NIEDZIELNY BABYSITTER
Jeśli przychodzimy na liturgię, by miło spędzić czas, to jest wiele sposobów, by spędzić go milej. Osobiście uczestniczę w liturgii z nastawieniem, by w pewnym sensie zmarnować czas.

FOT. STEVEN LIBRALON / UNSPLASH.COM


Dominik Jarczewski OP: Mam takie przeczucie, że niejednej osobie narazimy się tą rozmową. Czy msza święta jest dla dzieci?

Dominik Jurczak OP: Jeżeli dzieci są ochrzczone, czyli są chrześcijanami, to jest także dla dzieci.

„Także”. Zgoda. A specjalna msza dla dzieci?

A to już inna sprawa. Nie istnieje msza „przymiotnikowa”: dziecięca, młodzieżowa, studencka, oazowa. Nie jestem zwolennikiem tego typu określeń. Stwarzają one wrażenie, że msza może być wyłącznie dla jakiejś grupy, że staje się jej własnością. Msza tymczasem jest dziełem całego Kościoła, a zatem jest nie tylko dla dzieci, oazy, młodych małżeństw, spacerowiczów czy ludzi ostatniej szansy.

Częścią tego Kościoła są rodzice z dziećmi. Z myślą o nich dostosowuje się mszę: kazanie, pieśni, modlitwy, żeby były bardziej zrozumiałe.

Pragnienie, „żeby było bardziej zrozumiale”, może – co nie znaczy, że musi – prowadzić nas na peryferie, ponieważ często za takim kryterium kryje się zgoda na banalizowanie liturgii. Dlatego nie jestem zwolennikiem mszy dla dzieci. Gdy spojrzymy na historię Kościoła, szybko odkryjemy, że Kościół zazwyczaj nie katechizował dzieci.

A dzisiaj katechizuje wyłącznie dzieci.

Tymczasem w starożytności Kościół zajmował się katechumenami, to znaczy dorosłymi przygotowującymi się do chrztu, pozwalając im już częściowo na uczestnictwo w liturgii, zwłaszcza w pierwszej części Eucharystii. Z drugiej części byli wypraszani. O tych, którzy zostali ochrzczeni, czyli o neofitach, Kościół nie zapominał tak łatwo. To przede wszystkim wówczas tłumaczono im prawdy wiary. Dlaczego dopiero wtedy? Bo nie były to jedynie teoretyczne opowiastki, lecz przekaz wiary w oparciu o konkretne doświadczenie uczestnictwa w liturgii: zarówno tej przed chrztem, jak i w Wielką Noc Zmartwychwstania Pańskiego, notabene jedyny dzień w roku, w którym chrzczono. Katechizacja nie była zatem nakierowana na dzieci, jak to jest dzisiaj, ale przede wszystkim na osoby dorosłe.

A teraz rodzice przyprowadzają dzieci na specjalną mszę świętą, bo troszczą się o to, żeby ktoś przygotował je do życia sakramentami.

Dotykamy trudnego problemu. Współcześnie odpowiedzialność za katechizację próbujemy przerzucić na barki kogoś innego. Rodzice, posyłając dzieci na mszę dziecięcą albo na katechizację szkolną, oczekują, że ksiądz czy pani katechetka w szkole wytłumaczą mszę świętą i w ten sposób dzieci zaczną wszystko rozumieć. Zdarza się niestety i tak, że dzieci mają większą wiedzę religijną niż rodzice. Tu zaczyna się dramat, bo okazuje się, że rodzice nie mają podstawowej wiedzy, pozwalającej odpowiedzieć na pytania dziecka, a z ich doświadczeniem bywa różnie. Z punktu widzenia przekazu wiary chyba najtrudniejsza jest sytuacja, gdy rodzice wysyłają swoje pociechy na mszę dla dzieci, a sami zostają w domu. Dokładne odwrócenie systemu, o który upominał się starożytny Kościół.

Może warto wrócić do tego starożytnego ideału.

Zdecydowanie tak! Katecheza w szkole nie załatwi za rodziców niczego. Katechetka czy ksiądz mogą wspomóc, lecz nie mogą być dla rodziców sposobem na pozbycie się odpowiedzialności czy tarczą obronną przed kłopotliwymi pytaniami. Choć młodzież uczęszcza na katechezę w szkole, procent tych, którzy z Kościołem są na bakier, według mnie wzrasta, a nie maleje. Brakuje doświadczenia wiary! Być może nasza młodzież jest skatechizowana, ale wiedzy zdobytej w szkole nie umie powiązać z życiem.

Jeżeli msza, nauczanie czy katechizacja są skierowane tylko do dzieci, to łatwo je zinfantylizować.

Niestety, niemały procent dorosłych chrześcijan pozostaje w stroju pierwszokomunijnym. Taka wiara nie daje adekwatnej odpowiedzi na realne potrzeby dojrzałego człowieka. To tak, jakby się zatrzymać na dodawaniu i odejmowaniu do stu. A reszta operacji matematycznych? Podobne niebezpieczeństwo może się kryć w ciągłym sprowadzaniu teologii do poziomu dziecka, licząc na to, że jeśli uprościmy przekaz, to rozwiążemy sprawę rozumienia Boga. Analogicznie uproszczenie języka liturgii, któremu nie będzie towarzyszył rozwój wiary, nie przyniesie owoców w długiej perspektywie: Eucharystia nie stanie się zrozumiała tylko dlatego, że sprowadziliśmy ją do niskiego poziomu. Żeby Boga zrozumieć, nie trzeba Go banalizować. Lepiej prowadzić do Niego, podnosząc poprzeczkę i, podkreślam to raz jeszcze, nie eliminując doświadczenia. Rzecz nie w tym, by nauczyć się na pamięć św. Tomasza i znać wszystkie odpowiedzi z katechizmu, choć i to ma znaczenie. Chodzi o to, żeby moje intelektualne poszukiwanie Boga przekładało się na codzienne życie, a nie pozostawało w sferze intelektualnego, odkurzanego co jakiś czas świata.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Dominik Jurczak OP - ur. 1980, dominikanin, dyrektor Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego w Krakowie, członek Międzynarodowej Komisji Liturgicznej Zakonu Kaznodziejskiego oraz Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego Archidiecezji Krakowskiej, promotor liturgii w Polskiej Prowincji Dominikanów, wykładowca w Papieskim Instytucie Liturgicznym Anselmianum oraz na Papieskim Uniwersytecie Angelicum w Rzymie. (wszystkie teksty tego autora)

Dominik Jarczewski OP - ur. 1986, dominikanin, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, mieszka w Krakowie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Wyryta w sercu

Przewodnik po Trójcy

SŁOWO

W DRODZE DO WIARY

WSKRZESZAĆ WIARĘ


komentarze



Facebook