Archwium > Numer 558 (02/2020) > Rozmowa w drodze > ODDZIELNY KAWAŁEK ŻYCIA

ODDZIELNY KAWAŁEK ŻYCIA
Na szczyt weszliśmy o 14.30, zaczęliśmy schodzić około godziny 15 - zejście zajęło nam jakieś cztery, pięć godzin. W obozie byliśmy około 19-20. Zatem większa część powrotu odbyła się po ciemku.

16 marca 1980 Leszek Cichy (po lewej) i Krzysztof Wielicki (po prawej) udzielają wywiadu po powrocie z pierwszego, zimowego wejścia na Mount Everest / zdjęcie: TADEUSZ ZAGOŹDZIŃSKI / PAP


Tomasz Maćkowiak: Polskie media bardzo żywo relacjonują sukcesy polskich alpinistów i choć sport ten uprawia garstka ludzi, emocjonuje się nim duża część opinii publicznej. Ja się od nich różnię tym, że jedyne pytanie, które sobie stawiam, brzmi tak: Po co ci ludzie tam wchodzą?

Leszek Cichy: To nieprawda, że ludzi chodzących po górach jest garstka. Jest to hobby coraz bardziej popularne, wystarczy pojechać w Tatry, żeby zobaczyć, jak wielu osobom nie wystarcza już Gubałówka, dlatego idą wyżej, w dużo trudniejsze rejony. Coraz więcej ludzi chodzi w góry zimą, a to już prawdziwe wyzwanie. Kupują sprzęt – coraz lepszy, dobrany do wymagań, uczą się, czytają, planują coraz trudniejsze wyprawy. To się nie przebija do masowej świadomości, ale ogromna liczba Polaków wspina się na przykład na Mont Blanc. Nie docenia pan tego, ale wspinaczka to już nie jest elitarny sport dla nielicznej grupki szaleńców. To jest w zasadzie dyscyplina masowa.

No zgoda, ale nadal nie rozumiem tej potrzeby ryzykowania własnym życiem.

Jeśli przyjmiemy, że wspinaczką, chodzeniem po trudnych, wysokich górach zajmują się dziś miliony ludzi, to część z nich siłą rzeczy będzie zainteresowana tym, żeby wchodzić wyżej, szybciej, w trudniejszych warunkach niż pozostali. To jest zwykła, ludzka potrzeba rywalizacji, mierzenia się z wyzwaniami, szukania granic i barier, których wcześniej nikomu nie udało się pokonać. Najbardziej znana odpowiedź na pańskie pytanie to ta, jakiej udzielił George Mallory, brytyjski alpinista, który poświęcił życie sprawie zdobywania Mount Everestu. „Dlaczego na tę górę wchodzić? Dlatego, że jest!” – odpowiedział.

Pan się z tą odpowiedzią utożsamia?

Nie, ja uważam, że ludzie mają w sobie coś takiego, że jeśli ktoś wymyśli jakiś projekt, który jest w zasadzie niemożliwy do zrealizowania, i powie: A może by tak… – to zaraz znajdzie się w tej wielomiliardowej masie ktoś, kto spróbuje to zrobić. Przecież lądowanie Amerykanów na Księżycu nie miało jakiegoś wielkiego ekonomicznego sensu. Oni tego nie zrobili po to, żeby zarobić. Zrobili to, żeby udowodnić, że to jest możliwe.

I to wystarczy? Upór?

Mount Everest ma 8848 metrów wysokości. Gdyby ta góra była wyższa o 250–300 metrów, to przy statystycznej pogodzie i związanym z nią ciśnieniu człowiek nie byłby w stanie tam wejść. Potrzebny byłby nie tylko tlen, tak jak dziś, ale wręcz kombinezon kosmiczny. Ciśnienie na tej wysokości jest już bowiem tak niskie, że przestaje zachodzić zjawisko osmozy komórkowej, a to jeden z kluczowych procesów niezbędnych do podtrzymania życia.

Co to oznacza w praktyce?

W praktyce oznaczałoby to bardzo szybką śmierć komórek, z których zbudowany jest organizm człowieka. Po prostu nie dałoby się tam wejść i przeżyć, tak samo jak byśmy byli w kosmosie bez kombinezonu. A tymczasem na Everest ludzie wchodzą, odnotowano nawet dwa wejścia beztlenowe. Oczywiście tylko w lecie, bo w zimie ciśnienie jest jeszcze niższe, a poza tym warunki do przeżycia są gorsze.

17 lutego 2020 roku mija czterdzieści lat od momentu, kiedy wszedł pan na tę górę w zimie. Chciał pan udowodnić, że to jest możliwe?

Kiedy razem z Krzysztofem Wielickim wchodziliśmy w 1980 roku na Mount Everest, ta góra już była zdobyta. Pamiętaliśmy o czymś innym. Otóż zdobywca Everestu, Edmund Hillary, powiedział, że zimą powyżej siedmiu tysięcy metrów w Himalajach nie ma życia biologicznego. On wiedział, jakie tam są warunki latem, i na tej podstawie wysnuł taki wniosek. To niekwestionowany autorytet dla himalaistów. Nasza wyprawa była walką z tym przekonaniem, sformułowanym przez tego wielkiego człowieka.

Walka z mitem?

Tak można powiedzieć. To, że Mount Everest jest najwyższą górą świata, ustalono pod koniec XIX wieku. Niemal natychmiast Anglicy, którzy wtedy jako jedyni mieli dostęp do tej góry, zaczęli podejmować próby zdobycia szczytu. George Mallory w 1924 roku doszedł do wysokości około 8400 metrów i nie wrócił. Do dziś się spieramy, czy wcześniej był na szczycie, czy nie. Wtedy wspinacze mieli sporą trudność: ubiory były bardzo słabo zaawansowane technologicznie. Nie mieli ubrań puchowych, tylko bawełnę, wełnę i impregnowane pokrycia. To pozwalało zachować względny komfort cieplny jedynie do temperatury rzędu minus 15 stopni, a jeśli było zimniej, to przetrwanie było możliwe tylko wówczas, jeśli się człowiek poruszał. Nocy w takim ubraniu nie dało się przetrwać.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Leszek Cichy - ur. 1951, polski alpinista, geodeta, pracownik naukowy Politechniki Warszawskiej i przedsiębiorca. Jeden z najaktywniejszych sportowców w złotej erze polskiego himalaizmu. W 1980 roku wraz z Krzysztofem Wielickim zdobył zimą najwyższy szczyt świata - Mount Everest. Wspina się do dziś. (wszystkie teksty tego autora)

Tomasz Maćkowiak - ur. 1967, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza (filologia polska), obecnie doktorant w Instytucie Filologii Słowiańskiej UAM. Były korespondent Gazety Wyborczej w Pradze, dziennikarz, związany m.in. z "Gazetą Wyborczą", tygodnikami "Newsweek Polska", "Forum" i "Polityka". (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Pociągi kursowały punktualnie


komentarze



Facebook