Archwium > Numer 569 (01/2021) > Miara wiary > OBŻARSTWO DUCHOWE

OBŻARSTWO DUCHOWE
Obżarstwo w wydaniu duchowym nie jest ani odrobinę lepsze czy szlachetniejsze od obżarstwa cielesnego. Co gorsza, trudniej jest je dostrzec i zidentyfikować. Wspaniale udaje cnotę.

Żyjemy w świecie nadmiaru – bodźców, towarów, kontaktów, informacji. Właściwie chyba wszystkiego mamy dziś więcej, niż jesteśmy w stanie przyjąć i przetworzyć. Nasze choroby i cierpienia – fizyczne, psychiczne i duchowe – są często chorobami przesytu. Być może dlatego, trochę intuicyjnie, a trochę świadomie, co chwilę targają nami mody na minimalizm, slow life i slow food, diety takie i owakie. Czujemy, że żyjemy w świecie „za dużo” i „za szybko”.

Ale czy jako chrześcijanie mamy świadomość, że choroba przesytu dotyka również nas, naszych dusz i naszego życia wiary? Czy jesteśmy świadomi, że w życiu może być nie tylko za dużo jedzenia czy picia, ale również treści i skądinąd bardzo przecież szlachetnych inicjatyw duchowych? Czy zdajemy sobie sprawę, że można wyhodować w sobie wadę obżarstwa nie fizycznego, ale duchowego?

Korzystając z opisu rodzajów obżarstwa fizycznego, które zostawili nam w swoich pismach św. Grzegorz Wielki i św. Tomasz z Akwinu, pokusiłem się o próbę charakterystyki i opisu wady, jaką jest obżarstwo duchowe. Myślę, że ono również ma co najmniej pięć rodzajów. Jest o tyle bardziej niebezpieczne od obżarstwa fizycznego, o ile lepiej potrafi udawać cnotę. Przyjrzyjmy się zatem, w jakich odmianach najczęściej występuje.

Snobizm duchowego podniebienia

W przypadku obżarstwa cielesnego ten jego rodzaj, który nazywamy „snobizmem podniebienia”, występuje wówczas, gdy ktoś nie jest w stanie zadowolić się czymś, co nie jest „z najwyższej półki”. Jeśli warzywa – to co najmniej szparagi, jeśli ryba – nic poniżej łososia, jeśli miód – wyłącznie manuka. Oczywiście, nie ma w tym nic złego, kiedy potrafimy cieszyć się z jedzenia doskonałej jakości. Problem zaczyna się wówczas, gdy nie jesteśmy w stanie cieszyć się z żadnego innego ani odżywiać niczym innym niż delikatesami i nie umiemy zadowolić się tym, że mamy „chleb powszedni”.

Jak wygląda ten rodzaj obżarstwa na płaszczyźnie duchowej? Cóż, w istocie bardzo podobnie. Oczywiście, tak jak w wypadku obżarstwa fizycznego, gonienie za tym, co najlepsze, uwarunkowane jest często nie tyle obiektywną jakością pokarmu, ile raczej tzw. powszechną opinią o owej jakości. Być może kawior nie smakuje mi aż tak bardzo, ale wiem, że jest rarytasem, dlatego smakować mi powinien. Naprawdę często spotykam ludzi, którzy gonią w życiu duchowym za delikatesami. Weźmy na przykład poszukiwanie spowiedników czy kierowników duchowych. „Moim spowiednikiem jest sławny X albo popularny Y. Co prawda jest człowiekiem bardzo zajętym i w istocie nie ma dla mnie czasu, ale jak już go dopadnę, to rozmawiamy długo i w ten sposób ładuję akumulatory na całe miesiące. U nikogo innego się nie spowiadam, bo nikt nie potrafi mnie ani tak zrozumieć, ani tak poprowadzić”. Nie ma rzecz jasna nic zdrożnego w szukaniu dobrego spowiednika czy kierownika duchowego. Ale przecież w spowiedzi nie jest najważniejszy ten czy inny kapłan. Najważniejsza jest łaska Boża, moje usposobienie wyrażone w pięciu warunkach dobrej spowiedzi, a jeśli już idzie o samą spowiedź, to jej regularność. Innymi słowy, większy pożytek przyniesie mi spowiedź naprawdę regularna, do której będę starannie przygotowany, u najzwyklejszego w świecie kapłana, który być może nie jest „najostrzejszą kredką w piórniku”, ale naprawdę stale i regularnie siedzi w konfesjonale w tych samych godzinach. Jeśli nawet nie usłyszę od niego nic w ramach tzw. nauki albo usłyszę rzeczy, które wydają mi się oczywiste, ale podejdę do nich z prawdziwym posłuszeństwem wiary, skorzystam więcej niż z nauk spowiedniczej sławy, którą widuję okazjonalnie, a spotkanie pod pozorem spowiedzi przekształca się w rozmowę dwóch czy dwojga inteligentnych ludzi, którzy jak pawie prezentują przed sobą swoje duchowo-intelektualne pióropusze. Niestety, ci, którzy deklarują, że szukają stałego spowiednika albo kierownika duchowego, często nie szukają ani jednego, ani drugiego, ale raczej jakiegoś rodzaju duchowego trenera, osobistego coacha w życiu wiary. Musi być on oczywiście najlepszy w myśl zasady: „Powiedz mi, kto jest twoim terapeutą, trenerem, spowiednikiem, a powiem ci, kim jesteś”. Nie chodzi o kogoś, kto pomoże mi w drodze do Boga, ale o kogoś, kto będzie mnie nobilitował swoją uwagą, rozmową, zaoferowanym mi czasem, swoją sławą i nazwiskiem. Tego typu poszukiwania nie są poszukiwaniami pokutnika ani pielgrzyma na drogach Bożych, ale narcyza, który chce się przystroić w kolejny zestaw piór. A wyglądają tak dobrze. Czyż może być coś szlachetniejszego niż poszukiwanie kogoś, kto pomoże mi w drodze do Boga? Jakaż pokora przebija z takiego poszukiwania, pokora człowieka doświadczonego życiowo, który już wie, że w pojedynkę trudno iść do nieba i że naprawdę jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Ale w przypadku człowieka ogarniętego duchowym obżarstwem to tylko pozory.

