NIEZNOŚNY DŹWIĘK ALARMU

Michał Legan OSPPE

Jak pięknie byłoby osiągnąć stan doskonałej postawy w konfesjonale. Zważyć emocje, dociążyć żal za grzechy i zbalansować to, co uczuciowe, z tym, co duchowe. Taka dojrzałość jest możliwa, choć wymaga wytrwałych starań – rezygnacji z koncentrowania się na własnej osobie, wyzbycia się niewolniczego lęku przed Bogiem, gotowości na przyjęcie prawdy o sobie, ufności, poczucia przenikającej dobroci i światła. Postawy kontemplacji. Otwartości jako owocu łaski, który pojawia się w integrującym spotkaniu z Bogiem. Spowiedź to moment, w którym rezygnuję z siebie, by stać się Nim – wiszącym na krzyżu Chrystusem. By stać się jedną wielką rozdartą raną. Godzę się, by to, co we mnie najbardziej duchowe, ujawniło się nie tylko w moim rozdartym ciele, ale także w rozdartych emocjach. Jeśli mam być do Niego podobny, muszę przeżyć ból, wstyd i lęk, doświadczenie samotności i ogołocenia, aby mój grzech zawisnął wraz ze mną na drzewie uzdrowienia.

Wielu penitentów jest przekonanych, że nie ma głębszego sposobu na przeżycie spowiedzi niż wejście w silne emocje, często objawiające się płaczem. Tymczasem wystarczy krótka refleksja, by uświadomić sobie, że tego typu zachowania w konfesjonale mogą być przejawem wyjątkowo płytkiego doświadczenia sakramentu. Bardzo często łzy są ucieczką od prawdziwego duchowego żalu, są więc – jak każda ucieczka – niebezpieczne, bo nie prowadzą do przeżycia metanoi, a jedynie do zaspokojenia emocjonalnych potrzeb. Rodzi się niebezpieczeństwo egocentryzmu, skupienia na sobie i swoich przeżyciach, podczas gdy sakrament musi być – z definicji przecież – chrystocentryczny, przenosić to, co ludzkie, na plan Boski.

Bez emocji?

Jedynym źródłem oczyszczenia jest serce Boga, nie moje serce. Rana, którą pragnę uleczyć w sakramencie pokuty i pojednania, ma jednak głęboko ludzką naturę, jej istotną częścią jest więc to, co afektywne: złamane poczucie własnej wartości, zawód i rozgoryczenie, poczucie nieuchronności kolejnych upadków, pogardzanie sobą, smutek i wstyd, czasami także emocjonalna próżnia – równie frustrująca. Chrystocentryczność spowiedzi nie oznacza więc wyrzeczenia się emocji czy ich zanegowania. Człowiek jako istota stworzona z trzech podstawowych wymiarów – fizycznego, psychicznego i duchowego – może i powinien przeżywać spotkanie z Chrystusem we wszystkich tych obszarach, i to właśnie jednocześnie. Sakrament spowiedzi ma moc uwolnienia duchowego, gdy łaska dotyka zranionej relacji z Bogiem; psychicznego, gdy łaska dotyka zranionej relacji z samym sobą, i fizycznego, gdy łaska dotyka zranionej relacji ze światem, z materią. Czyż nie tę naukę czerpiemy z drugiego rozdziału Ewangelii według św. Marka (Mk 2,1–12), w którym Jezus pyta: „Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź?”. Paraliż to doskonałe symboliczne wyobrażenie stanu grzechu. Paralityk skazany jest na bierność: nie tylko nic nie stworzy, niczego nie dokona ani nigdzie nie pójdzie. Jest także zdany na łaskę i niełaskę otoczenia, pozbawiony (w wymiarze duchowym, psychicznym i fizycznym) wolności i możliwości samostanowienia. Uwolnienie zaś, które dokonuje się w litościwym sercu Chrystusa, przywraca owemu człowiekowi z kart Ewangelii pierwotny, doskonały stan pionu, nie tylko przecież w wymiarze duchowym (Odpuszczają ci się twoje grzechy), ale także czysto fizycznym (Wstań, weź swoje łoże i chodź). Moment owego wielowymiarowego uzdrowienia następuje jednak w bardzo znamiennej scenerii. Wyobraźmy sobie człowieka, który leży zwrócony twarzą ku niebu, niesiony przez czterech przyjaciół na łożu przypominającym mary. Ten – niemalże pogrzebowy – kondukt odbywa się w świetle dnia, jeśli zaś paralityk (pozwólmy sobie na niewielką fabularyzację tej ewangelicznej sceny) jest tak dalece bezwładny, że nie panuje nawet nad swoimi powiekami, których nie może zamknąć, to jedyną reakcją obronną na palące słońce, ku któremu ma zwróconą twarz, jest maksymalne zwężenie źrenic. W ten sposób organizm broni się, by do wnętrza oka wpadało jak najmniej światła. Chwilę później przyjaciele spuszczają łoże do wnętrza domu, w którym przemawia Jezus. Paralityk trafia do miejsca, jak mu się wydaje, całkowicie pogrążonego w mroku. Gdy źrenice zaczną się powoli rozszerzać, z ciemności wyłoni się twarz pochylonego nad nim Chrystusa. Opis przeżyć i doświadczeń bohatera tej Ewangelii mógłby w równym stopniu dotyczyć doświadczeń duchowych i emocjonalnych. Paraliż duchowy bywa nie do odróżnienia od paraliżu emocjonalnego. Czy różnica tkwi tylko w głębi ciemności? Jeśli tak, można by – a nawet trzeba by – skonkludować, że na oba rodzaje ciemności odpowiedzią stała się owa wyłaniająca się z mroku twarz miłosiernego Pana.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Michał Legan OSPPE - ur. 1979, paulin, doktor teologii pastoralnej, filmoznawca, dziennikarz, publicysta, vloger (www.legan.eu), autor monografii "Balthasar/Tarkowski. Teodramat w filmie oraz Wojtyła/Zanussi. "Osoba i czyn" w filmie", a także wielu artykułów naukowych, w których bada problematykę teologii kina. Kierownik Katedry Teologii Mediów na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Mieszka i pracuje w klasztorze paulinów na Jasnej Górze. Misjonarz Miłosierdzia. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

OD HAMLETA DO SATYRA

Wezwanie

OBOJĘTNOŚĆ

ŻARTY SIĘ SKOŃCZYŁY

O miłowaniu Boga


komentarze



Facebook