SŁOWO WOŁA O WCIELENIE
Nie jest problemem to, że słowo głoszone jest w internecie. Problem polega na tym, że celebracje liturgiczna i sakramentalna stają się dodatkiem do głoszonego słowa. Słowo nie jest wprowadzeniem do przeżywania tajemnicy sakramentu.

Janusz Pyda OP

Wady główne, nazywane przez nas niekiedy grzechami głównymi, to bardzo ciekawa lista. Nie ma na niej grzechów naprawdę ciężkich: morderstw, kradzieży, rozbojów. Są za to wymienione słabości, które moglibyśmy uznać za zupełnie niegroźne przywary – na przykład nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Gdzież mu do zabójstwa! Mało tego. Czyż nie każdy musi jeść? To zaś, że niekiedy przesadzimy i nie powiemy w porę: „Dość!”, to raczej słabostka niż wielki grzech. Niby racja. Dlaczego zatem słabostka trafiła na tak poważną listę? Właśnie dlatego, że to, co wygląda na słabostkę, tolerowane i niezauważane przez dłuższy czas potrafi zgubnie wpływać na nasze życie. Kiedy pojawia się ten moment, że zaczynamy zajadać problemy? Kiedy nie potrafimy odstresować się inaczej niż za pomocą alkoholu? Kiedy zaczynamy niszczyć sobie zdrowie i życie, nie zważając na to, co i ile jemy czy pijemy? Tak działają wady główne. Chciałbym się dziś przyjrzeć siedmiu wadom, czyli potencjalnym zagrożeniom tkwiącym w kaznodziejstwie internetowym. Czy to oznacza, że uważam tę formę przepowiadania za złą? Żadną miarą. Tak samo jak nie uważam za nic złego jedzenia czy picia. Ale mam poczucie, że nie jest to forma wolna od niebezpieczeństw.

Rozwód słowa z sakramentem

Znajomy ksiądz opowiedział mi kiedyś ciekawą historię. Zaprosił do kościoła, w którym jest proboszczem, jednego z popularnych internetowych kaznodziejów. Znany mówca przyciągnął wielu słuchaczy. Ksiądz, słuchając w zakrystii homilii głoszonej podczas Eucharystii, przygotowywał się do wyjścia z tacą. Kiedy kaznodzieja skończył, ksiądz rzucił okiem na ekran kościelnego monitoringu i zdziwiony zauważył, że po kazaniu wielu ludzi zaczęło wychodzić z kościoła. Ponieważ kościół opuszczało sporo osób, pomyślał nawet, że coś się stało. W treści homilii, którą sam słyszał, nie było nic, co mogłoby sprowokować ludzi do wyjścia ze świątyni. Postanowił więc sprawdzić, co się stało. Kiedy znalazł się przy głównych drzwiach, sporo ludzi wciąż jeszcze wychodziło. Zatrzymał kilka osób i zadał im to samo pytanie: „Czy coś się stało? Dlaczego wychodzicie?”. Zdziwieni słuchacze nie bardzo rozumieli, o co księdzu chodzi. Odpowiedzi były jednak zaskakująco podobne: „Nie, nic się nie stało. Ja nie przyszedłem na mszę. Chciałem tylko posłuchać X, którego znam z sieci”.

Można byłoby powiedzieć, że opisana sytuacja jest zupełnie normalna i że w pierwszych wiekach chrześcijaństwa również katechumeni albo pokutnicy musieli opuścić świątynię tuż po liturgii słowa. To wszystko prawda, ale tym razem z kościoła po homilii nie wychodzili ani katechumeni, ani pokutnicy, tylko zwykli wierni, którzy kompletnie nie byli zainteresowani uczestnictwem w Eucharystii, a jedynie zobaczeniem i posłuchaniem internetowego kaznodziei. Przytaczam tę historię, bo myślę, że jest ona symptomatyczna wobec zjawiska, które głęboko dotyka dziś Kościół w Polsce. Zjawiskiem tym jest oderwanie głoszonego i słuchanego słowa od sakramentów – zwłaszcza od sakramentu Eucharystii. Mówi się niekiedy o protestantyzacji albo pentakostalizacji wspólnot katolickich w Polsce. Zazwyczaj jako przyczynę wskazuje się działalność tzw. ruchów odnowowych. Myślę jednak, że proces nazywany protestantyzacją zaczyna się w takim sposobie przepowiadania, który odrywa głoszone słowo od celebracji sakramentalnej. Dla katolicyzmu czymś najbardziej fundamentalnym jest kontynuacja tajemnicy wcielenia Słowa w ścisłym połączeniu słowa przepowiadanego ze słowem sakramentalnym. Dlatego właśnie to homilia (słowo głoszone przez kapłana w czasie Eucharystii), a nie kazanie (słowo głoszone poza Eucharystią), miała dla katolików zawsze największą rangę.

