Archwium > Numer 556 (12/2019) > Cierpliwości! > CZEKAJĄC NA NARODZENIE CHRYSTUSA

CZEKAJĄC NA NARODZENIE CHRYSTUSA
Nikt z chrześcijan nie jest uczniem z drugiej ręki, nie zna swojego Mistrza jedynie z podręczników, które zostawił, z przekazu wcześniejszych uczniów czy archiwalnych nagrań.

Tomasz Grabowski OP

Przygotowanie do świąt Bożego Narodzenia, podobnie jak do każdych innych świąt przypominających wydarzenia z życia Chrystusa, wymaga zmierzenia się z dość kluczowym pytaniem: Dlaczego i w jaki sposób możemy świętować coś, w czym nie braliśmy udziału? Z jednej strony sprawa nie wydaje się skomplikowana, może nawet sprawiać wrażenie problemu czysto teoretycznego. Nieraz przecież uczestniczymy w celebracji rocznic na tyle odległych, że żaden z uczestników nie mógł być ich naocznym świadkiem. 12 września możemy się cieszyć wspomnieniem zwycięstwa nad Kara Mustafą, choć nikt z żyjących nie był obecny podczas zwycięskiej szarży u skraju Lasu Wiedeńskiego. Z drugiej strony, czy świętowanie liturgiczne ogranicza się wyłącznie do przywoływania odległych świadectw i prób wyobrażenia sobie, jak było? Czy zatem nie różni się od czczenia kolejnych rocznic powstań, zwycięskich bitew, narodzin sławnych poetów i pisarzy? Wbrew pozorom odpowiedzi na te pytania nie są obojętne. Jeśli obchód liturgiczny jest tylko formą dramatu, w którym przywołuje się minione zdarzenia i czci herosów, którzy dawno umarli, wówczas wiara nie tworzy rzeczywistego związku pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Nie mamy zatem dostępu do tajemnic życia Jezusa. Co najwyżej, inspirowani poruszającą historią, możemy wysilić wolę, by dorosnąć do postaw bohaterów żyjących przed wiekami. Możemy wesprzeć się na budującym przykładzie Chrystusa i pokrzepić Jego słowem. Szukając jednak sposobu na zawiązanie z Nim realnej więzi, skazani jesteśmy na spirytualizm. Pozostaje nam jedynie osobiste i siłą rzeczy subiektywne doświadczenie wewnętrzne. Rola liturgii, czyli kultu, ogranicza się do dydaktyki, społecznego wzmocnienia etosu chrześcijańskiego i w końcu do tworzenia wiernym przestrzeni nawiązywania indywidualnej relacji z Bogiem. Skoro nie bierzemy udziału w wydarzeniach, a jedynie w ich wspomnieniu, trudno zbudować wspólnotę wiary – przyjąć obiektywne objawianie się Boga w historii. Osoby, które w sposób zaangażowany przeżywają liturgię, intuicyjnie się wzbraniają przed ograniczeniem jej roli jedynie do inspirowania współczesnych przeszłością. Niemniej jednak nikt o zdrowych zmysłach nie wierzy w to, że w noc Bożego Narodzenia dzięki magii liturgii przenosi się do stajenki w Betlejem, staje przy żłóbku i śpiewa kołysanki maleńkiemu Jezusowi. Nikt też – mam nadzieję – nie sądzi, że cyklicznie w ciągu kolejnego roku Pan Jezus poczyna się, rodzi, umiera i zmartwychwstaje, wstępuje do nieba, by rozpocząć swoją podróż na nowo. W końcu Bóg chrześcijan to nie egipski bożek Ra, który zmienia swoją postać wraz z cyklem wędrówki Słońca po nieboskłonie. Skoro zatem ani my nie możemy przenieść się w czasie do Betlejem, ani Pan Jezus nie odtwarza swojego życia wraz z rytmem kalendarza liturgicznego, czy zatem liturgia jest czymkolwiek więcej niż wspominaniem zwróconym w stronę Boga? Owszem, jest.

Dostęp do wieczności zamiast podróży w czasie

Należy o niej myśleć jako o sposobie dostępu do tego, co wieczne. Ojciec odwiecznie, czyli zawsze, rodzi swojego Syna. Syn nie przestaje ofiarować się Ojcu. Duch jest tym, który od Nich Obu pochodzi. Na zawsze Syn jest człowiekiem, a Najświętsza Dziewica z ciałem i duszą cieszy się wiecznym życiem.

Przez liturgię w ciągu wieków historii Bóg kolejnym pokoleniom pozwalał dostrzec to, co wieczne, posmakować tego, co nieprzemijające. Mówiąc wprost: udzielał im dostępu do samego siebie. Dlatego w kolejnych latach komponowano nowe kolędy i z wypiekami lub łzami wzruszenia na policzkach śpiewano małemu Jezusowi. Nie dlatego, że dzięki liturgii dokonywano podróży w czasie, ale dlatego, że dzięki niej zaglądano do nieba, gdzie Jednorodzony jest człowiekiem. Wspomnienie groty inspirowało do stanięcia wobec tego, co dziś jest rzeczywiste – Syna Bożego, który jest człowiekiem. Dziś można się wzruszyć tym, że Pan Jezus ma na palcach zupełnie unikatowe linie papilarne, że kolor Jego oczu można porównać z kolorem oczu naszego przyjaciela, a tembr głosu odróżnić od setek innych, które pamiętamy. Dziś można przeżyć zachwyt Jego historią, w której nie ominął kołyski, bycia karmionym piersią i zabawy patykiem w kałuży na uliczkach Nazaretu. Dziś można wzruszyć się Jego agonią i śmiercią, być urzeczonym Jego zmartwychwstaniem i z zazdrością wpatrywać się w obłoki, które zasłoniły apostołom Jezusa wstępującego do nieba. Nic z tego, co spisane w Ewangelii, nie jest opowieścią o postaci wyłącznie historycznej. Nie są to pamiętniki Napoleona czy listy Sobieskiego, ludzi, których prochy już dawno zmieszały się z piaskiem wokół ich mogił. Ewangelia jest opowieścią o postaci współczesnej. Jest historią o kimś, kogo znamy bezpośrednio, a nie jedynie z opowiadań babci czy ojca.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Tomasz Grabowski OP - ur. 1978, dominikanin, prezes Wydawnictwa W drodze, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Katolicyzm funduje się na wierności

Słowa ostateczne

PRZEŁAMAĆ OBOJĘTNOŚĆ

Aby moja radość w was była

Niebo otwarte dla ludzi


komentarze



Facebook