Archwium > Numer 337 (09/2001) > Szukającym drogi > "Okrucieństwo" przyrody

"Okrucieństwo" przyrody

Proszę o wyjaśnienie kwestii podnoszonej często przez Czesława Miłosza, budzącej też moje wątpliwości: Zwierzęta pożerają się nawzajem, zadają sobie niewątpliwie cierpienie, giną. Kierują się przy tym instynktem, nie posiadają wolnej woli. Również człowiek nie ma często wyboru — niszczy szkodniki, zabija, by zdobyć pożywienie, albo nieświadomie, np. gdy swym fizycznym ciężarem miażdży małe i mikroskopijne istoty. Zatem to nie grzech jest przyczyną, lecz prawa przyrody zostały od początku tak skonstruowane, że cierpienia nie da się uniknąć.

Skoro świat przyrody z zasady skazany jest na cierpienie (czyli skażony złem), należałoby uznać jakieś współuczestnictwo szatana w dziele stworzenia. Albo, jak chce Czesław Miłosz, w pojęciu Boga potrzebny jest „pewien komponent manichejski. (...) Bóg jest samym dobrem, a jednak chciał świata bez dobra, czyli poniżej poziomu dobra i zła”. Jak te obserwacje i wyjaśnienia pogodzić z twierdzeniem powtórzonym kilkakrotnie na początku Księgi Rodzaju, że wszystko, co stworzył Bóg, było dobre?

 

To, co powiem na początku, nie jest zarzutem ani polemiką, tylko zwyczajnym spostrzeżeniem. Pragnę zaś zauważyć, że Karol Ludwik Koniński czy Czesław Miłosz, których niepokoi to okrucieństwo przyrody, nie negują bynajmniej jej piękna ani nie sprzeciwiają się ratowaniu ginących gatunków zwierząt drapieżnych. Im tylko trudno poradzić sobie z pytaniem, dlaczego pod powierzchnią nieraz wręcz oszałamiającego piękna naszych lasów i rzek, pól i jezior jest tyle walki o byt i wzajemnego zjadania się.

Nie miał tego problemu człowiek biblijny, choć o wzajemnym zjadaniu się stworzeń, rzecz jasna, dobrze wiedział i w Piśmie Świętym wielokrotnie się o tym wspomina. Co więcej, wiele wskazuje na to, że człowiek biblijny inaczej niż my reagował na piękno przyrody. Nam w takich sytuacjach wyrywa się okrzyk: „Jak tu pięknie!” albo: „Jak to wspaniale Pan Bóg stworzył!”. Człowiek biblijny, kiedy ogarniał go zachwyt z powodu piękna przyrody, odczuwał raczej, że wszystkie te drzewa i kwiaty, zwierzęta i ptaki, wyśpiewują chwałę swojemu Stwórcy.

Zaglądnijmy choćby do Psalmu 148 albo do Pieśni trzech młodzieńców z Księgi Daniela (Dn 3,51–90). Po przeczytaniu tych tekstów nie tak znów tajemniczo brzmi wypowiedź świętego Ireneusza, że pierwszym objawieniem się Boga, zanim przemówił przez swojego Syna, było stworzenie świata. Piękno przyrody człowiek biblijny odbierał poniekąd jako piękno samego Stwórcy. „O Boże, mój Panie, jesteś bardzo wielki! Odziany we wspaniałość i majestat, światłem okryty jak płaszczem!” — tak rozpoczyna się Psalm 104, poświęcony kontemplacji Bożego dzieła stwórczego.

W trakcie tej kontemplacji Psalmista zachwyca się również tym, że cały ten bezlik bytów Stwórca potrafi wykarmić: „Lwiątka ryczą za łupem, domagają się żeru od Boga”. Temu wersetowi poświęcimy za chwilę uwagę szczególną, ale czytajmy dalej: „Ziemia jest pełna Twych stworzeń. Oto morze wielkie, długie i szerokie, a w nim jest bez liku żyjątek i zwierząt wielkich i małych. Wszystko to czeka na Ciebie, byś dał im pokarm w swym czasie” (Ps 104,21–27).

„On daje pokarm wszelkiemu ciału” — czytamy w innych miejscach (Ps 136,25; por. 145,15; 147,9). „Czy lwicy zdobyczy nałowisz, nasycisz żarłoczność lwiątek?” — zwraca się Bóg z pytaniem retorycznym do Hioba. — „Kto żeru dostarcza krukowi, gdy młode do Boga wołają, gdy błądzą ogromnie zgłodniałe” (Hi 38,39–41).

