Archwium > Numer 380 (04/2005) > Szukającym drogi > Zbrodnia ukrzyżowania

Zbrodnia ukrzyżowania

Wielką przeszkodą dla mojej wiary jest świadomość, że do naszego zbawienia potrzebne było dokonanie zbrodni na Panu Jezusie. Wiem, że przez swoją mękę przeszedł On w sposób budzący najwyższy podziw. Jednak wzdragam się na myśl, że Bóg Ojciec zaplanował taką mękę dla swojego Syna. Chyba że czegoś tu nie rozumiem. Ciągle odnawia się we mnie pytanie, czy nie było innego sposobu na dokonanie naszego odkupienia. Dręczy mnie również kwestia: skoro taki sposób odkupienia ludzkości został przewidziany przez samego Boga i zapowiedziany przez proroków, to przecież jacyś ludzie musieli tej potwornej zbrodni dokonać. Boję się twierdzić, że zostali wyznaczeni przez Boga do popełnienia tej zbrodni. Jednak trudno mi to wszystko sobie logicznie poukładać. Bo jeżeli Pan Bóg tej zbrodni nie zaplanował (spodziewam się, że tak mi Ojciec odpowie), to dlaczego prorocy ją przewidzieli i zapowiadali?

 

Zacznijmy od przypomnienia, że Pana Jezusa chciano — i to kilkakrotnie — zabić już wcześniej. Pierwsi próbowali Go zabić mieszkańcy Nazaretu: „Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak, przeszedłszy pośród nich, oddalił się” (Łk 4,29n).

Później usiłowano Go ukamienować na dziedzińcu świątyni jerozolimskiej: „porwali kamienie, aby Go ukamienować: (...) za bluźnierstwo, za to, że Ty, będąc człowiekiem, uważasz siebie za Boga” (J 10,31.33). W Ewangeliach znajduje się jeszcze kilka innych wzmianek o nieskutecznych próbach położenia kresu Jego działalności mesjańskiej (por. J 7,30 i 44; 8,59; 10,39).

Przyjście do nas Syna Bożego obudziło w nas, grzesznikach, tak wiele nienawiści do Niego, że wystarczyłoby jej na wielokrotne zamordowanie Go. Natomiast jest kompletnym nieporozumieniem podejrzewanie Pana Boga o to, że to On dla naszego zbawienia tak zaplanował i zarządził, ażeby jacyś ludzie dokonali na Jego Synu zbrodni ukrzyżowania. On jest przecież Bogiem i niemożliwe jest, ażeby chciał wprost choćby tylko jednego grzechu. Ktoś, kto chciałby planować popełnienie grzechu, choćby nawet dla osiągnięcia, nie wiem jak wielkiego, dobra na pewno nie jest Bogiem.

Wydaje się, że główny ciężar pytania o przyczyny zamordowania Zbawiciela leży nie w tym, dlaczego do takiej zbrodni byliśmy zdolni — bo to przecież jasne, że ta nieszczęsna zdolność wzięła się z naszej grzeszności — ale raczej w tym, dlaczego było wolą Ojca oraz Jego Syna, ażeby poddał się On atakowi nienawiści dla siebie najtrudniejszemu, atakowi, który się zakończył Jego ukrzyżowaniem.

Zanim podejmiemy to pytanie, przypomnijmy, że Ewangelie wielokrotnie mówią nam o tym, że decyzję przejścia przez mękę krzyża Pan Jezus podjął z całą dobrowolnością. Kilkakrotnie swoją mękę zapowiadał (por. Mt 16,21–23; 17,22n; 20,17–19). Mówił też o sobie, że jest Dobrym Pasterzem, który „daje życie swoje za owce. (...) Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać” (J 10,11.18).

Pan Jezus nie ukrywał, że jednocześnie boi się czekającej Go męki i zarazem chce ją podjąć: „Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie” (Łk 12,50; por. Mk 10,38). Już po odbyciu mesjańskiego wjazdu do Jerozolimy wyznawał: „Teraz dusza moja doznała lęku i cóż mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny? Nie, właśnie na tę godzinę przyszedłem” (J 12,27). Nie miał On wątpliwości, że Jego śmierć na krzyżu będzie oddaniem życia za przyjaciół (por. J 15,13). Jeszcze na początku swojej męki, w Ogrodzie Oliwnym, zanim dobrowolnie oddał się w ręce nieprzyjaciół, błagał swojego Ojca o oddalenie kielicha męki, zarazem jednak modlitwę zakończył wtedy słowami: „Jednak nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie!” (Łk 22,42).

Zatem nie ma najmniejszej wątpliwości, że swoją mękę i śmierć podjął Pan Jezus z woli swojego Ojca, a zarazem w pełni dobrowolnie. Nie musiał poddawać się tym walcom nienawiści, które zmiażdżyły Go na Kalwarii. Gdyby chciał, mógłby męki uniknąć, podobnie jak odsunął ją od siebie podczas poprzednich zamachów na swoje życie.

