Święty niedowiarek
W scenie Sądu Ostatecznego, o którym czytamy w Ewangelii św. Mateusza, Pan Jezus nie pyta się o wyznanie, tylko o nasz stosunek do drugiego człowieka: co zrobiliśmy z głodnym, spragnionym, bezdomnym. Janusz Korczak służył im wszystkim - bezdomnym, głodnym, spragnionym, pozbawionym opieki i miłości dzieciom. Jestem pewien, że jest święty.

Kto to jest święty?

Nie ma jednej odpowiedzi, możemy jedynie delikatnie wskazać kierunek, zapach – odor sanctitatis. Świętość to zjednoczenie z Bogiem, a w ujęciu chrześcijańskim z Chrystusem.

Stopień tego zjednoczenia to stopień naszej świętości. Być świętym to znaczy być blisko Boga, a bliskość Boga to jednocześnie bliskość człowieka. Ludzie często myślą o świętym jako o kimś bezgrzesznym, idealnym. A święty to nie znaczy bezgrzeszny. Święty jest grzesznikiem, ale znakiem jego świętości jest to, że ma świadomość swojej nędzy i słabości.

Czasem jest tak, że odchodzi z tego świata ktoś, z kim byliśmy bardzo związani. Mamy poczucie, że był to człowiek, który pięknie żył – i z Panem Bogiem, i z ludźmi. Nie mamy oficjalnego stwierdzenia Kościoła, a jedynie wewnętrzne przekonanie, że wokół tego człowieka rozchodzi się ten odor sanctitatis, że on nim promieniował. Czy w naszych prywatnych modlitwach możemy prosić go o wstawiennictwo przed Panem?

Koniecznie! Nie tylko możemy, ale nawet powinniśmy! Dzień Wszystkich Świętych przypomina nam właśnie tych niekanonizowanych świętych, którzy mają być naszymi orędownikami u Pana. Prawie każdy z nas ma takie swoje święte osoby. A skoro spotkaliśmy się, by rozmawiać o Januszu Korczaku, jestem pewien, że dla wielu osób jest on właśnie takim prywatnym świętym. Świadczyć mogą o tym np. słowa, które znalazłem wiele lat temu w odpowiedzi na ankietę zamieszczoną przez miesięcznik „Znak”. Jedna z osób pisała: „Chyba nie wzbudzi sprzeciwu przypuszczenie, że Janusz Korczak też u Boga jest świętym, choć nie należał do Kościoła i nie może być kanonizowany. Przyznaję, że modlę się do niego, jak do innych świętych męczenników”.

Czy Korczak był osobą wierzącą?

To trudne pytanie i niełatwa odpowiedź. W papierach rodzice napisali mu „wyznanie mojżeszowe”. Gorycz tego wyznania odczuł pierwszy raz, gdy jako 5letni chłopiec chciał pochować swojego kanarka. Wsadził go do pudełka po landrynkach, a gdy chciał postawić krzyż na jego grobie, syn dozorcy stanowczo mu zabronił, twierdząc, że kanarek, podobnie jak jego właściciel, był Żydem.

Wiele wypowiedzi Korczaka oraz faktów z jego życia świadczy o ogromnym szacunku, z jakim odnosił się do wiary. W Domu Sierot przy ul. Krochmalnej dzieci zwracały się do Boga trzy razy dziennie słowami modlitwy, ułożonej przez Starego Doktora, a zaczynającej się od słów: „Błogosławionyś Ty, wiekuisty Boże nasz”.

W projekcie budowy Naszego Domu na Bielanach chciał Korczak umieścić kaplicę, czemu niewierząca Maryna Falska, jego współpracowniczka, stanowczo się sprzeciwiła. Niechętna była też zwyczajowi codziennej modlitwy w sierocińcu. Korczak tłumaczył jej wówczas: „Co pani da dzieciom w zamian za to?”. Uważał bowiem, że dziecko – zwłaszcza sierota – potrzebuje intymnego, osobistego dialogu z Bogiem i miejsca, gdzie mogłoby wypłakać się i uciszyć. Jego zdaniem, o czym pisał w swoich Pamiętnikach, nie można bez odniesienia do Boga przedstawiać dzieciom tajemnic świata, życia i śmierci.

Ks. Bernard Ignera, pisząc o Korczaku, stwierdził, że nie był on „ani katolikiem, ani chrześcijaninem, ani wyznawcą religii mojżeszowej… Był ponad wszelkim wyznaniem”.