Jak Pan widzi, to, co stanowi dla Pana problem, dla człowieka biblijnego było przedmiotem zachwytu. Zachwycały go zarówno łanie pasące się w zaroślach pustyni, jak to, że lwica patrzy na nie pod kątem zaspokojenia swego głodu i nakarmienia swoich małych. I wcale nie wiadomo, czy w ogóle zdawał on sobie sprawę z tego, o czym nam mówili nasi nauczyciele biologii, że drapieżniki pozytywnie wpływają na zdrowotność łowionej przez siebie zwierzyny, ponieważ chwytają głównie zwierzęta chore i słabe i w ten sposób dokonują potrzebnej gatunkom selekcji.

Wiadomo natomiast, że człowiek biblijny, zachwycając się tym, iż Bóg potrafi wykarmić wszystkie swoje stworzenia, miał ściśle wyznaczoną granicę, której starał się w swoich zachwytach nie przekraczać. Wiedział on mianowicie, że pod żadnym pozorem nie wolno relacji między drapieżnikami oraz ich ofiarami przenosić na stosunki między ludźmi. Drapieżniki zachowują się zgodnie ze swą naturą. Natomiast człowiek, który jest drapieżnikiem w stosunku do swoich bliźnich, to niegodziwiec, bo przecież my, ludzie, zostaliśmy stworzeni na obraz Boży i ostatecznym prawem naszego życia powinna być miłość.

„Wybaw mnie, Panie, i uwolnij od prześladowców” — to jedna z wielu tego typu modlitw biblijnych — „by kto, jak lew, mnie nie porwał i nie rozszarpał, gdy zabraknie wybawcy” (Ps 7,2n). Niegodziwiec — skarży się Psalmista nieco dalej — „zasadza się w kryjówce, jak lew w swej jaskini, zasadza się, by porwać ubogiego” (Ps 10,9). „A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera” — oburza się Apostoł Paweł na brak miłości bliźniego nawet wśród chrześcijan — „baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli” (Ga 5,15).

Drapieżnicy zdarzali się między ludźmi od czasów Kaina. Od wieków też ludzkie zakłamanie usiłuje udowadniać, że okrucieństwo i niesprawiedliwość wobec słabszych nie jest ani okrucieństwem, ani niesprawiedliwością. Jednak dopiero po pojawieniu się doktryny, jakoby człowiek był tylko jednym z gatunków zwierzęcych i niczym więcej, znaleźli się ludzie otwarcie głoszący pochwałę walki o byt i dopatrujący się w twardości wobec słabych czynnika rozwoju społecznego i postępu. Nie jest winą wilka, że lubi zające — usprawiedliwiał Bismarck swoją antypolską politykę. Moralność, a zwłaszcza cnotę miłosierdzia, wymyślili słabeusze, ażeby przymuszać silnych do płacenia rachunków za ich tchórzostwo i życiową bierność — nauczał Fryderyk Nietzsche.

Jawne pojawienie się w naszej europejskiej kulturze haseł darwinizmu społecznego (niewiele on ma wspólnego z zacną osobą samego Darwina) spowodowało różne reakcje polemiczne. Jedni, jak Max Scheler, wykazywali, że pogarda dla słabych zniszczy same fundamenty ludzkiej kultury. Inni, jak książę Kropotkin, zwracali uwagę na to, że walka o byt stanowi tylko jedną z reguł, którymi rządzi się świat zwierząt, i że równie istotna jest w tym świecie zasada solidarności ze słabym oraz zasada pomagania tym osobnikom swojego gatunku, które znalazły się w szczególnej potrzebie.

Pojawili się również myśliciele, którzy — niekoniecznie uświadamiając sobie, że reagują w ten sposób na darwinizm społeczny — zaczęli się bardzo niepokoić samym faktem walki o byt wśród roślin i zwierząt. U nas najwybitniejszym przedstawicielem tego kierunku był Karol Ludwik Koniński. Był on dosłownie przerażony tym wzajemnym zjadaniem się w całym świecie biologii. Będąc człowiekiem ogromnie wrażliwym zarówno duchowo, jak i moralnie, uważał, że zaszczyt bycia człowiekiem to przede wszystkim powołanie, żeby ze zjadacza innych przemieniać się w opiekuna i obrońcę wszystkiego, co słabe, zagrożone i krzywdzone.

Kiedy czyta się zapiski Konińskiego na ten temat (bo teksty Miłosza są mi, niestety, mniej znane), człowiek nie ma ochoty na protekcjonalne komentarze, nawet jeśli się z nimi gruntownie nie zgadza. Ufam też, że w tym, co za chwilę napiszę — a będę wręcz radykalnie krytyczny wobec niepokojów wielkiego myśliciela — nie będzie protekcjonalnego poklepywania go po plecach. Ograniczę się zaś do sformułowania trzech albo czterech spostrzeżeń.

