RELIGIJNE ZOBOJĘTNIENIE
Żeby katolik mógł się wyobcować z Kościoła, musi nie do końca zdawać sobie sprawę z tego, czym naprawdę jest Kościół w naszej drodze do Boga. Kryzys przynależności do Kościoła wydaje się wcześniejszy niż konkretne fakty.

Jacek Salij OP

Nigdy dość przypominania, że w Nowym Testamencie zwrot „głosić słowo Boże” jest równoważny zwrotom „głosić Ewangelię” (por. np. Rz 1,9.15), „głosić Chrystusa” (por. np. 1 Kor 1,23). Wiara chrześcijańska jest bowiem czymś więcej niż religijnym światopoglądem i czymś więcej niż wyznawaniem określonych wartości moralnych; jest zdolnością do osobowych relacji z Chrystusem. Z całą jasnością podkreślił to Benedykt XVI na samym wstępie encykliki Deus caritas est (i powtórzył to w adhortacji Verbum Domini, 11): „U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, ale spotkanie z wydarzeniem, z Osobą, która nadaje życiu nową perspektywę, a tym samym decydujące ukierunkowanie”.

Takie rozumienie wiary rzutuje na to, jak rozumiemy pojęcie religijnego zobojętnienia. Otóż zobojętnienie religijne jest to zjawisko charakterystyczne dla społeczeństw chrześcijańskich, wyrażające się przede wszystkim kryzysem modlitwy oraz zanikaniem praktyk religijnych, a co za tym idzie – dystansowaniem się wobec Kościoła oraz innych form przynależności religijnej.

Spójrzmy, jak szczyt religijnego zobojętnienia opisał po pielgrzymce Benedykta XVI do Francji Emmanuel Todd w tekście pt. Papież nikogo nie obchodzi („Europa. Magazyn Idei »Dziennika«”, 20–21.09.2008, s. 3): „W kraju takim jak Francja większość rodzin jest zadowolona ze swego życia. Życie seksualne jednostek, bardziej urozmaicone, daje w rezultacie całkiem zadowalający współczynnik płodności – dwoje dzieci na jedną kobietę. Liczba zabójstw nie rośnie. Instynkt życiowy przetrwał, a życie w obecnych czasach – choć pozbawione sensu – może być interesujące. Do czasu przynajmniej, gdy – w obliczu braku ubezpieczenia metafizycznego – zostanie nam system ubezpieczeń społecznych, który pozwoli korzystać w sposób rozsądny z naszego życia pozbawionego sensu”.

Chantal Delsol, wybitna francuska intelektualistka, alarmuje, że gruntowna laicyzacja jest zjawiskiem społecznie niezmiernie groźnym („Znak” 5/2004, s. 128): „Spotykam obecnie mnóstwo dzieci, które nazywam »pozbawionymi marki«. Są jak ubrania, od których odpruto metki. Dorośli nie wierzą już w nic, więc nie mają im co przekazać. Stali się prawdziwymi cynikami. Zostawiają po sobie dzieci, które nie przynależą do żadnego świata, nie wiedzą, dokąd idą, błąkają się z jednego miejsca na drugie, nie mają pojęcia, po co żyją. To bardzo niebezpieczne. Takie dzieci demolują rzeczy i zniekształcają język po to, żeby pokazać realność tragiczności ludzkiego życia, któremu dorośli nie mają odwagi nadać sensu. Dlatego niektóre szkoły nie mogą już normalnie funkcjonować, dlatego są dzieci, które w odpowiedzi na wszystko wyciągają nóż”.

Kościół – dar bezpośredniego dostępu do Pana Jezusa

Nie da się poważnie obserwować i opisywać zjawiska religijnego zobojętnienia, nie zauważając Kościoła. Kościołem obdarzył nas sam Pan Jezus. „Na tej Skale zbuduję Kościół mój – powiedział pod Cezareą Filipową – a bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16,18). Samo to, że wybrał sobie dwunastu apostołów, aby właśnie oni dali początek Jego Kościołowi – na wzór dwunastu synów Jakuba, którzy byli praojcami ludu Starego Przymierza – świadczy o tym, że Jego wolą było założenie Kościoła, ludu Nowego Przymierza.

Co więcej, Pan Jezus swój Kościół kocha, i to kocha aż tak realnie, że oddał za niego życie: „Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby osobiście stawić przed sobą Kościół jako chwalebny, niemający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany” (Ef 5,25–27). Zauważmy, że Zbawiciel kocha swój Kościół nie dlatego, że jest on piękny – kocha, ażeby uczynić go pięknym.

I jeszcze więcej: Pan Jezus ze swoim Kościołem tajemniczo się utożsamia. Z Nowego Testamentu wielokrotnie się dowiadujemy, że Kościół jest Jego Ciałem. Kiedy zaś pod Damaszkiem wyszedł naprzeciw prześladowcy chrześcijan Szawłowi z Tarsu, nie spytał go: „Szawle, Szawle, dlaczego prześladujesz moich wyznawców?”, ale: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?” (Dz 9,4).

Właśnie po to Chrystus Pan obdarzył nas Kościołem, ażeby wszyscy ludzie, którzy uwierzyli w Niego – ludzie wszystkich krajów, kultur i wszystkich pokoleń – mogli mieć bezpośredni przystęp do Niego, do Jego nauki, Jego łaski, Jego przebaczenia i do Niego samego.

Zakłócenia w religijnym otwarciu się na Boży dar Kościoła wydają się głęboką przyczyną wielu dzisiejszych odejść i oddaleń. Jednak ani antykościelne nastawienie niektórych środowisk opiniotwórczych, ani brak gorliwości, kiepskie wykształcenie lub gorszące postępowanie jakichś konkretnych księży i zakonników, ani nawet zbrodnie pedofilii nie mogłyby zrazić do Kościoła ludzi dobrze w nim zakorzenionych. Żeby katolik mógł się wyobcować z Kościoła, musi nie do końca zdawać sobie sprawę z tego, czym naprawdę jest Kościół w naszej drodze do Boga. Krótko mówiąc, kryzys przynależności do Kościoła wydaje się wcześniejszy niż te konkretne fakty, które powodują świadome oddalanie się od Kościoła.

Spróbujmy przypatrzeć się czterem takim zakłóceniom.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Księża, którzy porzucili kapłaństwo

Gdzie są nasi zmarli?

Homoseksualni rodzice?

Chrześcijaństwo religią Księgi?

TEMU, KTO NIE MA, ZABIORĄ NAWET TO, CO MA


komentarze



Facebook