Nie brakło i głosów, że Janusz Korczak był ateistą. Tak twierdził jeden z jego wychowanków Kazimierz Dębnicki, który dowodził, że religijność Korczaka była ciągłym szukaniem. A szukanie jest zawsze wyrazem niewiary. Z takim stwierdzeniem absolutnie nie mogę się zgodzić, gdyż, moim zdaniem, poszukiwanie jest cechą człowieka wierzącego.

Kłóci się to też z tym, co Korczak sam pisał w 1914 roku w „Spowiedzi motyla”: „Jestem niby niedowiarkiem, że odrzucam obrzędy. Ale pozostała mi wiara w Boga i modlitwa. Bronię tego, gdyż bez nich żyć nie można. Człowiek nie może być tylko ślepym trafem”.

To jego stwierdzenie, że jest „niedowiarkiem”, wynikało raczej ze skromności, z poczucia, jak wielką sprawą jest Bóg i wiara. Wiemy, że każdego dnia modlił się z dziećmi, wiemy, jak pięknie żył i jak umarł. To mówi więcej niż jakieś deklaracje. Korczak był wierzący bez całej otoczki, jaka wierze towarzyszy. Nie mógł się pogodzić z zastanym, statycznym i pełnym antysemityzmu katolicyzmem. Uważał, że przedstawiciele Kościoła psują obraz Pana Boga.

Być może, gdyby spotkał się z ludźmi autentycznie wierzącymi, jego wiara inaczej by się rozwijała. To pokazuje, że bardzo musimy się liczyć z tym, jak naszą wiarę odbierają inni ludzie.

Co księdza zachwyca w Korczaku?

Kiedyś zadano mi pytanie, co powiedziałbym Januszowi Korczakowi, gdyby przyszedł do mnie i usiadł obok. Odpowiedziałem, że nic. Tylko patrzyłbym na niego i cieszył się, że jest. O nic bym nie pytał, bo on już wszystko powiedział sobą, swoim życiem.

Pamiętam, gdy jako 16letni chłopak usłyszałem „gadaninkę” Starego Doktora w Polskim Radiu, pojawiła się fascynacja. Jakże niezwykła była u tego człowieka umiejętność wczuwania się w mentalność dzieci, trwania z nimi w nieustannym dialogu. Starałem się nie opuścić żadnej „gadaninki”, byłem ich namiętnym słuchaczem. Nie wiedziałem, kto ukrywa się pod pseudonimem Starego Doktora, i przykro mi było, gdy mój proboszcz, u którego służyłem jako ministrant, krzyczał, że „Żyd zatruwa polskie dzieci w radiu…”.

Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że Stary Doktor i autor powieści, która kiedyś poruszyła mnie do łez – Króla Maciusia I – jest tą sam osobą. I tak Janusz Korczak stał się natchnieniem mej praktyki, a potem i teorii wychowawczej. Żadnemu ze współczesnych pedagogów nie zawdzięczam tyle, ile jemu. Myśl Korczaka, wciąż na nowo odczytywana i pogłębiana, towarzyszy mi od dziecięcych lat. I stale zachwyca.

Co najbardziej? Jego oddanie dzieciom, jego umiejętność porozumienia się z dzieckiem, szacunek, jakim obdarzał dzieci?

Zamiast odpowiedzi przytoczę fragment modlitwy, którą Janusz Korczak napisał 27 kwietnia 1920 roku:

Znużony jestem i senny. Wzrok mój przyćmiony, a grzbiet pochylony pod ciężarem wielkiego obowiązku.
A jednak prośbę serdeczną zaniosę, o Boże. A jednak klejnot posiadam, którego nie chcę powierzyć bratu – człowiekowi. Obawiam się, że człowiek nie zrozumie ani nie odczuje, zlekceważy, wyśmieje.
Jeśli jestem szarą pokorą wobec Ciebie, Panie, to w prośbie mej stoję przed Tobą – jako płomienne żądanie.
Jeśli szepcę cicho, to prośbę wygłaszam głosem nieugiętej woli…
Daj dzieciom dobrą dolę, daj wysiłkom ich pomoc, ich trudom błogosławieństwo.
Nie najłatwiejszą prowadź ich drogą, ale najpiękniejszą. A jako prośby mej zadatek przyjm jedyny mój klejnot: smutek. Smutek i pracę.

Jan Paweł II wspomniał o Januszu Korczaku podczas kanonizacji Ojca Maksymiliana Kolbego. Postawił tych dwóch niezwykłych ludzi obok siebie.

To bardzo znamienne wydarzenie pokazujące, że papież nie patrzył na etykiety, tylko na człowieka. Święty to człowiek w pełnym sensie. A czy ktoś odważyłby się powiedzieć, że Korczak nie był człowiekiem przez duże „C”, nie był człowiekiem w pełnym sensie?

