Archwium > Numer 344 (04/2002) > Szukającym drogi > Czy naprawdę rozmawiam z Bogiem?

Czy naprawdę rozmawiam z Bogiem?

Jak poznać, czy moja modlitwa jest naprawdę rozmową z Bogiem, a nie rozmową z samym sobą?

 

Zauważmy najpierw, że nie każda modlitwa jest rozmową. Wielokrotnie przecież zanosimy do Boga nasze prośby: albo wielbimy Go, albo odmawiamy pacierz czy psalm — i jest to prawdziwa modlitwa, mimo że raczej nie ma cech rozmowy.

Rozmowa zaczyna się wtedy, kiedy nie tylko mówię, ale nastawiam się na to, że może i Bóg chciałby mi coś powiedzieć. Niekiedy człowiek odczuwa wewnętrzny przymus zapytania Boga o coś szczególnie dla siebie ważnego. Na przykład, znajduję się w zwrotnym punkcie swojego życia, nie umiem sobie poradzić z konfliktem małżeńskim czy sąsiedzkim, nie znajduję wspólnego języka z rodzonym dzieckiem albo chciałbym wreszcie wrócić do Boga i pojednać się z Nim, ale coś mnie wciąż przed tym powstrzymuje. Potrzeba większego napełnienia się Bogiem może mnie również nawiedzić w momentach szczególnej radości.

W takich sytuacjach człowiek nieraz spontanicznie idzie do pustego kościoła albo zaszywa się w inny święty kącik i oczekuje, że sam Bóg ogarnie go swoją życiodajną obecnością. Właściwie nic innego wtedy nie robię, tylko jestem przed Panem Bogiem i próbuję zobaczyć siebie i swoją obecną sytuację Jego oczyma.

Na ogół dokonuje się wtedy w człowieku wyciszenie — zaczynam dostrzegać w całej sytuacji tę odrobinę, która realnie zależy ode mnie, próbuję pogodzić się z tym, co ode mnie nie zależy, rozpoznaję też pokusy, które zdecydowanie należy odrzucić. Słowem, beznadziejna i bezsensowna plątanina, która mnie obezwładniała, zaczyna się trochę porządkować, na moim horyzoncie pojawiają się małe światełka sensu i nadziei.

Pan pyta: Skąd mogę wiedzieć, że to przychodzi od Boga, a nie ode mnie samego? Zacznijmy od wyliczenia sytuacji, kiedy to, co usłyszałem na modlitwie, na pewno od Pana Boga nie pochodzi. Na przykład kogoś w czasie modlitwy mogą ogarnąć marzenia, jak to słodko będzie odegrać się na koledze za doznaną krzywdę. Ktoś inny nabrał pewności, że sam Pan Bóg błogosławi jego związek z osobą rozwiedzioną — i idzie przed Najświętszy Sakrament, żeby potwierdzić tę swoją pewność. Gdybym kiedykolwiek usłyszał na modlitwie boskie pozwolenie na odejście od jakiegoś Bożego przykazania, powinienem z góry wiedzieć, że nie może ono pochodzić od Boga.

Mistrzowie życia duchowego podkreślają, że prawdę o naszej modlitwie mogą odzwierciedlać nasze złe nastawienia duchowe i wówczas modlitwa rzeczywiście może być tylko rozmową z samym sobą. Faryzeusz, który dziękował Bogu za to, że nie jest jak ten celnik, mógł nawet „usłyszeć” w duchu Bożą aprobatę dla siebie — płynęła ona jednak nie od Boga, tylko z jego fałszywych wyobrażeń o Bogu.

Bardzo to wątpliwe, żeby Bóg przemawiał do człowieka, którego sercem zawładnęła chciwość, rozpusta, nienawiść, pycha, duch potępiania innych itp. Podczas modlitwy takiego człowieka jedynie wezwania do nawrócenia i opamiętania mogą pochodzić naprawdę od Boga. Na podobieństwo Mojżesza, który zdjął sandały z nóg — pisał Ewagriusz z Pontu — „musisz uwolnić się od wszelkiej namiętnej myśli: przecież chcesz zbliżyć się do Tego, który jest ponad wszelką myślą i zmysłami!”. Na przykład, musisz uwolnić się od wszelkiej myśli oskarżającej bliźniego — kontynuuje ten wielki starożytny nauczyciel modlitwy — „abyś nie zniszczył tego, co budujesz, czyniąc swą modlitwę odrażającą”.

