Archwium > Numer 569 (01/2021) > Miara wiary > CZTERY TYGODNIE Z IGNACYM

CZTERY TYGODNIE Z IGNACYM
Nasze spowiedzi nie przypominają celebracji. Odbywamy je pospiesznie albo rutynowo, Często bardziej koncentrujemy się na wyznaniu grzechów niż na spotkaniu z Bogiem. Pragniemy oczyszczenia i ulgi, rzadziej cieszymy się z bliskości Ojca.

MATEUS CAMPOS / UNSPLASH


Kiedy uważnie się wczytamy w Przypowieść o synu marnotrawnym (Łk 15,11–30), zauważymy, że ponowne spotkanie pogubionego syna z ojcem staje się wielkim świętem. Powrót do domu i pojednanie z ojcem nie ma zbyt wiele wspólnego z prawnym wyrównaniem krzywd i zadośćuczynieniem za to, co młodszy syn popsuł. Przeciwnie, ojciec nie posiada się z radości. Przez okazane gesty wyraża głębię swojej miłości do syna. W tę radość wciąga także cały dom, sługi, być może i sąsiadów. Pojawienie się syna spontanicznie skłania ojca do wyprawienia uczty, do tańców i zabawy. A przecież wszystko mogłoby się zakończyć na zwykłym, chłodnym przywitaniu syna, bez „gorszącego” świętowania. Ale ojciec nie kieruje się prawem. Właściwie, zgodnie z nim, w ogóle nie powinien się tak zachować. Dlatego jego starszy syn nie rozumie tego, co się dzieje. On bowiem jest skupiony na zakazach i nakazach, pełen lęku przed własnym ojcem. Na wieść o jego wielkoduszności i uczcie obrusza się i nie zamierza przyłączyć się do tych, którzy świętują powrót jego brata do domu.

Wielowiekowa ewolucja sakramentu pokuty w Kościele chyba nieco zatraciła to, co opisuje przypowieść. Przyznajmy szczerze, nasze spowiedzi wcale nie przypominają celebracji. Odbywamy je pospiesznie albo rutynowo, nawet nie na skutek zaniedbań czy złej woli. Często bardziej koncentrujemy się na wyznaniu grzechów niż na spotkaniu z Bogiem. Pragniemy oczyszczenia i ulgi, ale rzadziej cieszymy się z bliskości Ojca. Boimy się reakcji szafarza, ale już niekoniecznie otwieramy ręce, aby rzucić się w ramiona Ojca, który wybiega nam naprzeciw. Wprawdzie istnieje coś takiego jak nabożeństwa pokutne, mające na celu wspólnotowe przygotowanie nas do przeżycia sakramentu pojednania, ale wciąż rzadko z nich korzystamy.

W Kościele znana jest pewna praktyka, która może nam pomóc przeżyć sakrament pojednania jako radosne spotkanie z miłosiernym Ojcem. Mam na myśli spowiedź generalną, czyli wyznanie grzechów z dłuższego okresu życia, nawet jeśli wierzący przystępuje do tego sakramentu regularnie. W oficjalnych dokumentach Kościoła nie znajdziemy zbyt wiele informacji na ten temat. Ani Kodeks prawa kanonicznego, ani Katechizm Kościoła katolickiego nie wspominają o takiej praktyce. Z prostego powodu: tego typu spowiedź nie może być w żaden sposób narzucona, ponieważ nie jest konieczna do zbawienia wiecznego ani nie trzeba jej „zaliczyć”, aby postąpić w świętości. Niemniej w pewnych okolicznościach życiowych może być niezwykle pomocnym ćwiczeniem duchowym umacniającym wiarę.

Cień naszego serca

Jednym z propagatorów tej formy głębszego doświadczenia miłosierdzia Boga jest św. Ignacy Loyola. Spowiedź generalną zaleca w Ćwiczeniach duchowych (ĆD 44a–44c) jako jeden z etapów drogi rekolekcyjnej. Jednak święty nie nakazuje odbycia takiej spowiedzi rekolektantowi. Pozostawia to jego rozeznaniu, pragnieniu serca i dobrej woli. Już samo to dowodzi, że nie może w niej chodzić o uwolnienie się od grzechów ciężkich, bo dla człowieka wierzącego odzyskanie łaski i wyznanie ciężkich przewin jest koniecznością, jeśli chce żyć w jedności z Bogiem.

