ŁZY TO ZNAK...

Wojciech Ziółej SJ

Zadzwonił do mnie na Syberię Sikorowski. Tak, ten Sikorowski. Że o tym wspominam wszem i wobec? Pokażcie mi człowieka, który by się nie pochwalił tym, że Andrzej Sikorowski, ot tak – ni stąd, ni zowąd – wprost z krakowskiego śródmieścia, zadzwonił do niego na drugi koniec świata. Zadzwonił więc i „w pierwszych słowach swego listu” powiada: „Może cię trochę dziwi, że dzwonię, ale książkę napisałem i chciałbym ci ją ofiarować, bo choć już dawno się nie widzieliśmy, to wciąż mile wspominam moje kaznodziejskie występy u ciebie”. „Ech!” – westchnąłem sobie, napełniając płuca syberyjskim powietrzem, i kiedy już zakończyliśmy naszą telefoniczną rozmowę, pogrążyłem się we wspomnieniach.

Bo z kaznodziejstwem Andrzeja Sikorowskiego było tak. Gdy w początkach obecnego stulecia pracowałem jako duszpasterz akademicki w Krakowie, zaprosiłem Andrzeja do wygłoszenia (i wyśpiewania!) rekolekcji wielkopostnych dla moich studentów. Dlaczego nie jakiegoś rekolekcjonistę „z papierami”, tylko właśnie jego? Bo rekolekcje to przecież zbieranie tego, co się rozsypało, to wydobywanie na światło dzienne dobra, którego często nie zauważamy. A Sikorowski umiał i wciąż umie robić to naprawdę prześlicznie. O tym, co w człowieku dobre, umie nie tylko mówić, ale i śpiewać! A w dodatku, choć często śpiewa o sobie, to samego siebie nie uważa za wzór do naśladowania. Wręcz przeciwnie, szczerze przyznaje się do swoich słabości: „Wybacz, ale taki jestem już, po jednej stronie ponoć dusza człowiek, z drugiej strony mam w kieszeni nóż i burzę w g (...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Wojciech Ziółek SJ - jezuita, uratowany grzesznik, Twitter/wziolek_sj (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

SZEŚĆ STĄGWI KEFIRU

ŻEBY SYBERIA MNIE NAWRÓCIŁA

...WIĘC NIE ŻAŁUJ JEJ DLA MNIE!

ZAPOMNIAŁEM KSIĘDZU POWIEDZIEĆ

WYZNAĆ MIŁOŚĆ PO WYJŚCIU Z SZAMBA


komentarze



Facebook