Archwium > Numer 562 (06/2020) > Smutek czy depresja > JESTEM Z TYCH, CO UDAJĄ

JESTEM Z TYCH, CO UDAJĄ
Przez większość życia myślałam, że taka po prostu jestem - smutna, nadwrażliwa, beznadziejna. Ale kiedy przestałam wstawać z łóżka, zrozumiałam, że coś jest naprawdę nie tak i muszę się tym zająć jak chorobą.

Wysłuchała Mika Dunin

Ledwo powłócząc nogami, bo w takim stanie nie masz w ogóle siły, poszłam pierwszy raz w życiu do poradni zdrowia psychicznego. Niby nic wielkiego – funkcjonowałam w otwartym inteligenckim środowisku – a byłam przestraszona i zawstydzona. Jeden wielki lęk. Wchodzę do gabinetu, mówię „dzień dobry”, psychiatra odpowiada, siadam i milknę, bo nie wiem, co dalej. Ona też się nie odzywa. I tak siedzimy czterdzieści pięć minut. Wyszłam i czułam, jakby mnie ktoś walił młotkiem po głowie. Może to była jakaś technika psychoterapeutyczna, może ona czekała, aż się otworzę, ale ja nie miałam pojęcia, czego ode mnie oczekuje.

***

Nie przestałam tak po prostu chodzić do pracy, nie mogłam sobie na to pozwolić. Bo co bym zrobiła bez pensji? Moje lęki zawsze miały podłoże materialne. Myślałam tylko obsesyjnie, jak bardzo nie mam siły, fantazjowałam, że nie idę. Ale jednak się gramoliłam i wychodziłam. Aż któregoś dnia nie wstałam. I to mnie przestraszyło.

Zmuszałam się do podstawowych rzeczy: wstać, ubrać się, umalować, przypiąć uśmiech do twarzy, wyjść z domu. Prowadziłam zajęcia taneczne dla dzieci w domu kultury, więc musiałam się wygłupiać i być superpanią. Potwornie męczące. Myślę, że zmuszanie się i udawanie to częste zachowania w depresji. Kojarzę plakat z uśmiechniętymi twarzami znanych osób, które popełniły samobójstwo. Na zdjęciach happy, w środku miazga. Wydaje mi się, że dzisiaj mało kto może sobie pozwolić na totalny odjazd, odmowę funkcjonowania. Wstaje, zaciska zęby, aż do momentu, gdy nie skoczy z okna albo nie pójdzie do lekarza po leki. 

W moim otoczeniu chyba mało kto wiedział. Nie epatowałam tymi stanami, nie użalałam się, nie siedziałam w stuporze, na co miałabym największą ochotę. Byłam po prostu smutną dziewczyną, która udaje, że jest wesoła. Gdy już nie miałam siły udawać, przestawałam wychodzić, potem się wygrzebywałam, wracałam w miarę do normy i znowu trzeba było udawać, udawać, udawać, aż znowu nie miałam siły i wpadałam w dół.

Nie prowokowałam sytuacji, w których ktoś musiałby się odnieść do mojego depresyjnego zachowania czy uczuć. Choć pamiętam, jak w początkach samodzielnego życia, zanim się w ogóle zorientowałam, że to stany lękowe, wylądowałam kilka razy na pogotowiu, sądząc, że mam zawał. Przyjeżdżała karetka, i te półuśmieszki ratowników, poczucie, że nie traktują cię poważnie, to bolało. Dziś wiem, że pewnie sami nie mieli świadomości, w przeciwnym razie by powiedzieli: Proszę pani, następnym razem, jak to się zdarzy, proszę iść do psychiatry albo terapeuty.

***

Jakiś czas po wizycie u milczącej terapeutki ktoś mi polecił lekarza i tym razem potoczyło się lepiej. Po serii badań – tarczyca, morfologia – wykluczających inne choroby dostałam diagnozę: depresja z silnymi stanami lękowymi. Może nie tyle mi ulżyło, co pojawiła się nadzieja, że to da się wyleczyć. Bo wcześniej myślałam, że taka po prostu jestem, martwię się głupotami i będę smutna już zawsze. To, jak się czułam przez większość życia, jeden z psychiatrów nazwał dystymią – jednostajny obniżony nastrój, stała melancholia, przyduszenie, przygaszenie. Co jakiś czas się nasilało. Jak to jest? Budzi cię o świcie paraliżujący lęk, z niewiadomego powodu. Potworny ucisk w klatce piersiowej, jakby ktoś cię raptownie przestraszył, serce staje, a potem zaczyna tłoczyć jak oszalałe, i to nie mija. 

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.

     


zobacz także

Modlitwa o powołania

okladka

okladka

okladka

"Bóg nie jest urojeniem" Alistera i Joanny McGrath


komentarze



Facebook