Mam nieodparte wrażenie, że z tą arcykatolicką jednością słowa i sakramentu stało się ostatnio coś złego. Nie jest problemem to, że słowo głoszone jest w internecie. Problem polega na tym, że celebracje liturgiczna i sakramentalna – mimowolnie być może – stają się dodatkiem do głoszonego słowa. Słowo nie jest wprowadzeniem do przeżywania tajemnicy sakramentu, to raczej liturgia sakramentu stanowi uciążliwy balast dla słownego performance’u kaznodziei. Oczywiście nie jest to problemem jedynie kaznodziejów internetowych. Myślę, że wielu z nas tak głosi i celebruje, że jedyną częścią mszy, podczas której wierni się budzą, jest homilia. Później zapadają w błogi sen. Kapłan zaś, wyczerpany kaznodziejskim występem i rozproszony swoim własnym, nieomal prorockim uniesieniem, nie tyle celebruje dalej liturgię Eucharystii, ile raczej kończy szybko mszę, bo przeciągnął kazanie, a jeszcze ma do przeczytania długie ogłoszenia duszpasterskie. Jeśli celebrujemy mszę w taki sposób, że główny nacisk położony jest na homilię i ogłoszenia – dokładamy swoją cegiełkę do rozwodu pomiędzy słowem a sakramentem.

Niemniej jednak trudno nie zauważyć, że kluczową rolę w tym procesie odgrywa kaznodziejstwo internetowe. Co ciekawe, ten typ kaznodziejstwa zaczął już generować swoją własną liturgię. Sakralna przestrzeń świątyni chrześcijańskiej zamieniona została na stadion, halę czy arenę – w każdym razie przestrzeń masowo- -widowiskową. W tej przestrzeni działalność podejmują kaznodzieje znani zwykle z internetu, zazwyczaj z odpowiednim „supportem” – popularnym muzycznym zespołem ewangelizacyjnym, osobami gotowymi dać osobiste świadectwo, innymi zaproszonymi gośćmi. Jest to nowy typ celebracji prawie liturgicznej w połączeniu z estetyką trasy koncertowej popularnego zespołu muzycznego.

Czy jest w tym coś złego? W samej istocie nie. Problem polega na tym, że największe błędy nie zaczynają się zwykle od przedefiniowania istoty rzeczy, ale od subtelnej zmiany w rozłożeniu akcentów. Nowa prawie liturgia nastawiona jest głównie na słowo i kaznodzieję, na nim się zasadza i buduje, a właściwie nie na nim, ale na jego czy ich internetowej popularności. Eucharystia zachowuje swoją moc i wartość, nawet jeśli celebruje ją absolutny introwertyk, niepodobny do nikogo, nieznany nikomu i nigdzie, głoszący słowo z bojaźnią i drżeniem. Prawie liturgia stadionowa nie może się obyć bez gwiazd. Niepokojące jest to, że w naszym Kościele wyraźnie się rysuje polaryzacja liturgiczna. Na jednym biegunie znajdują się liturgie stadionowo-halowe z kaznodziejskimi gwiazdorami, a na drugim liturgiczni tradycjonaliści pragnący wrócić do piękna liturgii w formie, która przeminęła. Coraz mniej wiernych ma cierpliwość i gotowość, aby starannie celebrować zwyczajną liturgię Eucharystii, podczas której Słowo staje się Ciałem.

Zdaję sobie sprawę, że to, o czym piszę, jest na tyle subtelne, że może być niezauważalne. Być może my, księża, widzimy to lepiej niż wierni, bo częściej słyszymy: „Nie byłem kilka lat u spowiedzi i nie chodzę regularnie w niedzielę na mszę, ale często słucham w internecie księdza X, ojca Y, małżeństwa Z”. Słowo – tak, sakrament – niekoniecznie. To właśnie jest największa pokusa i zagrożenie płynące z nieroztropnego kaznodziejstwa internetowego.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Janusz Pyda OP - ur. 1980, dominikanin, absolwent filozofii UJ i teologii PAT. Duszpasterz akademicki w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

KRÓL JEST NAGI

Fizyk nadprzyrodzoności

Nauka ściągania masek

INFLACJA SŁÓW

Nie zaczynajmy budować od dachu


komentarze



Facebook