebie i wiedziałem, że tak właśnie bym zrobił. Odszedłbym. Zresztą tak właśnie podpowiada rozum i taka powinna być – myślałem – uczciwa decyzja dojrzałego mężczyzny. Po prostu trzeba.

Dlaczego zatem płakałem? Bo bardzo dobrze rozumiałem, że to, co było szokujące, a nawet szokująco obrzydliwe dla słuchaczy Pana Jezusa, jest tak samo szokujące i nie do przyjęcia również i dzisiaj. Tyle tylko, że ja już się z tym otrzaskałem i już mnie to nie szokuje. A przecież powinno. Płakałem z bezsilności, że nie potrafię. Płakałem ze wstydu, że mnie nie stać. Płakałem nad własną bezradnością i nieokreślonością, nad brakiem odwagi, zdecydowania i jasnego opowiedzenia się. Bo przecież – myślałem – gdybym miał dość odwagi, gdybym był dostatecznie uczciwy intelektualnie i dojrzały emocjonalnie (z dużym rozrzewnieniem myślę dziś o tym dwudziestotrzyletnim Wojtku), tobym przyznał, że to wszystko tak naprawdę przekracza nie tylko moje wyobrażenia, ale też wszelkie granice intelektualnej przyzwoitości i bym odszedł.

A przecież nie chciałem odchodzić. Czy tylko ze strachu przed konfrontacją swoich wyobrażeń z rzeczywistością? Nie. Nie chciałem odchodzić, nie chciałem porzucać chrześcijaństwa, zakonu i Kościoła jeszcze z jednego powodu. Nie chciałem odchodzić od Niego. To był największy powód mojego płaczu. Płakałem, bo choć to wszystko wydawało mi się tak skandalicznie niezrozumiałe i takie bardzo nie do przyjęcia, to gdzieś tam, w głębi serca, bardzo czułem, że w Nim jest odpowiedź na wszystko, czego nie rozumiem i czego potrzebuję. Płakałem z tęsknoty i żalu. Z tęsknoty za Miłością, która mi wszystko wybaczy, i z żalu, że Jej nie rozumiem, nie czuję, nie pojmuję.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Wojciech Ziółek SJ - ur. 1963, jezuita, uratowany grzesznik, teolog biblijny, duszpasterz. W latach 2008-2014 prowincjał krakowskich jezuitów. Wcześniej wieloletni duszpasterz akademicki. Obecnie pracuje jako proboszcz w jezuickiej parafii w Tomsku na Syberii. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

... CZEKANIA NA NIKOGO

TWOJA KOLEJNA PORAŻKA

...WIĘC NIE ŻAŁUJ JEJ DLA MNIE!

WYZNAĆ MIŁOŚĆ PO WYJŚCIU Z SZAMBA

BO JEST W NIM PAN JEZUS


komentarze



Facebook