Smakoszostwo

Smakoszostwo jako odmiana obżarstwa fizycznego byłoby do pewnego stopnia komiczne, gdyby nie katastrofalne skutki, które potrafi za sobą pociągać. Ten typ obżarstwa polega na akceptacji pożywienia przyrządzonego w jedyny, kanoniczny w naszym przekonaniu sposób. „Nikt nie robi takiego bigosu jak moja mama” – powiada syn. Która z matek nie chciałaby takich słów usłyszeć? Która z żon chciałaby je usłyszeć? Zabawne, można powiedzieć. Ale czy na pewno? Ileż kłótni, złego dystansu, przykrości, osłabionych relacji małżeńskich zaczyna się właśnie w ten banalny sposób? Ów rodzaj obżarstwa osłabia bowiem wdzięczność. Najważniejsza nie jest już czyjaś miłość, która stoi u początku prostego gestu przygotowania dla mnie posiłku, ale moje przyzwyczajenie, „uwiązanie” do tego, co znam i co już polubiłem.

Na płaszczyźnie duchowej ten rodzaj obżarstwa również występuje. „Nikt tak nie mówi kazań jak ksiądz X. Potrafi przeprowadzić słuchaczy od śmiechu do wzruszenia, sprawnie posługuje się zarówno patosem, jak i dykteryjką, bawi, uczy, wzrusza, mobilizuje. Do tego ma ten swoisty luz na ambonie, który pozwala słuchaczom dobrze się bawić na kazaniu. A kiedy zamiast niego wychodzi proboszcz? Katastrofa. Może i dobrze parkan wokół cmentarza potrafi wyremontować, ale kazań nie powinien głosić. Właściwie to on nawet nie tyle głosi, co czyta – sam chyba nawet nie wie do końca o czym. Oczu na słuchaczy nie podniesie. Skrępowany jakiś i usztywniony. Nienaturalny. Prawdę powiedziawszy, nigdy nie słucham, co on tam ględzi. Jak tylko widzę, że wychodzi na ambonę – natychmiast się wyłączam. Ten styl zupełnie mi nie odpowiada”. To niestety nie jest zmyślony monolog. Słyszałem go częściej, niż bym chciał. Obżarstwo duchowe wielu chrześcijan polega na tym, że nauczyli się przyjmować pokarm tylko z jednej ręki i to – jako żywo – nie z ręki Chrystusa Pana. Nauczyli się spożywać nie tyle Słowo, ile raczej słówka przyrządzone na jeden, jedyny, aktualnie modny sposób przez jednego popularnego kuchcika i nawet nie dopuszczają do siebie myśli, że spotykają się ze swoim gustem, a nie z obiektywnie dobrym albo złym pokarmem. Gdyby wsłuchali się w słowa odczytującego kazanie proboszcza, być może zauważyliby, że dzięki wierze można usłyszeć przełomowe w swoim życiu słowa, odczytane z kartki niewprawnym głosem przez kogoś, kto nie jest porywającym kaznodzieją, nie uwodzi słuchaczy, a słowo Boże głosi z „bojaźnią i drżeniem” – co szczególnie irytujące – ukrywanymi często pod maską niedostępności i szorstkości. Ten typ duchowego obżarstwa jest szczególnie rozpowszechniony dziś, kiedy dzięki internetowi każdy może znaleźć swojego ulubionego kaznodziejskiego kuchcika i jeść pulpety słów przyrządzone dokładnie tak, jak lubi. Ale tu znowu nie chodzi o Pana Boga ani o Słowo. Często – o zgrozo – chodzi o coś, czego nie boję się nazwać duchową rozrywką.

Po kilkunastu latach przyglądania się takiemu obżarstwu duchowemu wiem już, jakie pociąga za sobą skutki. Otóż smakosze słów zazwyczaj tracą zdolność do dzielenia się Słowem. Nie potrafią i nie chcą o swojej wierze mówić, przyznawać się do niej prosto i otwarcie, bronić tej nadziei, która w nich jest. Całe apostołowanie smakoszy słów sprowadza się często do rozsyłania na swoje listy mailingowe linków do nagrań swoich ulubionych kaznodziejów. Dlaczego tak się dzieje? Tego do końca nie wiem. Być może dlatego, że gdzieś pod spodem rodzi się myślenie, że skoro nie potrafię powiedzieć tak, jak ten, którego sam chętnie słucham, to w ogóle nie ma sensu, abym mówił. Ewentualnie prześlę link do kazania czy konferencji. Ale przecież nie tak się głosi Ewangelię. Myślę jednak, że powód może być głębszy. Słowa i słówka, z którymi ma do czynienia smakosz, mogą ogrzewać, ale nigdy nie przepalają do głębi. To jest właściwość prawdziwego Słowa. Tym też różni się słuchacz Słowa od smakosza słów. Pierwszy zawsze będzie świadkiem, drugi co najwyżej dystrybutorem linków.

Obżarstwo po prostu

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Janusz Pyda OP - ur. 1980, dominikanin, absolwent filozofii UJ i teologii PAT. Duszpasterz akademicki w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

JAK TO SIĘ ROBI

Ucieka przed wolnością

INFLACJA SŁÓW

Sanatorium dla duszy

Zadziwienie Pana Boga


komentarze



Facebook