Stają więc przed nami niezmiernie ważne pytania: Dlaczego Pan Jezus właśnie przez mękę miał dokonać naszego odkupienia? A jeżeli już miało się ono dokonać przez Jego śmierć, to dlaczego On wybrał dla siebie najstraszliwszą kaźń ukrzyżowania? Przecież „oferowaliśmy” Mu również łagodniejsze sposoby — przepraszam za brutalny język — zamordowania Go, wówczas nie musiałby cierpieć aż tak strasznie. Zapewne łatwiej by Mu było umierać w wyniku ukamienowania albo strącenia w przepaść. Dlaczego On wziął na siebie nienawiść najbardziej intensywną, którą znieść było Mu niewyobrażalnie trudno?

Otóż wystawiając się na tę potworną nienawiść, okrucieństwo i pogardę, które skierowano przeciwko Niemu w Wielki Piątek, Pan Jezus wszedł na teren, mogłoby się wydawać, całkowicie należący do szatana. Tam i wtedy — na Kalwarii, w Wielki Piątek — szatan wydawał się zwycięzcą ostatecznym. Wszystko wskazywało na to, że miłość i szacunek dla ludzkiej godności przegrały, że nienawiść i pogarda dla wszystkiego, co Bogu się podoba, są górą, że ostatnie słowo należy do szatana. Ale właśnie wtedy okazało się, że szatan przegrał, i to bezwarunkowo.

Nigdy dostatecznie nie domyślimy się, jak wtedy Panu Jezusowi było trudno. To dlatego Jego ludzka natura tak się wzdragała przed męką. Jeżeli przyjmiemy definicję ofiary, że jest to wierność dobru również wtedy, kiedy to bardzo trudne — to myśl, że nie było w dziejach ludzkich ofiary aż tak trudnej i aż tak krystalicznej, nasuwa się sama.

Istota ofiary, którą Pan Jezus wypełnił na krzyżu, polegała nawet nie na tym, że On niesamowicie wiele wycierpiał, ale na tym, że mimo tak strasznych cierpień On niewzruszenie trwał w miłowaniu swojego Ojca oraz nas, których, przyjmując nasze człowieczeństwo, wybrał sobie na bliźnich. Okazało się wówczas, że wszechpanujące na Kalwarii nienawiść, okrucieństwo i pogarda są zupełnie bezsilne wobec miłości, którą wypełniony był ten Człowiek, nawet gdy tak przerażająco cierpiał na krzyżu.

Od tamtego dnia, tzn. od Wielkiego Piątku, nie ma już na naszej ziemi miejsc aż tak ciemnych, w których musiałoby zwyciężyć zło. Jeżeli tylko mocno trzymamy się naszego Zbawiciela, który nawet wśród niewyobrażalnych tortur męki krzyżowej zachował całą swoją miłość, również w naszym życiu grzech i szatan będą przegrywali.

Czy jednak — i chyba stąd wziął się Pani niepokój, że może niektórzy ludzie zostali z góry przeznaczeni do popełnienia na Zbawicielu zbrodni ukrzyżowania — Jego męki nie zapowiadały liczne proroctwa? Przecież On sam, kiedy umierał na krzyżu, modlił się słowami mesjańskiego Psalmu 22, w którym przedstawione są liczne szczegóły Jego przyszłej męki. O męce Sługi Pańskiego — na kilka wieków przed Jego ukrzyżowaniem — przejmująco pisał prorok Izajasz (50,4–9; 52,13–53,12). Spontanicznie rodzi się pytanie: Jeżeli Bóg nie planował męki dla swojego Syna i jeżeli nikt z ludzi nie był zdeterminowany do udziału w tej zbrodni, to dlaczego proroctwa o tej męce mówiły?

Na to pytanie odpowiem tak: w Piśmie Świętym nie ma wróżb, nie ma również wróżb zapowiadających mękę Mesjasza. Są natomiast proroctwa, jak choćby te wspomniane przed chwilą. Jeżeli zechce się Pani w nie wczytać, mówią one przede wszystkim o tym, że udręczony Mesjasz będzie trwał w zawierzeniu Bogu, że te udręki spadną na Niego z naszej winy, a co szczególnie ważne — dzięki nim dokona się nasze zbawienie.

Spójrzmy chociażby na następujący fragment czwartej pieśni Sługi Pańskiego (Iz 53,3–5). W tych słowach naprawdę nie ma nic z wróżby. To jest w pełnym słowa tego znaczeniu proroctwo, zapowiedź Bożego miłosierdzia wobec nas, grzeszników:

 

   Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi,
Mąż boleści, oswojony z cierpieniem,
jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa,
wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.
   Lecz On się obarczył naszym cierpieniem,
On dźwigał nasze boleści,
a myśmy Go za skazańca uznali,
chłostanego przez Boga i zdeptanego.
   Lecz On był przebity za nasze grzechy,
zdruzgotany za nasze winy.
Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas,
a w Jego ranach jest nasze zdrowie.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Znamię Bestii

Zerwanie zakazanego owocu

Oskarżanie Kościoła o zdradę Ewangelii

Zbawienie dzieci zmarłych bez chrztu

Wola Boża wczoraj i dziś


komentarze



Facebook