1. Niepokoje, że przyroda jest „wielką kuchnią”, w której wszyscy wzajemnie się zjadają, biorą się przede wszystkim z antropomorfizowania stworzeń, które nie są ludźmi i których inność w stosunku do nas warto zauważać. Skoro owadowi — że przywołam oklepany przykład — jakiś osobnik z wrogiego gatunku zjada odwłok, a on nie przerywa kopulacji z samicą, znaczy to, że w ogóle nie powinno się tu mówić o cierpieniu.

Jednak co najmniej ptaki i ssaki jawnie cierpią od swoich napastników, całe ich zachowanie o tym świadczy! Oczywiście, to prawda, i na pewno wynika stąd dla nas moralna powinność jak największego liczenia się z ich wrażliwością na ból. Z drugiej jednak strony: skoro cielęta potrafią chodzić niemal natychmiast po urodzeniu się, a kogut biega jeszcze przez pół minuty po ucięciu mu głowy, można się domyślać, że ich mózg jest powiązany z resztą organizmu inaczej niż u człowieka i ma to zapewne istotny wpływ na odczuwany przez nie ból.

Ktoś mnie kiedyś przekonywał, że mózg złapanej przez kota myszy wydziela jakąś substancję halucynogenną. Nie jestem biologiem i nie wiem, czy to prawda. Nie mam jednak powodu, żeby nie wierzyć Livingstonowi, sławnemu odkrywcy afrykańskiego interioru, który napisał w swoich wspomnieniach, że kiedy skoczył na niego lew — w ostatniej chwili zastrzelony przez towarzysza podróży — nie odczuwał żadnego strachu, ale ogarnęła go „słodka gotowość do bycia zjedzonym przez tego lwa”.

Tak czy inaczej, przestroga, żeby nie antropomorfizować bólu zwierząt, wydaje się ze wszech miar racjonalna.

2. Koniński czy Miłosz są wielkimi moralistami i nie po to przytłaczają nas obrazami ziemi jako jednego wielkiego żerowiska, żeby promować postawy społecznego darwinizmu. Przeciwnie, wzywają nas do przekraczania biologicznych mechanizmów, którym podlegamy z racji naszej przynależności do jednego z gatunków królestwa zwierząt; wzywają nas do (jeśli trzeba, to nawet heroicznego) budowania postaw przeciwnych, altruistycznych. Myślę, że ten typ moralistyki ma szansę dotrzeć nawet do tych, którzy odrzucają starą mądrość, iż człowiek, choć ma wiele wspólnego ze zwierzętami, jest jednak stworzeniem szczególnym.

A jeśli ta stara mądrość — dzisiaj przez wielu niedoceniana, a nawet negowana — wyraża jednak prawdę o człowieku? W takim przypadku postawą bez porównania słuszniejszą jest nie dziwić się drapieżnikom ani nie krytykować Stwórcy za to, że w Jego świecie drapieżniki istnieją, a raczej uwielbiać Go za to, że człowieka — a nie wilki, nie owieczki, ale właśnie człowieka — stworzył do miłości i że wobec tego żaden człowiek, nikt z nas, nie zrealizuje naprawdę samego siebie inaczej niż przez bezinteresowną miłość.

3. Pyta Pan, czy chrześcijanin może zgodzić się na jakiś udział szatana w dziele stworzenia i czy w swój obraz Boga wolno nam wprowadzać jakiś komponent manichejski. Przypomnę, że według doktryny manichejskiej królestwo ducha stało się ofiarą inwazji sił ciemności niepochodzących od dobrego Boga i że dziełem tych właśnie sił jest cały materialny wymiar rzeczywistości.

Istniały ponadto w starożytności różne systemy gnostyckie, które niedoskonałości naszego świata próbowały wyjaśniać tym, że został on jakoby stworzony nie przez Boga, ale przez jakichś niższych od Niego partaczy.

Zarówno manichejczycy, jak gnostycy mieli zwłaszcza jedną ulubioną metodę przekonywania do swoich doktryn. Polegała ona na wmówieniu swojemu rozmówcy, że jakieś niemiłe nam żyjątka albo zjawiska — obojętne: muchy, wszy, żmije czy szakale, wielki mróz albo wielki upał — nie są Bożym stworzeniem. Tę technikę propagandową wielokrotnie demaskuje święty Augustyn. Oto jeden z podanych przez niego opisów:

