Jeden procent dla Boga
Wielu ludzi jest przekonanych, że modlitwa powinna dotyczyć rzeczy wzniosłych i pobożnych. Tymczasem w modlitwie może znaleźć się wszystko, o czym pomyślimy.

Rzadko się zdarza, bym w konfesjonale nie usłyszał wyznania, że ktoś „źle się modli” albo „modli się za mało”, że „modlitwa nie jest taka, jaka być powinna” albo „nie taka, jak była kiedyś”, że ktoś „odmawiał różaniec na leżąco” albo „że się nie modli, tylko mówi do Boga swoimi słowami”. Pytam wtedy, jaka powinna być modlitwa, ile człowiek powinien się modlić, by mógł stwierdzić, że to już wystarczy, albo czy lepiej jest modlić się na leżąco niż nie modlić się wcale? W dalszej rozmowie okazuje się, jak niezwykłe ludzie noszą w sobie wyobrażenia o modlitwie i kontakcie z Bogiem, jak schematycznie oceniają swoją modlitwę. Niejednokrotnie prostuję, wyjaśniam, tłumaczę. Poniżej przedstawiam kilka propozycji, z których można skorzystać.

Jak zaczynać?

Gdy pytam człowieka, od czego zaczyna modlitwę, słyszę najczęściej, że od uczynienia znaku krzyża, od „Ojcze nasz” lub od „Zdrowaś Maryjo”. Proponuję wtedy, by zaczynać nie tyle od słów czy gestów, ile od aktu wiary, czyli takiej formy skupienia, która pozwoli uświadomić sobie, że oto ja, człowiek, staję przed Bogiem Najwyższym, że za chwilę ja, stworzenie, będę rozmawiać ze swoim Stwórcą. Treść tego aktu wiary może być jeszcze inna, ale istotą jest zawsze świadomość mojej relacji do Tego, z Kim chcę się spotkać na modlitwie, nadzieja, że nasze spotkanie jest możliwe. Po takim akcie mogą nastąpić słowa lub gesty.

Jak długo się modlić?

Święty Paweł nakazywał, by modlić się nieustannie. Ja poprzestaję na zachęceniu, by się modlić jak najczęściej, a gdy ludzie mówią, że nie mają na to czasu, cierpliwie tłumaczę, że nie potrzebują żadnych nowych nakładów czasowych, wystarczy wykorzystać puste przebiegi: czas przejścia z jednego miejsca do drugiego, jazdę samochodem, stanie w kolejce, mechaniczną pracę, która zajmuje ręce, ale pozostawia sporo wolnej uwagi. Wtedy można się do Boga zwracać, mówiąc Mu, co aktualnie słychać, odmawiać różaniec, śpiewać pobożne pieśni. Forma nie jest istotna – ważna jest chęć zwrócenia się ku Najwyższemu, wyrobienie w sobie świadomości, że całe moje życie toczy się przed Bogiem i z każdą sprawą mogę się do Niego zwracać.

Namawiając do modlitwy „przy okazji”, zachęcam jednocześnie do stosowania zasady jednego procenta, którą wymyślił mój współbrat. Gdy ktoś spytał go, ile powinien poświęcić czasu na modlitwę, Aleksander odpowiadał, że 15 minut. Gdy ktoś zdziwiony pytał: „Tak dużo?”, on tłumaczył: „Doba ma 24 godziny, godzina 60 minut, a więc doba ma 1440 minut, zatem jedna setna, to dokładnie 14 minut i 40 sekund. Jeśli będziesz modlił się mniej więcej kwadrans, poświęcisz Bogu jeden procent swego życia. Czy to dużo?”. Warto zatem przy całym naszym zabieganiu zatrzymać się na kwadrans przed Bogiem, skupić uwagę tylko na Nim, wyłączyć się z nurtu codzienności.

Często ludzie mają poczucie winy związane z tym, że nie pomodlili się rano albo wieczorem, „bo tak zostali nauczeni”. Oczywiście warto zaczynać i kończyć dzień z Panem Bogiem, ale to wcale nie oznacza, że najważniejszy moment modlitwy w ciągu dnia musi wypadać właśnie wtedy. Przy dzisiejszym rytmie życia może się okazać, że rano człowiek zbyt się spieszy do pracy, na studia czy do szkoły, a wieczorem zbyt jest zmęczony, by stać go było na niespiesznie skupioną modlitwę. Wtedy nic nie stoi na przeszkodzie, by zaplanować ją w bardziej sprzyjającej temu porze dnia.

Gdy ktoś nadal utrzymuje, że nie ma czasu, proszę, by przypomniał sobie taki moment w swoim życiu, gdy modlitwa, obecność na mszy świętej lub inny rodzaj czasu poświęconego Bogu spowodował jakieś życiowe komplikacje czy opóźnienia. Jeszcze się nie zdarzyło, by ktoś przypomniał sobie taką sytuację.