Istotny jest również kontekst, w jakim pojawia się zachęta do przeżycia spowiedzi generalnej. Ćwiczenia duchowe dzielą się na cztery części, nazywane Tygodniami. Pierwsza część dotyczy tajemnicy grzechu ludzi, własnego grzechu, nieuporządkowania uczuciowego, wewnętrznego chaosu, które sprawiają, że nie można właściwie odpowiedzieć na Boże wezwanie i odszukać Jego woli. Rozważając biblijne teksty o grzechu, człowiek odkrywa z wolna, że jego grzeszność nie polega jedynie na przekroczeniu określonych przykazań i przepisów. Nie jest to tylko rzeczywistość prawna. Grzech przybiera w nas postać paraliżującej siły działającej incognito, z całą siecią różnych zależności zupełnie przez nas nieuświadomionych. Słowem, grzech to w ścisłym sensie podstępny tyran, zręczny w maskowaniu się, który stoi za wszystkimi naszymi upadkami i osobistymi przewinieniami. Celem Pierwszego Tygodnia jest zmierzenie się z „niechcianą” ciemnością, względnie cieniem naszego serca, z rzeczywistym obliczem naszego „ja”, a nie z tym, co o sobie mniemamy. Ale to nie wszystko. Świętemu Ignacemu z pewnością nie zależy na duchowej wiwisekcji, aby się pastwić nad sobą i użalać się nad brzydotą swego serca. Przeciwnie, chodzi mu o to, by uczestnik rekolekcji w końcu skonfrontował się z historią grzechu w swoim życiu i odkrył nieskończone miłosierdzie Boga, który mimo błądzenia po manowcach i niewdzięczności dziecka nigdy nie odwrócił się od niego. Innymi słowy, zdemaskowanie „niewidocznych” mechanizmów grzechu i ich destrukcyjnego działania w całym dotychczasowym życiu służy temu, aby rekolektant wyraźniej uświadomił sobie, jak bardzo jest kochany przez Boga. Dopiero to religijne doświadczenie uzdalnia go do zrobienia kolejnego kroku i wejścia w drugi i kolejne tygodnie Ćwiczeń, aby twórczo odpowiedzieć na zaproszenie do naśladowania Chrystusa i bycia Jego uczniem.

Co się dzieje, gdy w ciszy, na modlitwie, rozważamy słowo Boże, które oświeca nasze życie? Święty Ignacy jest przekonany, że w trakcie ćwiczeń duchowych Bóg daje nam głębsze poznanie grzechu, do tego stopnia, że możemy się przerazić sobą. To dobra reakcja. Zwykle, przygotowując się do spowiedzi, podchodzimy do sprawy powierzchownie, co nie znaczy, że niedbale. Jesteśmy bardziej rozproszeni, nie potrafimy głębiej wniknąć w siebie, posługujemy się często rachunkiem sumienia z książeczki do nabożeństwa. Podczas medytacji poddajemy się najpierw działaniu słowa Bożego. Ono zdziera z nas warstwy mechanizmów obronnych, samousprawiedliwiania siebie, niekończących się racjonalizacji i wybiegów. Nie ma skuteczniejszego środka leczniczego dla naszej pogubionej duszy. Co więcej, pod wpływem trwania na modlitwie możemy dostrzec, że grzech to nie tylko jakiś „punktowy”, pojedynczy akt. Ot, zdarzył nam się wypadek przy pracy… Grzeszność jest stałym elementem naszego życia. Każdy grzech, zwłaszcza niewidoczny i długotrwały, ma za sobą jakąś drogę. Dopiero w ciszy, z dystansu, w oderwaniu od swoich codziennych zajęć, trosk i zagonienia, możemy dotknąć naszej głębi i zobaczyć to, czego nie da się zauważyć w codzienności.

Od naruszenia do zranienia

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Dariusz Piórkowski SJ - ur. 1976, jezuita, ukończył filozofię w Krakowie i Boston College oraz teologię w Warszawie; rekolekcjonista i duszpasterz. Niedawno ukazała się jego najnowsza książka "Nie musisz być doskonały" (WAM). Mieszka w Zakopanem. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

MÓWI I PISZ TAK, BY CI UFANO

DRABINA DLA KULAWYCH

Seksualność obleczona w słabość

OCZY BY JADŁY

BÓG JEST TAM, GDZIE GO (NIE) CHCEMY


komentarze



Facebook