Archwium > Numer 567 (11/2020) > Po co nam ślub > I ŚLUBUJĘ CI... A JEDNAK NIE

I ŚLUBUJĘ CI... A JEDNAK NIE
Bycie w związku nieformalnym nie jest już niczym niestosownym, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Dlatego coraz częściej młodzi ludzie decydują, że nie będą brali ślubu

zdjęcie: JEREMY WONG WEDDINGS / UNSPLASH.COM


Aleksandra Przybylska

To widać w języku. W tym, jak na co dzień rozmawiamy. Jak nazywamy niektóre rzeczy, sprawy, zjawiska. Kto dziś jeszcze żyje na kocią łapę? Nikt. Co najwyżej będzie w związku nieformalnym. Konkubinat? Niegdyś miał zdecydowanie pejoratywne znaczenie. Dziś albo już takiego nie ma (najczęściej w dużych miastach), albo jako słowo w ogóle wypadł z użycia. A wraz z nim konkubina i konkubent. Bo jak to? Wolne żarty! W nieformalnych związkach jesteśmy partnerami.

Język także się rozszerza. Jeszcze kilkanaście lat temu psychologowie prowadzili terapie małżeńskie, dziś chodzi się na terapię dla par. Wszak sporo par, nawet niezwiązanych węzłem małżeńskim, chce wciąż walczyć o swoje relacje i związki. Zmiany idą tak głęboko, że gdy wstukamy w wyszukiwarkę Google „patchwor...”, to zobaczymy, że jako pierwsza podpowiedź wyskakuje rodzina właśnie, a nie narzuta. Choć to narzuta szyta z małych kawałków różnych tkanin, tak by uzyskać nowy wzór, jest pierwotna dla słowa „patchwork”.

W takich patchworkowych rodzinach, w nieformalnych związkach żyją dziś miliony ludzi na świecie. Tylko co się takiego stało, że nie chcemy już sobie ślubować miłości i wierności do grobowej deski?

Opowieści niemałżeńskie

– Przez długi czas czułam, że tego nie potrzebuję – mówi Justyna, nauczycielka z Warszawy. Jest po trzydziestce. Od studiów miała dwa poważne związki. Jeden trwał sześć lat, drugi cztery. Każdy był jak małżeństwo, ze wspólnym mieszkaniem. Teraz Justyna jest w kolejnym związku, ale już się zaręczyła. Z narzeczonym planują ślub. Prosty, skromny, cywilny. – Nigdy wcześniej aż do teraz nie spotkałam kogoś, z kim chciałabym spędzić całe życie. Małżeństwo jest mi teraz potrzebne, bo czuję się bezpiecznie – opowiada.

Gdy pytam, dlaczego ludzie coraz rzadziej decydują się na małżeństwo, Justyna otwiera cały wór z argumentami. – Kiedyś to była ostoja, ludzie walczyli o swoje małżeństwa, np. w pokoleniu naszych rodziców. Teraz już tak nie jest, mamy w Polsce mnóstwo rozwodów – wzdycha. – Z drugiej strony widzimy małżeństwa osób w wieku naszych rodziców. Często znudzone, z oddzielnymi pokojami, z oddzielnymi w nich telewizorami, słyszałam nawet o oddzielnych lodówkach. To są nieraz zupełnie już obcy sobie ludzie, którzy jedynie dzielą mieszkanie, jak współlokatorzy. A my nie chcemy tkwić do końca życia w takich związkach.

Justyna pochodzi z niedużej miejscowości na zachodzie Polski. – Ludzie tutaj cały czas się żenią. Długo było tak, że nie można było mieszkać razem, gdy nie jest się narzeczonymi. Nagle się okazało, że ten akt narzeczeństwa jest poważnie traktowany przez rodziny. Taka paranoja. Cały czas jest też presja rodziny na zawarcie ślubu. Ja tego na szczęście nie czuję, bo mieszkam 500 kilometrów od domu.