Jan Paweł II zwrócił kiedyś uwagę, że Korczak jest dla dzisiejszego świata symbolem religii i moralności, a ks. Jan Twardowski podczas mszy świętej za Starego Doktora mówił tak: „Nie był on formalnie związany przez chrzest z Jezusem, ale ile z jego życia i śmierci możemy się uczyć my, chrześcijanie”. To daje do myślenia.

Czy Janusz Korczak jest święty?

Jestem pewien, że tak. Pozwala mi tak myśleć scena Sądu Ostatecznego, o której czytamy w Ewangelii św. Mateusza. Pan Jezus nie pyta tam o wyznanie, tylko o nasz stosunek do drugiego człowieka: co zrobiliśmy z głodnym, spragnionym, bezdomnym. Korczak służył im wszystkim – bezdomnym, głodnym, spragnionym, pozbawionym opieki i miłości dzieciom. Oddał im całe swoje życie – zrezygnował nawet z życia rodzinnego, by służyć tym, które własnych rodzin nie miały. Kiedy razem z dziećmi został zamknięty w getcie, przyjaciele dwukrotnie prosili go, by uciekał. Powiedział wtedy: „Nie mogę. Jestem ich wychowawcą. Sam przed Bogiem odpowiem za ten czyn”.

Przytoczę fragment książki poświęconej Januszowi Korczakowi: „5 sierpnia żandarmeria wtargnęła do Domu przy Śląskiej. »Alles herunter! Psy. Kolby. Wrzask. Płacz«. I wtedy coś wstąpiło w Starego Doktora. Wyprostowany, jak nigdy, uciszył Niemców. Uciszył wszystkich: »Ja wyprowadzę dzieci sam«.Kazał dzieciom ustawić się czwórkami. Starsze na końcu. Za nimi personel – 9 osób. Esterkę – studentkę zabrali już wcześniej. On sam na przedzie. Wziął na ręce dwoje najmłodszych.Kazał rozwinąć sztandar Domu. Zielony sztandar nadziei i rośnięcia, z czterolistną koniczynką na szczęście. Z ulic spędzono ludzi na chodniki. »Dzieci szły na wycieczkę«. Ci, którzy to widzieli, dostawali szoku. Nawet Niemcy oddawali salut. Jeszcze nikt nie szedł tak na śmierć! Z placu apelowego odchodziły transporty do Treblinki, do gazu. Nikt nie przeżył, aby był świadkiem, jak Doktor umierał z ostatnimi dziećmi”. Brzmi to jak opis męczeńskiej śmierci. Czy Janusz Korczak jest męczennikiem?

Słowo męczennik kojarzy nam się potocznie z osobą, która była męczona. Tymczasem po grecku mart?s to znaczy świadek. To jest pierwszy sens tego słowa. Janusz Korczak bezsprzecznie był świadkiem, ale też zginął z dziećmi jak męczennik.

Czy tacy nieświęci święci będą zbawieni?

Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen Gentium, ogłoszona przez II sobór watykański, mówi, że ci, którzy bez własnej winy, nie znając Ewangelii Chrystusowej i Kościoła Chrystusowego, szczerym sercem szukają Boga i wolę Jego przez nakaz sumienia poznaną starają się czynić, mogą osiągnąć zbawienie wieczne. Myślę, że te słowa w pewnym sensie możemy odnieść do Korczaka. Trudno powiedzieć, że nie znał Ewangelii i Kościoła Chrystusowego, wszak był wychowany w kraju o przeważającej katolickiej większości.

O ile można więc mieć wątpliwości co do jego znajomości czy nieznajomości Ewangelii i Kościoła, o tyle jedno jest pewne: był on zawsze wierny nakazom sumienia i to posłuszeństwo wyraził czynem aż do męczeńskiej śmierci.

rozmawiali Katarzyna Kolska i Paweł Kozacki OP


Janusz Tarnowski - ur. 1919 w Warszawie, kapłan diecezji warszawskiej, emerytowany prof. UKSW, autor ok. 400 pozycji naukowych, popularnonaukowych i publicystycznych, napisał m.in. "Wychowanie do pokoju z Bogiem i ludźmi", "Problem chrześcijańskiej pedagogiki egzystencjalnej", "Próby dialogu z młodymi", "Rozmowy o wierze i życiu", jest również autorem wydanej przed 19 laty książki o Januszu Korczaku, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Ocaleni przed Potopem

PROSZĘ NIE PRZEWRACAĆ ŚWIECZEK

Zmarli to moi przyjaciele

POD JEDNYM NIEBEM

A ŻŁÓBEK BĘDZIE?


komentarze



Facebook