Komuś muchy dokuczały. Spotkał go manichejczyk i widział go w tym strapieniu. Gdy ten mu powiedział, że much znieść nie może i bardzo ich nienawidzi, manichejczyk od razu go zapytał: „A kto je stworzył?”. Ten strapiony i nienawidzący much nie odważył się powiedzieć, iż Bóg je stworzył, był bowiem katolikiem. Ów zaraz mówi dalej: „Jeśli Bóg ich nie stworzył, to kto je stworzył?”. Na co tamten: „Zaprawdę, wierzę, iż diabeł stworzył muchy”. A ów natychmiast: „Skoro diabeł muchę stworzył, jak widzę, że w to wierzysz i rozumnie to pojmujesz, to kto stworzył pszczołę, która nieco większa jest od muchy?”. Nie odważył się ten powiedzieć, iż Bóg stworzył pszczołę, a nie stworzył muchy, bo to pobliskie. Od pszczoły ciągnął do szarańczy, od szarańczy do jaszczurki, od jaszczurki do ptaka, od ptaka do owcy, następnie do wołu, potem do słońca, wreszcie do człowieka, iż Bóg go nie stworzył. I tak ów biedak dręczony przez muchy sam stał się muchą, którą diabeł wziął w posiadanie (Wykład Ewangelii Jana, hom. 1,14).

W obliczu różnych wątpliwości, czy świat naprawdę został stworzony przez Boga i czy na pewno cały świat, chrześcijanie zdecydowanie wyznawali swoją wiarę, że nie tylko cały świat jest dziełem Bożym, ale ponadto, że wszystko, co stworzył Bóg, jest dobre. Na zarzuty zaś, że przecież wszy i żmije nie są dobre, chrześcijanie odpowiadali, że to, co jest złe dla człowieka, jest dobre w całości stworzenia, a co więcej, że nawet dla człowieka bywa nieraz dobre. Nie będę tu wchodził w szczegóły, choć problematyka ta jest naprawdę ciekawa; byłem nawet kiedyś promotorem świetnej rozprawy magisterskiej na ten temat.

4. Na koniec objaśnić trzeba sławne proroctwo, że w czasach mesjańskich „wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, (...) a lew jak wół będzie jadał słomę” (Iz 11,6n; por. 65,25). Nawiązywał później do tego proroctwa Pan Jezus, kiedy mówił swoim uczniom, że „posyłam was jak owce między wilki” (Łk 10,3). I rzeczywiście, wielu z tych „wilków” łagodniało (por. np. Dz 2,37n), złagodniał nawet „wilk” szczególnie drapieżny, Szaweł z Tarsu. Współczesny biblista ma niewątpliwie rację, kiedy pisze, że tych obrazów z Księgi Izajasza „nie należy rozumieć w sensie dosłownym, o odwróceniu sposobu zdobywania pożywienia przez wymienione zwierzęta, lecz w sensie zapowiedzi powszechnego pokoju” 1.

Owszem, Ojcowie Kościoła nieraz domyślali się, że nasz grzech może negatywnie wpływać na zwierzęta.

Kiedy bowiem człowiek zboczył z drogi — pisał święty Teofil z Antiochii — wówczas i one zboczyły. Bo jak pan domu swoim uczciwym życiem zmusza służbę do uczciwego życia, a kiedy grzeszy, i oni grzeszyć będą — podobnie stało się z człowiekiem, który będąc panem, zgrzeszył, a z nim i jego służba. Gdy jednak człowiek powróci do zgody ze swą naturą i przestanie grzeszyć, wtedy również zwierzęta odzyskają pierwotną łagodność (List do Autolyka, 2,17).

To dlatego psy były strasznymi bestiami w obozach koncentracyjnych, ale psy mogą być również wspaniałymi opiekunami niewidomych.

Osobiście doradzałbym, żeby zastanawiając się nad wpływem naszego grzechu na zwierzęcą drapieżność, trzymać się trzeźwej nauki świętego Tomasza z Akwinu:

Niektórzy przypuszczają, że zwierzęta, które obecnie są drapieżne i zabijają inne zwierzęta, były kiedyś łagodne nie tylko w stosunku do człowieka, ale również w stosunku do innych zwierząt. Jest to jednak przypuszczenie całkiem nierozumne. Przecież natura zwierząt nie zmieniła się w wyniku ludzkiego grzechu i nie było tak, że np. lwy czy sokoły, dla których obecnie czymś naturalnym jest karmić się mięsem innych zwierząt, wówczas żywiły się trawą. Również przed grzechem była naturalna niezgoda między niektórymi zwierzętami. I nie zmniejszała ona panowania człowieka nad ziemią, podobnie jak teraz nasz grzech nie zmniejsza panowania Boga, którego opatrzność rządzi wszystkim (Summa teologiczna, 1 q.96 a.1 ad 2).

1 Lech Stachowiak, Księga Izajasza, Poznań 1996, t. 1, s. 263.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Zmienność i niezmienność moralnej nauki Kościoła

O co chodzi w duszpasterstwie związków niesakramentalnych?

Złe dziedzictwo

Bóg sprawcą zła?

Wierzymy wspólnie z innymi


komentarze



Facebook