A w Warszawie – podobnie jak w innych dużych miastach Polski, Europy, Stanów Zjednoczonych – bycie w związku nieformalnym nie jest już niczym niestosownym, jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Po co więc małżeństwo? – Ludzie w moim pokoleniu mówią, że często robią to dla kogoś: partnera czy rodziny. A potem bardzo łatwo i szybko się rozwodzą.

Rozwody kładą się cieniem na pokoleniu trzydziestolatków. I to nawet nie rozwody rówieśników, lecz rodziców dzieci z drugiej połowy lat 80. i młodszych. – Miałam kilka lat, gdy rodzice się rozwiedli – mówi Anna z Łodzi. – Potem tato miał jeszcze inne żony, inne dzieci. Oczywiście da się dorastać i dojrzewać w takiej patchworkowej rodzinie, ale rozwód rodziców zostawił we mnie tak poważny ślad, że dziś nie chcę wychodzić za mąż, choć z moim partnerem znamy się od ogólniaka i jest nam razem naprawdę dobrze.

Michał, lekarz z Poznania, jest po czterdziestce. Razem z partnerką zbudował dom, sadzi drzewa, wychowują swojego syna, który jest już w podstawówce. Wszystko bez ślubu, nikogo to już nie dziwi. – Nie muszę deklarować miłości przed Bogiem – słyszę od Michała. – Albo się kogoś kocha, albo nie. To jest w głowie i w sercu, a nie na papierze. Więc ten papier nie zmienia postaci rzeczy. Ludzie się teraz żenią, żeby brać razem lepiej oprocentowane kredyty. To obłęd.

Liczby są bezlitosne

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2019 roku w Polsce zawarto nieco ponad 183 tysiące związków małżeńskich. W stosunku do roku 2018 GUS odnotował spadek o ponad 9 tysięcy. Z kolei rozwiodło się w ubiegłym roku ponad 65 tysięcy par. To tylko potwierdza łatwość, z jaką dziś w małżeństwach podejmuje się decyzje o rozstaniu, o czym mówiła Justyna.

A jak to wyglądało pięć lat wcześniej, w 2014 roku? GUS podaje, że zawarto wtedy w Polsce 188 tysięcy nowych związków małżeńskich. I że było ich o 8 tysięcy więcej niż w 2013 roku.

Jeszcze ciekawiej wszystko wygląda, gdy spojrzymy na to z szerszej perspektywy. W 1980 roku (dokładnie czterdzieści lat temu) zawarto w Polsce (wówczas jeszcze w PRL) 307,4 tysiąca małżeństw. Dziesięć lat później, w 1990 roku, widać już drastyczny spadek – małżeństw zawarto w Polsce 255,4 tysiąca. Dalej też wykres pikuje: rok 2000 to 211,2 tysiąca zawartych związków małżeńskich. Co ciekawe, w 2010 roku obserwujemy lekkie drgnięcie w górę z liczbą 228,3 tysiąca zawartych małżeństw. Aż chciałoby się zapytać, ile będzie ich w 2020 roku, skoro już tak na to patrzymy dekadami. Ale, siłą rzeczy, tych danych jeszcze nie ma, od kilku lat zaś liczby oscylują wokół 180 tysięcy zawieranych małżeństw rocznie. Wreszcie możemy to też ująć w procentach: w 2015 roku liczba zawartych małżeństw była o 38,6 procent niższa niż w roku 1980.

Naturalnie pewne znaczenie mają tutaj wyże i niże demograficzne. Jeśli jednak pomyślimy o osobach z wyżu na przykład z połowy lat 70., które powinny się żenić i wychodzić za mąż ok. roku 2000, to widać, że i tak liczba zawieranych małżeństw nie była zbyt imponująca. Może dlatego, że już zaczął się trend życia w związkach nieformalnych (zwłaszcza w dużych miastach), a może dlatego, że śluby zaczęto brać coraz później.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Aleksandra Przybylska - dziennikarka "Gazety Wyborczej", mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

WYSTARCZY UCHYLIĆ DRZWI

NASZA PRACA MUSI MIEĆ SENS

SMAKI JĘZYKÓW

NASZA PRACA MUSI MIEĆ SENS

Piłatyzm


komentarze



Facebook