Gdzie się modlić

Napisałem, że można się modlić zawsze, a to oznacza, że można się modlić wszędzie: na ulicy, w tramwaju czy w domu, idąc na spacer, pływając kajakiem, lecąc samolotem. Warto jednak znaleźć przestrzeń uprzywilejowaną i przygotować ją na spotkanie z Bogiem. Taką przestrzenią w sposób naturalny są kościoły czy kaplice. Praktyka modlitwy mówi, że są takie świątynie, w których łatwiej się skupić, i takie, w których łatwiej o rozproszenie, takie, które mają klimat wyciszenia, i takie, które przypominają poczekalnię dworca autobusowego. Różnym ludziom sprzyjają różne przestrzenie, dlatego warto poszukać takiej, która pomoże nam wejść w kontakt z Bogiem.

Kiedy modlimy się w domu, nie trzeba czynić żadnych szczególnych przygotowań. Warto jednak czasami zadbać o klimat modlitwy. To mogą być proste zabiegi, jak zwrócenie się w kierunku wiszącego na ścianie krzyża czy ikony, uporządkowanie otoczenia, zapalenie świecy, postawienie kwiatów. Każdy sam musi poeksperymentować i sprawdzić, jaka aranżacja pomoże mu w skupieniu. Gdy mówimy o modlitwie w mieszkaniu, radzę czasem pomyśleć, że modlitwa, to czas przyjmowania dostojnego gościa. Warto więc dla niego przygotować izdebkę, w której mam go spotkać.

Postawa ciała

Wiele osób ma wątpliwości, czy liczy się tylko modlitwa na klęcząco. Konsekwentnie odpowiadam, że można się modlić w każdej pozycji – stojąc, leżąc, klęcząc albo podskakując. Jednak fakt, że w każdej pozycji mego ciała mogę wznosić ducha ku Bogu, nie oznacza, że każda pozycja jest równie dobra. Lepiej na przykład modlić się, chodząc, niż szybko przestać się modlić po zajęciu pozycji horyzontalnej. Warto sobie pomyśleć, że człowiek jest całością, że w modlitwę może się zaangażować nie tylko umysł, wola i uczucia, ale również ciało. Skoro ludzkie ciało jest świątynią Ducha Świętego, to niech ta świątynia wychwala Boga, który w niej mieszka. Może to czynić, klękając, ale równie dobrze padając na twarz, wznosząc ręce ku niebu, kłaniając się wielokrotnie przed Bogiem. Istnieją w naszej kulturze gesty i postawy, które wyrażają cześć, szacunek, miłość, przywiązanie dla drugiego człowieka. Spróbujmy je tak przetransponować, by wyrażały mój stosunek do Boga. Okaże się wtedy, że możemy oddawać cześć Bogu nie tylko w postawie klęczącej, ale i na wiele innych sposobów.

Co mówić?

Autentyczna modlitwa może się różnie wyrażać. Jedni będą się modlić, wypowiadając pacierz, którego nauczyli się w dzieciństwie, inni będą odmawiać różaniec, koronkę lub Modlitwę Jezusową, inni skorzystają z brewiarza lub wspierać się będą tekstami Pisma Świętego lub modlitewnika, a jeszcze inni będą się modlić własnymi słowami. Nikt nie potrafi ocenić, czy któraś z tych form jest w danej chwili bardziej lub mniej właściwa, bardziej lub mniej zbliża do Boga. To, co dla jednych jest znakomite, innym może nie odpowiadać. Sposób modlitwy, który był dobry na jakimś etapie mojego życia, wcale nie musi się sprawdzić w późniejszym czasie.

