DZIURA W ŻYCIU
Nie mam wątpliwości, że pandemia spowodowała odpływ części wiernych z Kościoła. Pytanie brzmi, czy ona jest przyczyną, czy jedynie ujawniła wcześniejsze zjawiska? Ci, którzy odpłynęli teraz, odpłynęliby i tak, tylko trochę później.

zdjęcie: EPISKOPAT.FLICKR.PL


Roman Bielecki OP: Komunia święta na rękę, żal doskonały bez konieczności przyjścia do spowiedzi, uczestnictwo w mszach przez internet. Czy rzeczywiście, jak mówią niektórzy, mamy dziś do czynienia z protestantyzacją Kościoła katolickiego?

Tomasz Terlikowski: Kilka lat temu pewnie bym się z tym zgodził, w tej chwili patrzę na to jednak inaczej. Mamy do czynienia ze zjawiskiem końca Kościoła takiego, jaki znamy, i nową reformacją. Nie dlatego, że pojawił się kolejny Luter czy Kalwin, ale dlatego, że wyczerpał się impuls duchowy, który naszej kulturze dały reformy Soboru Trydenckiego i jego późniejsze interpretacje. Dziś jesteśmy w podobnej sytuacji. Mamy dynamicznie rozwijający się kryzys społeczny, na który na razie nie umiemy odpowiedzieć. Doświadczamy przede wszystkim zużycia obecnego modelu rozumienia władzy i posłuszeństwa w Kościele, który został stworzony czterysta pięćdziesiąt lat temu.

Dlaczego ten model się wyczerpał?

Po pierwsze dlatego, że zakładane przez ten model posłuszeństwo miało być ślepe. Dziś natomiast wiemy, i mamy na to wiele dowodów, że tak rozumiane może prowadzić do przemocy psychicznej czy duchowej. Po drugie, pod wpływem neuronauk zmieniło się nasze rozumienie człowieka. Wiemy, że z biologii wynika więcej, niż nam się wcześniej wydawało. To nie znaczy, że nie ma wymiaru duchowego, ale wiele teorii na temat naszych zachowań należy zdefiniować na nowo.

Czy nie jest to dowód na to, że rzeczywistość świecka zawłaszcza Kościół? I teraz psycholog nam powie, co jest grzechem, a co nie?

To raczej potwierdzenie procesów znanych z historii Kościoła. Wystarczy sobie uświadomić, że krój szat liturgicznych używanych przez księży jest wzorowany na ubiorze rzymskich urzędników. A model sprawowania władzy przez biskupów i papieża ukształtował osiemnastowieczny absolutyzm. Takie zachowania to pewnego rodzaju prawidłowość wynikająca z faktu funkcjonowania Kościoła w świecie i włączania w jego system niektórych elementów i struktur tego świata.

Co grozi utratą tożsamości...

Ten zarzut zawsze można postawić. Przypomnijmy sobie św. Tomasza, który był myślowym rewolucjonistą i w konstruowaniu swojego systemu nauki posłużył się Arystotelesem, czyli najlepszą filozofią, jaka była ówcześnie znana.

Dziś jego tezy nie odpowiadają naszej rzeczywistości. Musimy je skonfrontować z wynikami nauk szczegółowych – teorią ewolucji, neurobiologią czy mechaniką kwantową. Nieuwzględnianie tych odkryć i zamykanie się w swoim własnym opisie świata skutkuje tym, że przestajemy ze światem rozmawiać.

Na horyzoncie nie widać też nikogo, kto mógłby taką dyskusję zainicjować. Wielcy filozofowie dwudziestego wieku, do których lubimy się odwoływać, jak Jacques Maritain czy Etienne Gilson, to były postaci cenione przede wszystkim w Kościele, a nie poza nim.

Co się takiego stało?

Przez czterysta ostatnich lat udało się nam, chrześcijanom, stworzyć zwartą i silną wspólnotę. Ale tamten świat przestał społecznie istnieć. Jeśli chcemy znowu liczyć się we współczesnym dialogu, to musimy przynajmniej przemyśleć to, co się dookoła nas mówi.

Rozmawianie ze współczesnym światem to na przykład przyjęcie do wiadomości, że jest pandemia i istnieje niebezpieczeństwo zarażenia się wirusem. Tymczasem coraz głośniej słychać głosy i świeckich, i duchownych, którzy mówią: Miejcie więcej wiary, Kościół to nie jest stacja sanitarna.

