PRZEZ KOBIETĘ

Wojciech Ziółek SJ

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Co więcej, początkowe wrażenie było na tyle negatywne, że byłem zdecydowany, aby wracać, ale ponieważ nie za bardzo wiedziałem, kogo miałbym poinformować o mojej rezygnacji, postanowiłem, że jeszcze się trochę rozejrzę. W zeszłym miesiącu minęło 38 lat, odkąd się rozglądam…

Pierwszy dzień mojego jezuickiego życia był rezultatem tego, co nastąpiło trzy miesiące wcześniej. Rozmawiając z byłą siostrą zakonną – którą po jej wystąpieniu z zakonu wciąż darzyłem wielkim zaufaniem – zwierzyłem się, że chciałbym zostać księdzem, ale zakonnym. Nie wiedziałem jednak, na jaki zakon się zdecydować, bo nie znałem bliżej żadnego. Ona jednak znała dobrze mnie i dlatego wysłuchawszy moich zwierzeń, delikatnie, ale skutecznie (jak to kobieta) zasugerowała: „Wojtek, na ile cię znam, to wydaje mi się, że byłbyś dobrym jezuitą”. Ponieważ ufałem Ewie, zgodziłem się pojechać z nią do Krakowa, gdzie była umówiona ze swoim ojcem duchownym, jezuitą. Nieżyjący już o. Wojciech Kubacki porozmawiał ze mną, a na koniec rozmowy wręczył mi Pisma wybrane św. Ignacego, które zabrałem ze sobą do Radomia, z należnym szacunkiem odkładając je najpierw na półkę w pociągu, a potem w domu. Bo przecież był mundial w Hiszpanii i nie było czasu na nic poza piłką. Coś jednak trzeba było zdecydować. Pojechałem zatem na Jasną Górę, pomodliłem się przed obrazem i poszedłem do spowiedzi, podczas której starszemu paulinowi powiedziałem o moich pragnieniach i rozterkach, ale celowo nie wspomniałem nazwy żadnego zakonu. Powiedział, abym nie czekał na jakiś (...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Wojciech Ziółek SJ - jezuita, uratowany grzesznik, Twitter/wziolek_sj (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

NA MOJE SZCZĘŚCIE

WSZYSCY BĘDZIEMY JEZUITAMI

WYZNAĆ MIŁOŚĆ PO WYJŚCIU Z SZAMBA

PRAWIE ALOJZY

ŻYWOT WIECZNY. AMEN


komentarze



Facebook