Archwium > Numer 556 (12/2019) > Zdążyć przed kryzysem > KAPŁAŃSTWO UDANE, A NIE UDAWANE

KAPŁAŃSTWO UDANE, A NIE UDAWANE
Oby strach przed brakiem księży nie stymulował formacji seminaryjnej. Lepiej mieć ich mniej, niż mieć byle jakich. Kościół w Polsce nie ma dziś jeszcze problemu z liczbą księży, ale z ich jakością już ma.

FOT. ARCHIWUM PRYWATNE


Katarzyna Kolska, Roman Bilecki OP: Trwają prace nad nowymi zasadami formacji kleryków w seminariach. Kiedy umawialiśmy się na ten wywiad, powiedziałam, że chciałabym porozmawiać o tym, jak zrobić z mężczyzny dobrego księdza. A ksiądz mi odpowiedział, że warunek jest taki, że muszą przyjść mężczyźni, a nie chłopcy. To znaczy, że do seminarium trafiają chłopcy?

Adrian Galbas SAC: Czasem trafiają. I to nie tylko chłopcy metrykalni, ale przede wszystkim mentalni, ludzie nieukształtowani osobowościowo, życiowo, którzy nie przeszli jeszcze żadnych poważniejszych prób, nie wzięli na siebie odpowiedzialności za innych, kapryśni i labilni, bardzo emocjonalni. Ale jeszcze pół biedy, kiedy do seminarium trafi chłopiec. Gorzej, kiedy ten chłopiec zostanie wyświęcony. Bo to znaczy, że sześć lat formacji seminaryjnej nie wystarczyło.

Tak było zawsze czy tak jest teraz?

Może nawet kiedyś było gorzej, bo jednak do seminariów zasadniczo przychodzili ludzie bezpośrednio po maturze, bez żadnych poważniejszych doświadczeń życiowych. Teraz coraz częściej zgłaszają się osoby, które bądź to ukończyły jakieś studia, bądź gdzieś pracowały, czyli w taki czy inny sposób otarły się o normalne, często surowe, dorosłe życie.

Skoro było tak, że do seminariów trafiały osoby niedojrzałe, to dlaczego dopiero teraz mówi się o tym, że trzeba przeprowadzić reformę w seminariach i inaczej kształtować przyszłych kapłanów?

Impuls wyszedł ze Stolicy Apostolskiej, bo polskie normy, które mają być niebawem wprowadzone w życie, są dzieckiem dokumentu watykańskiego z 2016 roku. Poprzedni dokument dotyczący formacji w seminariach ukazał się trzydzieści lat temu. W tym czasie zmieniło się mnóstwo rzeczy – i w świecie, i w Kościele. Kościół doszedł do przekonania, że trzeba się na nowo przyjrzeć zasadom kształcenia i formowania przyszłych księży, żeby one były po prostu bardziej adekwatne, odpowiadały na wyzwania dzisiejszych czasów i na problemy, z jakimi spotyka się ksiądz.

A w jaki sposób zdefiniowałby ksiądz tę adekwatność?

Przede wszystkim – co bardzo silnie zostało podkreślone w dokumencie i co uważam za jego główną wartość – chodzi o nacisk na indywidualne podejście i towarzyszenie kandydatowi. Czyli nie formacja stadna, polegająca na tym, że wszyscy o jednym czasie dostają taki sam pokarm i po zaaplikowaniu ustalonej jego dawki mają być wyświęceni. Każdy seminarzysta wymaga oddzielnej, indywidualnej uwagi, oddzielnej, indywidualnej troski i oddzielnej, indywidualnej drogi. Tak się zresztą nazywa ten polski dokument: Droga formacji seminaryjnej. Formujemy się w środowisku seminaryjnym, w konkretnej wspólnocie, ale każdy robi to we własnym tempie i droga każdego z kandydatów do przyjęcia święceń jest inna.

To wspaniale brzmi. Ale trudno mi sobie wyobrazić ten indywidualizm w formacji, która z założenia jest stadna.

Dziś już nie jest tak, jak za moich kleryckich czasów, że na pierwszy rok do seminarium zgłaszało się kilkadziesiąt osób. To przeszłość. Obecnie na roku jest zazwyczaj kilku, rzadko kilkunastu kandydatów. I w takich warunkach indywidualna praca jest jak najbardziej możliwa.

Do seminariów trafiają ludzie z bardzo różnych środowisk, z bardzo różnymi doświadczeniami wiary, Kościoła i pobożności, no i przede wszystkim z bardzo różnymi osobistymi historiami.

W jednym roku zgłosiło się do nas dwóch kandydatów. Jeden był z religijnej, wierzącej rodziny. Rodzice się cieszyli, że syn chce być księdzem, a drugi usłyszał od swego ojca: Koniec – jeśli ty idziesz do seminarium, to ja nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Tak długo, jak długo będziesz u tych eunuchów, tak długo z nami koniec. To cytat.

I co? Byli na tym samym roku, ale to nie znaczy, że ich formacja miała wyglądać tak samo! Każdy musiał dostać inne propozycje i impulsy formacyjne.

Ogromna odpowiedzialność dla wychowawców.

Dlatego jeśli ktoś się decyduje być ojcem duchownym, prefektem czy rektorem seminarium, to nie może mieć żadnych innych zajęć. Powinien być w tym na sto procent, właśnie po to, żeby mieć czas, siłę, cierpliwość i trzeźwy umysł, żeby obserwować, zastanawiać się, rozmawiać i rozeznawać. Żeby być z tymi, za których odpowiada, nie trochę, ale całkiem. Mądrość wychowawców polega na tym, że powinni być o krok przed seminarzystą: planować, przewidywać, czasem prowokować. I jeśli widzą, że ktoś potrzebuje więcej czasu na przygotowanie się do święceń, to muszą mu to zaofiarować. Tu nie wolno niczego przyspieszać. To nie są wyścigi. Będziesz miał jubileusz 25-lecia święceń trzy lata później. Nie szkodzi. Bylebyś te 25 lat przeżył jako człowiek dojrzały, w miarę szczęśliwy i nie narobił ludziom krzywdy.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Adrian Galbas SAC - ur. 1968, pallotyn, prowincjał Prowincji Zwiastowania Pańskiego, doktor teologii duchowości, ceniony duszpasterz i rekolekcjonista, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

INACZEJ

DLA NASZEGO ZBAWIENIA

WSZYSTKO BARDZIEJ INTYMNIEJE

KOCHAM CIĘ. KROPKA.

Wybierajcie życie


komentarze



Facebook