WYZNANIE
Miałem ogromne poczucie winy, że ich opuszczam. Bo ja tych ludzi naprawdę kochałem. I kiedy sobie wyobraziłem, że już ich więcej nie zobaczę, to było strasznie trudne.

 Imię i nazwisko mojego rozmówcy pozostają anonimowe. Nie dlatego, żeby chciał coś ukryć albo że wstydzi się tego, co powiedział. To jest po prostu bardzo osobista historia.

Roman Bielecki OP: Ile miał pan wtedy lat?

Były ksiądz: Czterdzieści sześć. Zostawiłem kapłaństwo po dwudziestu latach.

Jakim pan był księdzem?

W moim – dzisiaj widzę, że zuchwałym – odczuciu byłem dobrym księdzem. A nawet bardzo dobrym. Wielu ludzi w różnych parafiach mówiło: To jest ksiądz z powołania. Spowiednikiem też byłem dobrym. Godzinami spowiadałem. Żyłem ubogo. Przez dwadzieścia lat chodziłem w jednej, coraz bardziej połatanej sutannie. Długo czekałem na przydział proboszczowski. W końcu dostałem niewielką parafię i stamtąd odszedłem po kilku latach.

Kiedy pan pomyślał, żeby iść do seminarium?

Podczas jednej z pierwszych spowiedzi proboszcz zapytał mnie, czy będę księdzem. I widząc moje zaskoczenie, dodał: Pamiętaj, żebyś był. Latami dojrzewałem do tej decyzji. Kiedy się urodziłem, moja mama po kolejnym ciężkim porodzie poświęciła mnie Bogu w Niepokalanowie.

I w związku z tym chciał pan spełnić jej marzenia?

Nie, ona nigdy nie powiedziała: Idź do seminarium. Tym bardziej mój ojciec. Wiara była decydującym elementem. Zawsze lubiłem się modlić, od dziecka byłem ministrantem, gorliwie modliłem się z Maryją, chodziłem na piesze pielgrzymki. Jedynie przed maturą znajomy ksiądz powiedział mi: Pamiętaj, gdybym ja umarł, to ty podejmij tę sztafetę i bądź księdzem. I dał mi krzyż, jakby na drogę…

Czyli jednak presja…

Nigdy tak o tym nie myślałem. Co więcej, poznałem kiedyś starszego księdza, który czując, co się święci, powiedział mi: Nie idź, wybierz się najpierw na studia na KUL.

Bo?

Bo jesteś za młody, nic nie wiesz o życiu. Jesteś zdolny, dasz sobie radę, a potem podejmiesz decyzję. Ja miałem tylko osiemnaście lat.

Nie posłuchał go pan.

Nie wiem, co by było, gdybym go posłuchał. Może oszczędziłbym sobie wielu niepotrzebnych cierpień.

Seminarium było ucieczką od życia?

Był to pierwszy krok wyjścia z przeciętności parafialnej. To miał być też ratunek na moją grzeszność, z której dość szybko zdałem sobie sprawę. Przejmowałem się bardzo grzechem i wiara była dla mnie schronieniem. To było zabarwione nerwicowym podejściem do religii. Przez długi czas łzy traktowałem jako znak dobrze przeżytej spowiedzi, a ich brak jako powód do niepokoju.

Eksdominikanin Tadeusz Bartoś w swojej książce z wątkami autobiografii Mnich pisze, że seminarium to miejsce deformacji osobowości i zabijania indywidualności.

Nigdy tak nie mówiłem i dziś też tak nie myślę. Co nie znaczy, że wszystko mi tam pasowało. Od początku widziałem rozjazd pomiędzy wielkimi słowami o pobożności a rzeczywistością. Czasem przypominało to wielki akademik albo obóz młodzieżowy z hałasami i głupimi żartami. Należałem do skrzydła tak zwanych reformatorów, choć nie tak ostrych w sformułowaniach jak Bartoś. Bardzo pomógł mi ks. Franciszek Blachnicki, twórca Oazy. To od niego usłyszałem po raz pierwszy, że najpierw mam być człowiekiem, potem chrześcijaninem, a na końcu księdzem.

Blachnicki uczył w waszym seminarium?

Jako klerycy spędziliśmy tydzień w ośrodku ruchu Światło-Życie w Krościenku nad Dunajcem, gdzie on rezydował. Pamiętam do dziś, jak mówił, że fatalnym błędem jest przyjmowanie do seminarium kandydatów, którzy nie mają podstawowej formacji ludzkiej i chrześcijańskiej, a robi się z nich księży odpowiedzialnych za innych. Sutanna miała być lekarstwem na wszystkie problemy – samotność, celibat, odpowiedzialność za innych.

Kiedy to było?

Maturę zdałem pod koniec lat sześćdziesiątych, święcenia przyjąłem w połowie lat siedemdziesiątych.

To były czasy, w których bycie księdzem równało się z byciem na pierwszej linii frontu walki z władzą w obronie wiary i narodu.

Bohaterem byłem, kiedy w trakcie seminarium wzięli mnie do wojska, żebym odbył obowiązkową dwuletnią służbę. Szedłem tam z wewnętrznym nastawieniem, by oprzeć się komunie, praniu mózgu i ocalić swoje powołanie. Wtedy rzeczywiście czułem, co to znaczy być księdzem. Ale muszę przyznać, że w naszym seminarium duch patriotyczno-narodowy nie był aż tak silny. Większy nacisk kładziono na dobre wykształcenie. Dawny rektor mówił, że z dwóch kandydatów, z których jeden jest pobożny, a drugi zdolny, on woli przyjąć tego zdolnego niż tego pobożnego, bo świętość przemija, a mądrość pozostaje.

Widział pan siebie w takim obrazie?

Pociągał mnie nurt intelektualny kapłaństwa. Ciężko za to znosiłem poranne msze i brewiarz. Modlitwy o szóstej rano dla niektórych kłócą się z biologią. Było nas wtedy z dwustu, trzystu kleryków. Wielu spało w ławkach. A ja lubiłem przychodzić do kaplicy w nocy, gdy nie było nikogo. To był mój czas.

Czego panu brakowało jako księdzu?

Już będąc w wojsku, poczułem, że brakuje mi bliskości. Kiedy po dwóch latach wróciłem do seminarium, byłem zakochany.

Chciał pan wystąpić?

Zmagałem się z sobą. Z jednej strony myślałem, że skoro już podjąłem decyzję, to nie powinienem rezygnować. Ojciec duchowny mówił, że to nie jest groźne, bo niespełnione. A z drugiej strony – ona mnie kochała i zostawienie jej było niczym wers z wiersza Szymborskiej: „umrzeć – tego nie robi się kotu”. Ja też tak myślałem, że nie mogę jej tego zrobić. I wtedy włączyli się moi rodzice, w szczególności matka, która doprowadziła do zerwania.

Zniszczono pana uczucie?

Nie miałem poczucia, że zniszczono moje uczucie, tylko że Pan Bóg, którego zawsze kochałem i zawsze w Niego wierzyłem, i nie obarczałem Go nigdy odpowiedzialnością za zło, które się przytrafia światu, stawia mnie przed jakąś próbą. Dlaczego On jest taki nienasycony i zabiera mi to, co kocham? Chętnie bym Mu wtedy szybę w oknie wybił.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.



Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa i teologii, kaznodzieja i rekolekcjonista, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze" (od 2010 roku), autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, autor książek "Smaki życia" i "Po co światu mnich?" (obie wspólnie z Katarzyną Kolską). (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

Czyny sercowe

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Alfabet na inne czasy


komentarze



Facebook