Muszę być prawdomówny — tłumaczył Cyprian Norwid Konstancji Górskiej — bo „jakże u licha mógłbym się modlić, łżąc od rana do wieczora?”. Słowem, jeśli jestem opanowany złymi namiętnościami czy nawykami, to nawet gdybym słyszał na modlitwie Boże pouczenia, raczej należy wątpić, czy naprawdę od Boga one płyną. Chyba że — powtarzam — są to wezwania do nawrócenia i opamiętania.

W tym momencie możliwe jest nieporozumienie. Niekiedy przecież namiętności czy niepokoje odzywają się w nas jedynie w postaci pokusy. Otóż nie tylko nie niweczą one sensu modlitwy, ale właśnie o nią wołają. Modlitwa w takim momencie może być największym dla nas ratunkiem.

Choćby ogarnęła mnie cała nawałnica np. myśli bluźnierczych, to moje pokorne trwanie przed Bogiem jest najlepszą odpowiedzią na te pokusy. Jeśli zaś usłyszę wtedy słodki szept Pana Jezusa: „Pokój tobie!” albo: „Trwaj przy Mnie, boś taki utrudzony i obciążony, a Ja cię pokrzepię” — nie miałbym wątpliwości, że jest to naprawdę słowo Pana Jezusa.

Skąd ta pewność? Może to tylko rozmowa z samym sobą. Otóż wiara podpowiada nam trzy kryteria, dzięki którym możemy się upewnić, że nie mylimy się, słysząc w sobie głos samego Boga. Po pierwsze, głos ten jest ewidentnie zgodny z Pismem Świętym, czasem nawet przychodzi do nas w postaci konkretnego zdania z Ewangelii, psalmów lub listów apostolskich. Po wtóre, usłyszane w duchu słowa w pełni harmonizują z nauką Kościoła. Po trzecie, wolno nam spodziewać się, że idąc za tym, co wtedy słyszymy, wybieramy „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Ga 5,22n.).

Nie bójmy się jednak zapytać wyraźnie: Może jednak się wtedy mylimy? Może jest tak, że my słyszymy w sobie Bożą podpowiedź, radę, przestrogę, pociechę itp., a ona w nas powstała w wyniku działania mechanizmów naturalnych?

Na pytanie to odpowiem pytaniem: A jeśli nawet jakieś dobro pojawiło się w nas w sposób dający się wytłumaczyć naturalnie, to czyżby z tego wynikało, że nie pochodzi ono od Boga? Zobaczmy to na konkretnym przykładzie. Dziecko rodzi się z miłości swoich rodziców, ale czy znaczy to, że nie zostało ono stworzone przez Boga albo że nie jest darem Bożym dla swoich rodziców?

Podobnie jest z modlitwą, która rozjaśnia — zgodnie z podanymi wyżej trzema kryteriami — nasze duchowe drogi. Jeżeli dzięki tej modlitwie zaczynam radzić sobie z różnymi ciemnymi lękami, urazami czy namiętnościami, jeśli uczę się mądrze znosić zło, które mnie przerasta, jeśli zaczynam dostrzegać dobre wyjścia z trudnej sytuacji, których dotychczas nie zauważałem — to czy mogę wątpić, że pierwszym autorem tej błogosławionej zmiany jest sam Pan Bóg?

Na koniec jeszcze raz przypomnę, że spotkanie z Bogiem czasem nie potrzebuje żadnych słów. Prawdziwą modlitwą jest zwyczajne trwanie przed Bogiem, kiedy próbuję się w Nim zanurzyć. W obecności Bożej można się wtedy „wykąpać”, człowiek wychodzi z takiej modlitwy czystszy, napełniony radością życia i dziękczynieniem.

Ktoś mi się zwierzył, że kiedy klęka przed Najświętszym Sakramentem, to wystawia się na działanie Pana Jezusa, bo On jest jakby słońcem, w którego promieniach można się duchowo opalać. Uświadomiłem sobie wtedy: faktycznie, przecież monstrancja zazwyczaj ma kształt słońca!

Promotorka nabożeństwa do Najświętszego Serca Jezusa, święta Maria Małgorzata Alacoque, doszła do szczytów kontemplacji, bo umiała zastosować się do mądrej rady swej mistrzyni z nowicjatu. Zwierzyła się jej, że nie umie się modlić, na to jej mistrzyni powiedziała:

Modlitwa to coś bardzo prostego. Idź i stań przed Panem Jezusem i pomyśl sobie, że jesteś płótnem, które przyszło do Boskiego Malarza. Bądź tylko cierpliwa i miej kochające serce, a On to płótno będzie oczyszczał i będzie malował na nim swój wizerunek.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Hosanna na wysokościach!

Zagadka polowań na czarownice

Gdzie jest Bóg?

Nałóg hazardu

Czy obowiązuje błędne sumienie?


komentarze



Facebook