Archwium > Numer 435 (11/2009) > Felietony > Pożegnanie nowicjatu

Pożegnanie nowicjatu

Przez sześćdziesiąt lat klasztor dominikanów w Poznaniu był klasztorem nowicjatu. Tych, którzy nie wiedzą, co to jest nowicjat, informuję, że jest to rok wstępny, rok próby i przyglądania się kandydatów zakonowi, a zakonu kandydatom. Nowicjat dominikanów polskich był skarbem naszego klasztoru. Entuzjazm młodych, ich zapał, udzielał się nam wszystkim. Klasztorowi i miastu. Bracia też korzystali, patrząc na pracę ojców, chłonąc atmosferę Poznania i walory Wielkopolski.

Teraz klasztor opustoszał. Sprawy, które robiły się same, stały się problemem do rozwiązania i do załatwienia. Dotychczas zawsze był nowicjat, zawsze byli młodzi. Teraz zostaliśmy sami. Nowe doświadczenie. Dzieci wyszły z domu.

A tak lubiłem patrzyć, jak przybywają do nowicjatu z torbami, kołdrami, w garniturach, z parasolami i nadzieją w sercach. Cieszyłem się ich obecnością. Płakałem, gdy opuszczali nasz klasztor, spostrzegłszy, że to nie ich miejsce, albo gdy ojciec magister im poradził, żeby szukali innej drogi.

Z dystansu uczestniczyłem w ich radościach, w głośnych rekreacjach, gdy składali śluby, wyjeżdżając na pierwsze wakacje w zakonie, i robili miejsce na III piętrze dla następnych. To było zawsze w sierpniu. Uczyli się klasztoru, zakonu, chodzenia w habicie, głośnego czytania, publicznego śpiewu. Nasz klasztor tętnił ich życiem, ich entuzjazmem, ich nadzieją. Budowałem się ich postawą i zaangażowaniem. Czytałem ich myśli daleko wybiegające w dorosłe życie apostolskie. Chcieli wracać do swoich z misją głoszenia Chrystusa. Chcieli biec na krańce świata w zależności od tego, który gdzie ich upatrywał. Jeden głęboko w sobie, w zakątkach własnej duszy, inny w dalekim podróżowaniu, a jeszcze inny w studiowaniu czy duszpasterstwie.

Niewiele miałem z braćmi nowicjuszami do czynienia. Oddzielała nas klauzura. To znaczy, że nowicjat był chroniony, aby ci starsi nie gorszyli młodszych swoim zmęczeniem, zniechęceniem czy zbytnią swobodą wypowiedzi, a może zachowań. To odwieczna mądrość zakonu.

Nie narzucałem się im ani nie pchałem w te rejony. Nie miałem parcia na poklask najmłodszych. Przed ponad trzydziestu laty posłano mnie do pracy z młodzieżą, więc staram się być wierny tej służbie do końca, póki Pan Jezus zechce się mną posługiwać. Nie wiem, jak bracia patrzyli na moją pracę. Nie mam zwyczaju sprawdzać, jak wypadam w oczach innych. Nie żyję z odbicia. Żyję swoim życiem, nie cudzym. Tak niewiele o mnie wiedzieli. Cóż, byłem z młodzieżą tam, gdzie ona była, nie z nimi na modlitwie, w refektarzu czy na rekreacji. Nie wiem, czy się tym budowali, czy gorszyli. Niektórzy znali moją działalność jeszcze, kiedy byli „na świecie”, zanim znaleźli się w zakonie. Niektórzy, czasami już po latach, przecierali oczy, że Hermanice, Jamna, Lednica oraz dzień powszedni w duszpasterstwie musiał ktoś wypełnić Bogiem, ludźmi, treścią, modlitwą i sensem. A byłem tuż za ścianą. Oni szukali wtedy daleko. Każdy, kto dorasta, chce się odbić i przeciąć pępowinę. Nie każdy, kto dobrze i daleko widzi, ma świadomość, że jest tak dlatego, ponieważ siedzi na ramionach tych, co byli przed nim. Dopiero, kiedy jego własny dorobek zaczynają równać z ziemią, spostrzega, że sam kiedyś robił to samo.

Nasz były generał o. Tymoteusz Radcliffe, rozważając to zagadnienie, przytacza fragment kazania Iana Hislopa OP, jednego ze swoich współbraci szkockich:

„Moje życie zakonne zbliża się do końca, zaś wasze właśnie się rozpoczyna. Kiedy sięgnę wzrokiem wstecz, a wiele lat spędziłem w zakonie, myślę o wszystkim tym, co tak usilnie starałem się osiągnąć. Często wytężałem siły, aby coś zbudować, aby pozostawić po sobie jakiś pomnik, a po mnie przychodził jakiś kompletny idiota i obracał wniwecz to, co z takim mozołem skonstruowałem, nazywając to postępem. Chciałbym wam dać dzisiaj dobrą radę – jakiekolwiek byłyby wasze plany i jak bardzo staralibyście się je urzeczywistniać, Bóg i tak pokrzyżuje wasze drogi”. Stąd pragnienie budowania na skale, na Tym, Który nas pierwszy umiłował, wybrał i wezwał, aby iść za Nim.

Nie trzeba zbytnio się martwić, że ci, co po nas idą, sprzątają dokładnie, jakby nas zupełnie nie było. Jedynie owoce kontemplacji się nie starzeją, są wieczne. Dostaliśmy przecież dar największy, bo pracując w zapamiętaniu i angażując się całkowicie, mieliśmy głębokie poczucie sensu tego wszystkiego. A to jest przecież coś! Ale nie chcę narzekać ani się tłumaczyć.

Żal mi, że nowicjat po sześćdziesięciu latach opuścił nasz poznański klasztor.

Bo to dobry i piękny klasztor. Bracia są pogodni i dobrzy. Nikt nikomu nie robi złośliwości ani nie czyha na jego upadek. Chwalimy Boga, jak potrafimy, w mniejszym już składzie śpiewając w chórze.

Jestem przekonany, że obecność nowicjatu w Poznaniu była swoistym bogactwem dla braci nowicjuszy i dla klasztoru – jak dzieci dla rodziny. Obdarzali nas zawsze zaufaniem. Na studia do Warszawy i do Krakowa jechali bogatsi o doświadczenie Poznania i Wielkopolski. Bo Poznań ma swoisty urok. Może nie jest zbyt wylewny, ale stara się być solidny i poważny we wszystkim, co robi. W wierze też.

Ja zaś tymczasem czuję się tak, jakby dzieci opuściły nasz wspólny dom rodzinny i poszły w świat. Potrwa to trochę, zanim ochłoniemy i nauczymy się żyć, tak jak było na początku, kiedy powstawał klasztor dla opieki duszpasterskiej nad studentami i środowiskiem akademickim. Będziemy żyli więc teraz poważnie, już bez wygłupów nowicjatu, które czasem rozweselały nasze twarze i zmuszały do uśmiechu.


Jan Góra OP - (1948-2015) legendarny rekolekcjonista, kaznodzieja i publicysta, wieloletni duszpasterz akademicki w Poznaniu. Twórca ośrodków duszpasterskich w Hermanicach, na Jamnej i nad Lednicą; organizator spotkań "Lednica 2000", autor wielu książek. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Nie tymi słowami, łaskawy panie!

...I w miłość się obrócimy

Ocalić siebie

Krakus polish ham

Jan Paweł II chodzi po kolędzie


komentarze



Facebook