Warto zatem poszukać takiej formy, która będzie odpowiadać stanowi mojego ducha. Przy tej okazji chciałbym jeszcze wspomnieć o treści modlitw spontanicznych, czyli takich, które wypowiadam od siebie, nie korzystając z treści czytanych czy zapamiętanych. Wielu ludzi jest przekonanych, że modlitwa powinna dotyczyć rzeczy wzniosłych i pobożnych. Tymczasem może się w niej znaleźć wszystko, o czym pomyślimy. O każdym zdarzeniu, spotkaniu, wrażeniu, myśli czy przeżyciu mogę opowiadać Bogu. Dzielić się z Nim swoimi życiowymi perypetiami, tym, co jest we mnie. Jeśli przeżywam zachwyt jakąkolwiek rzeczywistością – mogę Bogu dziękować, jeślizmagam się z jakimiś trudnościami – mogę prosić o pomoc, jeśli podejmuję ważną decyzję – mogę pytać, co się Jemu podoba, jeśli popełniłem jakiś grzech – mogę za niego przepraszać, jeśli przychodzą na mnie pokusy, mam ochotę na coś, co się Bogu na pewno nie podoba – mogę Mu się z tego zwierzyć, a jeśli się z Bogiem nie zgadzam – mogę wyrazić swój bunt, mogę wypowiedzieć moją niezgodę. Nie ma treści, które byłyby w modlitwie zakazane. Wystarczy dobrze wczytać się w Psalmy, w tę wielką Księgę człowieczej modlitwy natchnionej Duchem Świętym. Niektórzy cenzurują ten tekst Biblii i wycinają z niego fragmenty zawierające złorzeczenia. „Nie godzi się złorzeczyć” – decydują w swoich sterylnych sercach. Tymczasem Bóg, zgadzając się, by złorzeczenia znalazły się w Słowie objawionym, pokazał, że są one częścią ludzkiego doświadczenia, które nieobce jest Stwórcy. Są one dla mnie dowodem, że każde ludzkie odczucie czy wrażenie może się stać treścią rozmowy z Bogiem. Nawet jeśli jest ono niemoralne czy niegodziwe, prześwietlone Bożym światłem może zostać przemienione w kształt zgodny z Jego zamysłem.

Rozproszenia

Jeśli mówimy o treści modlitwy, to trzeba wspomnieć o rozproszeniach, które są zmorą modlącego się. Człowiek chce się spotkać sam na sam z Bogiem, a w tym czasie przypominają mu się rozmaite zdarzenia, kłopoty, marzenia. Wszystko odciąga go od skupienia na Bogu. Co robić? Czy wobec pędzących myśli jesteśmy całkiem bezbronni?

Pierwsza zasada: nie wpadać w panikę. Nie traktować rozproszeń jako czegoś, co niweczy modlitwę, co czyni ją bezwartościową. Przychodzi mi do głowy myśl o treści niemającej nic wspólnego z modlitwą, staram się ją wyminąć, zostawić na boku, traktować jako rzecz tak normalną, jak dziura na polskiej szosie. No tak, powie ktoś, ale jeśli dziur jest w tej szosie dużo, to trudno się po niej jedzie. Zgadza się, każdy wolałby pędzić po niemieckich autostradach, ale modlitwa to nie wyścig, czasem trzeba zwolnić. Najważniejsze jest to, by się nie zniechęcić, tylko kontynuować modlitwę. Chyba Henri Nouwen jest autorem powiedzenia: Kiedyś myślałem, że trudności przeszkadzają mi w życiu, potem odkryłem, że pokonywanie trudności jest treścią mojego życia. Słowa te można doskonale zastosować do modlitwy. Wspaniała jest modlitwa, polegająca na wielokrotnym pokonywaniu rozproszeń i ponownym skupianiu uwagi na Najważniejszym.

Czasami w ramach walki z rozproszeniami podpowiadam dwie taktyki: szklanki z fusami albo wchłaniania rozproszenia. Pierwsza opiera się na spostrzeżeniu, że bezpośrednio po zaparzeniu kawy czy herbaty fusy przeszkadzają mi w jej wypiciu. Bezsensowna jest próba przyciśnięcia ich do dna szklanki łyżeczką. Jeśli jednak poczekam chwilę, fusy same opadną na dno. Podobnie jest z rozproszeniami. Jeśli wchodzę w ciszę modlitwy prosto z zagonionego życia, muszę dać sobie czas, by rozmaite myśli, uczucia, wrażenia opadły na dno serca. A jeśli ciągle wracają? To trzeba je wchłonąć, uczynić treścią modlitwy i powiedzieć Bogu: chciałbym się skupić na treści Pisma, ale ciągle przypomina mi się to czy tamto, więc Ci opowiem, co mnie dzisiaj spotkało, co mnie niepokoi, cieszy albo irytuje.

* * *

Żadną miarą nie należy traktować powyższych uwag jako niepodważalnych reguł modlitwy ani nawet poradnika, jak się modlić. Chciałem tylko pokazać, że modlitwa jest rzeczywistością tak bogatą jak ludzkie charaktery i biografie oraz tak nieprzewidywalną jak niespodziewany jest Bóg. A jeśli przy okazji udało mi się wyzwolić z poczucia winy kogoś modlącego się autentycznie, ale niemieszczącego się w ramkach pobożności, w które został wepchnięty na tym czy innym etapie swojego życia, to uznam, że spełniłem swoje zadanie.


Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

POCZEKAM I POLEŻĘ

NICNIEROBIENIE

Drodzy Czytelnicy,

AUTODESTRUKCJA

MROK SZKICOWANY ŚWIATŁEM


komentarze



Facebook