Archwium > Numer 453 (05/2011) > Szukającym drogi > "Niedoskonałość" ewangelicznych przypowieści

"Niedoskonałość" ewangelicznych przypowieści

„Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił” (Łk 5,10) – powiedział Pan Jezus do apostoła Piotra. Zazwyczaj w tych słowach słyszymy to, co się za nimi naprawdę kryje: że głosząc Ewangelię, Piotr będzie się przyczyniał do rozwoju Kościoła i będzie przyprowadzał do Pana Jezusa nowych wyznawców.

Ludzie i ryby

Tak to jest z ewangelicznymi przypowieściami, że użyty przez Pana Jezusa obraz praktycznie nigdy nie pokrywa się całkowicie z ich duchowym przesłaniem. Niekiedy zaś oba elementy – obraz oraz wyrażone za jego pomocą przesłanie – zupełnie się rozmijają. Już Ojcowie Kościoła starali się wydobyć jedno i drugie – zarówno podobieństwo, jak odbieganie przedstawionej przez Pana Jezusa prawdy od użytego przez Niego obrazu.

Zatrzymajmy się na chwilę przy metaforze rybackiej. Dla ryby bycie złowioną oznacza koniec życia. Morze czy jezioro są bowiem jej naturalnym środowiskiem. Ale człowiek to nie ryba. Długie przebywanie w wodzie i niemożność wyjścia na ląd lub przynajmniej do łodzi kończy się utonięciem. Wyciągnięcie z wody to dla niego ratunek.

Dlatego właśnie morze i wody stojące są w Piśmie Świętym symbolami zła. Chrystusowa zapowiedź, że „odtąd ludzi będziesz łowił”, znaczy w gruncie rzeczy: Piotrze, wybrałem ciebie, żebyś ratował ludzi od śmierci wiecznej, żebyś wielu ludzi uratował!

Przypatrzmy się jeszcze innej przypowieści: „Podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili” (Mt 13,47n). Przecież to oczywiste, że przypowieść ta nie mówi o rybach, tylko o ludziach! Dla złowionej ryby powrót do morza oznacza, że śmiertelne zagrożenie minęło. Dla człowieka bycie uratowanym i ponowne znalezienie się w topieli to nieszczęście nad nieszczęściami.

Pierwsi i ostatni

Spójrzmy teraz na znane słowa Pana Jezusa, które stanowią myśl przewodnią różnych Jego przypowieści oraz innych ewangelicznych pouczeń: „ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi” (Mt 20,16; por. 19,30; Łk 13,30). Z pewnością nie chodzi tu o dziwaczny determinizm, polegający na tym, że każdego z nas czeka odwrotność naszej obecnej sytuacji. Są to raczej słowa otuchy dla tych „ostatnich”. Choćbyś nie wiem jak nisko upadł – powiada Pan Jezus – Bóg ciebie kocha i chce cię uratować.

Z drugiej strony są to słowa przestrogi dla tych „pierwszych”, wskazujące, że nie pomoże nawet największa zażyłość z Bogiem, jeżeli później sprzeniewierzysz się Jego łasce. Już prorok Ezechiel zapowiadał, że „gdyby sprawiedliwy odstąpił od swej sprawiedliwości i popełniał zło – żaden z wykonanych czynów sprawiedliwych nie będzie mu poczytany, ale umrze z powodu nieprawości, której się dopuszczał, i grzechu, który popełnił” (Ez 18,24).

W ten sposób ukrzyżowany razem z Chrystusem łotr – ostatni spośród tych, co do których można było żywić nadzieję, że dostąpi zbawienia – jako pierwszy wszedł do odpoczynku świętych. Z drugiej zaś strony Judasz, którego sam Chrystus Pan wyniósł na szczyty, został strącony daleko od Jego oblicza. Zauważmy jednak, że wszyscy pozostali apostołowie byli „pierwsi” i do końca pozostali „pierwsi”. Podobnie żaden łotr nie dostąpi zbawienia, jeżeli nie otworzy się na łaskę Bożą i się nie nawróci. Bo, jak już zauważyliśmy, Chrystus Pan nie głosił dziwacznego determinizmu. On przyszedł do nas wszystkich – i do tych „pierwszych”, i do tych „ostatnich” – ze słowem miłości.

Taki przecież jest sens wszystkich przypowieści Pana Jezusa, w których „ostatni stają się pierwszymi, a pierwsi ostatnimi”. Na przykład w przypowieści o dwóch synach (por. Mt 21,28–31) ten lepszy okazał się gorszym, a gorszy – lepszym. Podobnie syn marnotrawny został przywrócony do godności synowskiej, podczas gdy drugi syn, niby porządniejszy, okazał się tępym egoistą (por. Łk 15,21–30). W przypowieści o uczcie zaproszeni okazali się niegodni, natomiast salę biesiadną wypełnili „ubodzy, ułomni, niewidomi i chromi” (Łk 14,21). Analogicznie, nie faryzeusz wyszedł ze świątyni usprawiedliwiony, ale celnik (Łk 18,14), uboga wdowa zaś, dając na ofiarę dwa grosze, „wrzuciła więcej niż wszyscy inni” (Łk 21,3).

„Nierozsądny” boski Siewca

Spróbujmy sobie wyobrazić, co musi odczuwać rolnik żyjący w niechrześcijańskim kraju, kiedy pierwszy raz w życiu słyszy ewangeliczną przypowieść o siewcy. Zapewne zniecierpliwi się. Przecież to jest kompletnie niezgodne ze sztuką uprawiania roli! Bo co to za rolnik, który rozrzuca ziarno na drodze, na skałach i między ciernie! W ten sposób tylko je marnuje.

Ale nie obsiewanie pola jest tematem tej przypowieści. „Ziarnem jest słowo Boże” (Łk 8,11) – wyjaśnia Pan Jezus. Czym zatem jest ziemia, na którą to ziarno jest rzucane? Słowo Boże jest kierowane do wszystkich ludzi – niezależnie od tego, czy jesteśmy go spragnieni, czy się na nie zamykamy. Boski Siewca kocha swoją ziemię – nie tylko tę urodzajną, ale również tę skalistą, zapuszczoną czy zadeptaną. Bo tym się ludzie różnią od zwyczajnej ziemi, że ziemia skalista zawsze będzie skalista, natomiast człowiek, dzięki łasce Bożej, może się nawrócić i przemienić w ziemię urodzajną.

Chciałoby się powiedzieć, że boski Siewca kocha swoją ziemię ponad granice zdrowego rozsądku. Rzuca ziarno również na glebę skalistą, bo spodziewa się, że ludzkie serce zatęskni wreszcie za tym, żeby wydać plon – pozwoli się rozkruszyć, przyjmie deszcz łaski Bożej i otworzy się na słońce Bożej miłości. Rzuca swoje ziarno również na drogę wydeptaną przez przechodniów, bo spodziewa się, że ludzkie serce poczuje się źle wśród nawału różnorodnych opinii, kłótni i manipulacji – że zapragnie wreszcie tej prawdy, która zbawia na życie wieczne. Boski Siewca rzuca swoje ziarno również między ciernie, bo liczy na to, że ludzkie serce zagubione w gąszczu wad i namiętności zechce się oczyścić i stanie się ziemią urodzajną.

Drzewa i wilki

Ewangelia jest orędziem zbawienia. Toteż w zasadzie wszystkie ewangeliczne przypowieści, w których pojawiają się rzeczy, rośliny lub zwierzęta, dotyczą nas ludzi – i żeby nie zgubić ich przesłania, musimy dokonać niezbędnej antropomorficznej korekty. Na przykład mówił Pan Jezus, że „każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce” (Mt 7,17). Ale przecież taka jest różnica między człowiekiem a drzewem, że człowiek wydający dobre owoce może się zmienić w drzewo, które wydaje złe owoce. I odwrotnie: człowiek wydający złe owoce może się nawrócić i wydawać owoce smakujące samemu Bogu.

Czymś niesłychanie ważnym jest odczytywanie Ewangelii jako słów miłości Boga do nas ludzi. Nawet kiedy jest to słowo trudne, zawsze jest ono słowem miłości. Zatem wypowiedź Pana Jezusa o dwóch drzewach jest jednocześnie słowem otuchy i przestrogi. Otuchy nawet dla tych, którzy utracili nadzieję, przestrogi dla tych, którzy dzisiaj w wierze i miłości przodują.

Skoro jesteśmy przy drzewach i owocowaniu, warto przypomnieć przekleństwo, które Pan Jezus rzucił na drzewo figowe, kiedy nie znalazł na nim owoców, mimo że – jak zaznacza Ewangelista – „nie był to czas na figi” (Mk 11,13). Ten ostatni szczegół każe się domyślać, że to przekleństwo było aktem symbolicznym. Tym się bowiem różni drzewo zwyczajne od drzewa ludzkiego, że drzewo zwyczajne owocuje tylko raz w roku, a ludzie powinni owocować nieustannie.

Chwilę uwagi poświęćmy jeszcze nowotestamentowym wilkom. Pan Jezus ostrzegał nas przed wilkami napadającymi na Jego owczarnię (por. J 10,12), a także przed takimi, które podstępnie grasują pośród Bożych owiec (por. Mt 7,15). Jednak mówił On o wilkach ludzkich, a te zawsze mogą się nawrócić. Nawróceniem jednego z takich wilków imieniem Szaweł z Tarsu zajął się nawet osobiście (por. Dz 9,1–4) i przemienił go w apostoła narodów.

Wydaje się, że właśnie z tej perspektywy należy objaśniać to – biorąc po ludzku, wyjątkowo „nieroztropne” – słowo Pana Jezusa: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki” (Mt 10,16). Prawdziwy wilk nigdy nie zmieni się w owieczkę. Ale człowiek, który ma w sobie coś z wilka i w imię własnego interesu albo ze zwyczajnej nienawiści gryzie i depcze słabszych, ma szansę się nawrócić i żyć według zasad Ewangelii. Gdyby tak nie było, Pan Jezus nigdy nie posyłałby swoich uczniów jak owce między wilki.

Owszem, zdarza się nieraz, że wysłane z Ewangelią owce Chrystusowe zostaną pogryzione, a niekiedy nawet zagryzione przez wilki. Jak wiadomo, prawie wszyscy Apostołowie zginęli śmiercią męczeńską. Ale moc miłości jest niewątpliwie większa od wszystkich potęg egoizmu i nienawiści. I nie ginie ona ani się nie zmniejsza wskutek prześladowań. Przecież sam Chrystus Pan jest Barankiem Bożym, który został zabity na krzyżu, ale właśnie wtedy odniósł swoje największe zwycięstwo. Krótko mówiąc, te słowa Pana Jezusa: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki”, znaczą tyle: Uwierzcie w potęgę miłości! Nie bójcie się prześladowań, byle byście tylko mocno trzymali się prawa miłości!

Oddać życie za owce – czy to nie przesada?

Nie wspomnieliśmy jeszcze przypowieści o pasterzu i owcach, a już zaczęliśmy ją wyjaśniać. W jej obliczu nasza współczesna podejrzliwość staje się czujna: Czy nie zachęca ona do lekceważenia naszej wolności, do zgody na zdalne kierowanie i stadność?

To paradoksalne: Im bardziej poddajemy się dyktatowi różnych narzucanych nam poprawności, a wolność utożsamiamy z byciem w niewoli różnych naszych namiętności – tym bardziej lękamy się tej wolności, którą przynosi nam Chrystus.

A Chrystus chce, żebyśmy byli raczej Jego owczarnią niż stadem wilków. Jesteśmy ludźmi, dzięki Chrystusowi zaś – Bożymi przyjaciółmi, zatem byłoby czymś pożałowania godnym, gdybyśmy mieli się stać podobni do bezmyślnych i rządzonych stadnym instynktem owiec. Ale przecież nie te cechy owiec dały podstawę temu, że chce On, byśmy byli Jego owczarnią. Pan Jezus wydobywa inne ich cechy – i to one powinny się stać cechami Jego wyznawców.

Po pierwsze, owce nie używają przemocy. Od swoich wyznawców Pan Jezus oczekuje czegoś jeszcze więcej – że naszą podstawową bronią będzie miłość. Zwyczajny pasterz nigdy by nie wysyłał swoich owiec do wilków, zresztą nawet nie mógłby tego zrobić. Ale słowo Chrystusa Pana: „Oto Ja was posyłam jak owce między wilki”, już objaśnialiśmy. Po wtóre, owce znają głos swego pasterza, „woła on swoje owce po imieniu i wyprowadza je. A kiedy wszystkie wyprowadzi, staje na ich czele, a owce postępują za nim, ponieważ głos jego znają” (J 10,3n).

Wskazaliśmy różnice między owcami zwyczajnymi i nami jako owcami Chrystusa. To ułatwiło nam zwrócenie uwagi na dwie podstawowe cechy, którym wyznawcy Chrystusa zawdzięczają nazwę Jego owiec. Zobaczmy teraz podstawowe różnice między pasterzem zwyczajnym a Chrystusem, naszym Pasterzem. Otóż ten pierwszy pasterz ma ze swoich owiec mleko, wełnę, a nawet mięso. Boski Pasterz jest absolutnie bezinteresowny. Co więcej, zwyczajny pasterz musiałby być bardzo niemądry, żeby oddawać życie za swoje owce. On zna granicę, która dzieli go od owiec – owca jest owcą, a on, pasterz, jest człowiekiem. Natomiast Boski Pasterz Jezus Chrystus sam stał się Barankiem ofiarnym (por. J 1,29), który oddał za nas swoje życie (por. J 10,15–18).

Podkreśla się czasem, że przypowieść o pasterzu szukającym zagubionej owieczki (Łk 15,4–7) jest jakby manifestem chrześcijańskiego personalizmu. Bo wynika z niej, że każdy z nas jest dla Boga kimś bardzo ważnym, każdego z nas Bóg kocha dla niego samego i odrębnie. Oddanie życia za swoje owce mówi coś jeszcze więcej: że On nie tylko nas kocha, ale że Jego miłość do nas nie ma granic!


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

ODWIEDZINY Z KOSMOSU?

Pokarm na życie wieczne

Grzechy przeciwko Kościołowi

Zbrodnia ukrzyżowania

Miłosierdzie ludzi ubogich


komentarze



Facebook