Diengi

Opowiadał mi frater Adalbertus:

„Wybrałem się pewnego dnia pociągiem w zagraniczną podróż. Nocny ekspres mknął przez ciemność i tylko raz po raz za oknem widać było w oddali różowe światła mijanych miejscowości. W moim przedziale siedział dobrze ubrany jegomość, który jechał za granicę załatwiać sprawy biznesowe, oraz młody człowiek twierdzący, że jedzie studiować teologię. Na studenta teologii jednak nie wyglądał: miał długie włosy, poszarpane dżinsy i dżinsową kurtkę w podobnym stanie. Właściwie wyglądał na takiego, który raczej nie ma pieniędzy i powinien podróżować autostopem.

W pewnym momencie drzwi do przedziału się otwarły i myślałem, że dojdzie jeszcze jeden pasażer, choć właściwie nie było to możliwe, gdyż pociąg mknął przez mrok daleko od jakiejkolwiek stacji. Pasażer ów jednak wcale nie zamierzał w naszym przedziale pozostawać długo. Wyciągnął z kieszeni pistolet i wymierzywszy w nos dobrze ubranemu jegomościowi, powiedział:

– Dawaj diengi.

Jegomość wyjął z kieszeni portfel, a z niego gruby plik banknotów. Najwyraźniej był zdenerwowany, bo ręce mu się trzęsły, a na czole pojawiły się kropelki potu. Nowo przybyły schował pieniądze do kieszeni, a następnie zwrócił się do studenta:

– U tiebia diengi jest?

– Jest.

– To dawaj.

Student podał mu swoją poszarp (...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Włodzimierz Fenrych - ur. 1955, absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, obieżyświat, publikował w "Czasie Kultury", "Spotkaniach" i "Tygodniku Powszechnym", żonaty, ma trójkę dzieci, mieszka w Wielkiej Brytanii. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Tysiąc kroków

Buldeneż

Pamiętaj!

Za dużo cymbałów

Właściwa łata


komentarze



Facebook