Akurat tego argumentu nie rozumiem. Jakkolwiek by na to patrzeć, kościół jako budynek nie jest wyjęty z rzeczywistości. Wyszłoby na to, że wirus jest wszędzie, tylko nie tam. Przeistoczenie, jakie dokonuje się podczas mszy świętej, nie oznacza, że znikają cechy chleba i wina, a tym samym poprzez nie można przekazać wirusy i bakterie. Odrzucenie tej prawdy jest fideizacją katolicyzmu, czyli wyznawaniem wiary w sposób bezrozumny. Przypomnijmy sobie przebieg dawnej liturgii z udziałem biskupa, podczas której był specjalny obrządek polegający na tym, że jeden z ministrantów sprawdzał, czy w kielichu przed konsekracją jest wino, a nie przypadkiem trucizna. Skoro dziś mówimy, że Eucharystia nie może zarażać, to po co wtedy był ten gest? Przecież to wino, nawet z trucizną, po przemienieniu w krew Chrystusa stałoby się tylko krwią Chrystusa i nic by się nie działo. Okazuje się, że wbrew obiegowej opinii ludzie średniowiecza byli dużo bardziej racjonalni niż my dzisiaj.

Ale to nie zmienia faktu, że odnośnie do obostrzeń minister zdrowia i rząd są ważniejsi od episkopatu.

Bo ustalają limity osób, które mogą uczestniczyć w liturgii?

No tak, albo zalecają bezpieczne przyjmowanie komunii świętej nie do ust, tylko na rękę.

Porozmawiajmy o faktach. Na komunię świętą przyjmowaną na rękę zgodzili się trzej kolejni papieże, czyli Jan Paweł II, Benedykt XVI i Franciszek. Minister zdrowia nie jest od nich mądrzejszy, jedynie mówi, że jeden z dwóch możliwych wyborów, w pełni akceptowanych przez Kościół, jest lepszy w sytuacji pandemii niż drugi. Tylko tyle. Nie ma u nas takich propozycji jak na przykład w Stanach Zjednoczonych, gdzie się sugeruje, żeby w ogóle przestać udzielać komunii. To rzeczywiście oznaczałoby wkroczenie ministra w przestrzeń sakralną. Cała ta sytuacja pokazuje, jakie są konsekwencje rozejścia się drogi Kościoła ze współczesnym światem.

Odnoszę czasem wrażenie, słuchając niektórych wypowiedzi, że im więcej ślepej wiary, tym chętniej się ją wyznaje, bo wielu osobom się wydaje, że na tym ma polegać wiara. Tymczasem stara tradycja katolicka mówi, że nie ma sprzeczności między wiarą a rozumem, co przypomniał chociażby Jan Paweł II, mówiąc, że są to dwa skrzydła, na których dusza wznosi się do Boga.

Tu chyba nie tyle chodzi o ślepą wiarę, ile o niepokój związany z osłabieniem pobożności, z jakim mamy dziś do czynienia, i przyspieszeniem procesów sekularyzacyjnych.

Nie mam wątpliwości, że pandemia spowodowała odpływ części wiernych z Kościoła. Pytanie brzmi, czy ona jest przyczyną, czy jedynie ujawniła wcześniejsze zjawiska? Ci, którzy odpłynęli teraz, odpłynęliby i tak, tylko trochę później. Dla tych chrześcijan, dla których Eucharystia jest rzeczywiście chlebem życia, czas ścisłych restrykcji i brak możliwości chodzenia do kościoła był związany z przeżyciem bólu i duchowego głodu. Nie zapominajmy, że w Polsce obostrzenia trwały miesiąc z kawałkiem. W wielu krajach o wiele dłużej. Pierwszy moment, w którym ludzie mogli wrócić do kościoła, był największym darem, jakiego w życiu doświadczyli. Natomiast część wiernych uznała, że skoro księża mówią: Nie trzeba – to rezygnują. Dla pełnego obrazu powiem, że znam też i takich, dla których półtora miesiąca zawieszenia było czasem odkrycia na nowo rzeczywistości wiary. Dla mnie ważną lekcją były moje dzieci, które, gdy powiedzieliśmy im, że mogą wrócić na niedzielną mszę świętą, ale wciąż mogą ją obejrzeć online, powiedziały: Tato, ale w internecie? Będziemy się gapić na komputer? Chcemy do kościoła.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Tomasz Terlikowski - filozof, tłumacz, komentator tygodnika "Wprost". Autor m.in. książek "Tora między życiem a śmiercią. Bioetyki żydowskie w dialogu" (Warszawa 2007), "Odwaga prawdy. Spór o lustrację w polskim Kościele" (Warszawa 2007), "Moralny totalitaryzm" (Warszawa 2006), "Męczennicy komunizmu" (2008), redaktor serwisu ekumenizm.pl (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa i teologii, kaznodzieja i rekolekcjonista, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze" (od 2010 roku), autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, autor książek "Smaki życia" i "Po co światu mnich?" (obie wspólnie z Katarzyną Kolską). (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Bon moty zamiast argumentów

Liturgiczny koktajl

A jednak emocje...

Przewodnik po polskim Kościele

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook