Archwium > Numer 332 (04/2001) > Szukającym drogi > Homoseksualni rodzice?

Homoseksualni rodzice?

Jakich argumentów używać w rozmowach na temat moralności związków homoseksualnych? Zawsze ich istnienie tłumaczyłam sobie jako po prostu niezgodne z naturą, ale w różnych dyskusjach spotykam się z opinią, że są tak samo naturalne, jak związki heteroseksualne, bo przecież wynikają z konkretnych naturalnych potrzeb. Kolejna sprawa — trudno mi wyobrazić sobie społeczeństwo, w którym dzieci są adoptowane przez „małżeństwa” homoseksualistów. Z drugiej strony przecież „normalna” rodzina nie zawsze jest gwarancją dobrego wychowania potomstwa, a większość domagających się takiego prawa homoseksualistów to ludzie niezwykle ciepli, sympatyczni. I na jakiej podstawie można komuś takiemu powiedzieć, że w tym „moim świecie” nie ma miejsca na coś takiego?

 

Księdzem jestem już długo, toteż mam za sobą mnóstwo rozmów również z osobami mającymi problem ze swoją skłonnością homoseksualną. Ci, którzy z tym problemem przychodzą do księdza, zazwyczaj nie mają wątpliwości co do tego, że czyny homoseksualne są grzechem i że należy ich unikać. Wielu z nich potrafi okazać posłuszeństwo głosowi swojego sumienia, tak że ich otoczenie zapewne nawet nie domyśla się tego ich problemu.

Niektórzy nie potrafią oprzeć się pokusom i ulegają swojej skłonności, niektórym nawet zdarza się to często. Przychodzą do księdza, bo życie w niezgodzie z Bożymi przykazaniami jest dla nich udręką. Zazwyczaj ludzie ci podejmują wysiłki, żeby nad homoseksualną skłonnością zapanować, ale ona okazuje się od nich silniejsza. To, co szczególnie uderza w rozmowach z ludźmi, którzy wpadli w nałóg popełniania czynów homoseksualnych i szukają pomocy duszpasterskiej, to ich bardzo jasna świadomość, że próbując walczyć z tym nałogiem, nawet jeśli chwilowo bezskutecznie, podejmują walkę o samych siebie.

Niestety, muszę dodać jeszcze i to, że ludzie, którzy przychodzą do mnie z takim problemem, nieraz przyznają się do tego, że grzeszą z różnymi partnerami, w tym również z ludźmi sobie nieznajomymi. U niektórych zniewolenie nałogiem osiągnęło taki poziom, że nie potrafią sobie zakazać uwodzenia bliźnich, których czynią wspólnikami swego grzechu. Bywa jeszcze gorzej: że ktoś, ulegając przemożnej sile nałogu, wtajemnicza w praktyki homoseksualne jakiegoś chłopca, który dotychczas w ogóle nie miał o nich pojęcia.

Zdarzało mi się również — rzadko, ale jednak — że przychodzili do mnie dwaj panowie, dotychczas związani ze sobą erotycznie, niekiedy również wspólnie mieszkający. Szukali pomocy księdza, bo chcieli się pojednać z Panem Bogiem. Rozumieli, że nie będzie im wolno kontynuować dotychczasowego związku. Ich problemy były różne. U jednych problem polegał na tym, że tylko jeden z nich chciał nawrócenia w sposób zdecydowany. Inni przychodzili z zapytaniem, czy mogą wrócić do sakramentów, skoro obaj mają mocne postanowienie życia w czystości, ale choroba jednego z nich domaga się od nich kontynuowania wspólnoty mieszkaniowej.

Zdecydowałem się o tym napisać, bo we współczesnych wypowiedziach na temat homoseksualizmu istnienie takich osób i takich zjawisk nie jest nawet zauważane. Polityczna poprawność nakazuje w taki sposób wypowiadać się na temat homoseksualizmu, jakby to było zjawisko poza dobrem i złem. Kiedy zaś mówi się o homoseksualistach, obowiązkowo należy wspomnieć o tym, że zazwyczaj są to ludzie ciepli i sympatyczni (rzecz jasna, nie zamierzam przeczyć temu, że nieraz jest to prawda). Ponadto należy z góry uznać, że ludzie z taką skłonnością mają przyrodzone prawo do zaspokajania swojej potrzeby seksualnej, a jeśli odczuwają z powodu swojej seksualnej aktywności wyrzuty sumienia, należy im uprzytomnić, że są ofiarami opresywnej tradycji.

Natomiast ogromnym nietaktem jest — w myśl obowiązujących dzisiaj reguł politycznej poprawności — samo wspomnienie o tym, że częsta zmiana partnerów seksualnych oraz demoralizowanie młodych nie jest w tych środowiskach czymś wyjątkowym. Bardzo niewłaściwe jest ponadto przypominanie o tym, że Pismo Święte jednoznacznie ocenia czyny homoseksualne jako grzech ciężki (por. Rdz 19,1–11; Kpł 18,22; 20,13; Rz 1,18–32; 1 Kor 6,9; 1 Tm 1,10).

Powiedzmy to jasno: sposób przedstawienia tego tematu w mass mediach wskazuje na to, że mamy tu do czynienia z agresją ideologiczną, której celem jest narzucenie społeczeństwom rozwiązań sprzecznych zarówno z prawem moralnym, jak ze zdrowym rozsądkiem. Stąd warto sobie przypomnieć elementarną naukę Kościoła na ten temat 1.

Katechizm Kościoła Katolickiego (por. numery 2357–59) streszcza ją w trzech następujących punktach:

1) „Akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane”. Są one sprzeczne z prawem naturalnym; wykluczają z aktu płciowego dar życia. Nie wynikają z prawdziwej komplementarności uczuciowej i płciowej. W żadnym wypadku nie będą mogły zostać zaaprobowane.

2) Osoby ze skłonnością homoseksualną „powinno się traktować z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji”.

3) Osoby te są wezwane do życia w czystości, a trud takiego życia ma szansę stać się ich współudziałem w krzyżu Chrystusa. „Dzięki cnotom panowania nad sobą, które uczą wolności wewnętrznej, niekiedy dzięki wsparciu bezinteresownej przyjaźni, przez modlitwę i łaskę sakramentalną, mogą i powinny przybliżać się one — stopniowo i zdecydowanie — do doskonałości chrześcijańskiej”.

Spróbuję nazwać po imieniu to, co w rodzących się obecnie zupełnie nowych poglądach na temat homoseksualizmu i rozwiązaniach praktycznych jest niezgodne z prawem moralnym i ze zdrowym rozsądkiem. Najpierw jednak pragnę z całą jasnością powtórzyć, że osobom z homoseksualną skłonnością należy się — podobnie jak każdemu innemu człowiekowi narażonemu na krzywdę i marginalizację — szacunek oraz pomoc w ich drodze życiowej, a także obrona przed wszelką niesprawiedliwością i prześladowaniem.

Otóż trudno nie zauważyć, że próby nobilitowania homoseksualizmu są przejawem jawnej pogardy dla Dekalogu oraz ambicji, żeby zbudować społeczeństwo obywające się bez norm moralnych, społeczeństwo ludzi żyjących „poza dobrem i złem”, społeczeństwo, w którym przed zadawaniem ludziom krzywdy bronią jedynie prawa państwowe oraz niepisane — i zmieniające się — umowy społeczne.

O zrównanie związków homoseksualnych z małżeństwami, aż do przyznania im prawa do adoptowania dzieci, walczą te same siły społeczne, które chciałyby legalnej eutanazji, jeszcze większej liberalizacji procedury rozwodowej, aborcji na życzenie, zniesienia ograniczeń w dziedzinie doświadczeń z ludzkimi embrionami, kolejnego redukowania zakazów w odniesieniu do pornografii i handlu narkotykami.

Krótko mówiąc, nie można mieć złudzeń co do tego, że jesteśmy świadkami kolejnej — po projektach komunistycznego raju oraz tysiącletniej Rzeszy — próby zbudowania ogólnoświatowej utopii. I nie trzeba być prorokiem, żeby przewidywać oceany cierpień, które ci budowniczowie nowego wspaniałego świata na nas wszystkich sprowadzą. Już teraz tragedie ludzi, którzy uwierzyli w tę utopię szczęścia „poza dobrem i złem” albo stali się jej ofiarami, są nie do ogarnięcia dla normalnej ludzkiej wyobraźni.

Podobnie jak każda utopia, również ta budowana jest na kłamstwie i nowomowie. Francuska ustawa z 13 października 1999 roku, zrównująca różne związki erotyczne z małżeństwem, nosi nazwę Cywilny Pakt Solidarności — zwłaszcza, jak sądzę, „solidarności” z dziećmi, które płacą i będą płaciły największą cenę za to lekceważenie przez państwowego prawodawcę zwyczajnej rodziny.

Kiedyś przeczytałem wypowiedź psychologa, że jeśli dziecko jest nieszczęśliwe z powodu rozwodu swoich rodziców, nie należy się tym przejmować — jest to jego wybór: skoro chce być nieszczęśliwe, trzeba mu pozwolić na to, żeby było nieszczęśliwe, bo przecież ono samo tego chce. Dokładnie ten sam rodzaj „troski” o dobro dziecka reprezentował ów psycholog dziecięcy, który podczas słynnej Konferencji w Pekinie (wrzesień 1995 roku) twierdził, że „lesbijscy rodzice są dla dziecka lepszym rozwiązaniem, gdyż co dwie matki, to nie jedna”, a zresztą „matką i ojcem może być ktokolwiek, skoro macierzyństwo i ojcostwo są społecznie skonstruowanymi rolami” 2.

Na początku tego listu zwróciłem uwagę na to, że realni ludzie ze skłonnością homoseksualną mają zazwyczaj zupełnie inne problemy niż te promowane przez uzurpujący sobie mandat do ich reprezentowania ruch gejowski. Dokument Kongregacji Nauki Wiary z 31 lipca 1993 roku zauważa ponadto „niebezpieczeństwo, że ustawodawstwo uznające homoseksualizm za powód do domagania się praw mogłoby w praktyce zachęcić osoby o skłonności homoseksualnej do ujawniania jej, a nawet do poszukiwania partnera w celu lepszego wykorzystania możliwości prawnych”.

Warto uzupełnić to spostrzeżenie pokazaniem ewidentnych sprzeczności, w które uwikłany jest gejowski postulat zrównania związków homoseksualnych z małżeństwem. Jeśli na łamach gejowskiej prasy można znaleźć twierdzenia, że małżeństwo jest „grobem prawdziwej miłości”, „niedopuszczalnym zamachem na wolność”, zaś „bycie kobietą i mężczyzną jest to tylko fakt kulturowy” — trudno nie być podejrzliwym i nie lękać się tego, że wspomniany postulat ma na celu przede wszystkim destrukcję i jest skierowany po prostu przeciwko małżeństwu i normalnej rodzinie, której fundamentem jest ojciec i matka.

Pisze Pani, że rodzina, którą budują mąż i żona, nie zawsze daje gwarancję dobrego wychowania potomstwa. To prawda, jesteśmy tylko ułomnymi ludźmi. W skrajnych przypadkach rodzice mogą nawet być słusznie pozbawieni praw rodzicielskich. Nie zmieni to jednak faktu, że człowiek jest tak stworzony, że ludzkie dziecko potrzebuje tatusia i mamusi. I temu właśnie faktowi próbują zaprzeczyć zwolennicy oddawania dziecka parom homoseksualnym.

Sprzeciwiać się takim pomysłom to byłoby za mało. Trzeba się im sprzeciwiać z najwyższą stanowczością. Nie wolno bowiem — i to kosztem małego, bezbronnego dziecka — stawiać ideologii przed prawdą ani czyichś zachcianek ponad autentycznym dobrem. Dość zapytać, jaki wizerunek męża i żony otrzyma dziecko mające dwóch tatusiów lub dwie mamusie.

Zresztą przypatrzmy się językowi, w którym formułowany jest postulat umożliwienia parom homoseksualnym adoptowania dzieci: ludzie ci mają przecież prawo do posiadania dziecka!

A cóż to takiego jest prawo do posiadania dziecka? Czy dziecko jest przedmiotem albo kotem, które można mieć na własność? Owszem, wiele naszych dzieci staje się ofiarami własnościowego podejścia do nich ze strony swoich rodziców. Trzeba o tym mówić i pomagać rodzicom w uświadomieniu sobie i przezwyciężaniu takich czy innych przejawów postawy własnościowej wobec dziecka. Na szczęście, kiedy o tym się mówi, ludzie zazwyczaj rozumieją, że postawa ta jest deformacją i że należy ją przezwyciężać.

Świadomość tej deformacji wzrosła nieco podczas sporu o życie dziecka poczętego. Przeciwnicy aborcji zwracali uwagę na to, że pojęcia dziecka niechcianego nie wolno traktować tak, jakby ono było aksjologicznie neutralne — dziecko, które już żyje, ma oczywiste prawo do tego, żeby było chciane i kochane, nie jest bowiem własnością, której przyjęcia wolno by było odmówić.

Otóż ta sama mentalność, która wczoraj żądała prawa do aborcji, dzisiaj postuluje przyznanie homoseksualistom prawa do posiadania dziecka. Odbieram to jako następną próbę publicznego ogłoszenia, że własnościowe myślenie o dziecku nie jest żadną deformacją ani wynaturzeniem, tylko jednym z praw ludzkich. Jutro mentalność ta zawoła o prawo lesbijek do sztucznego zapłodnienia.


1 Odnotujmy trzy dokumenty Kongregacji Nauki Wiary: deklarację Persona humana z 29 grudnia 1975 roku (naszego tematu dotyczy nr 8 deklaracji), list z 1 października 1986 roku do biskupów Kościoła Katolickiego o duszpasterstwie osób homoseksualnych oraz wydane 31 lipca 1993 roku Uwagi dotyczące odpowiedzi na propozycje ustaw o niedyskryminacji osób homoseksualnych. Wszystkie trzy dokumenty można znaleźć w książce: W trosce o pełnię wiary. Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary 1966–1994, Biblos, Tarnów 1995, s. 98–99; 288–296; 404–407. Natomiast chyba nie mamy jeszcze po polsku dokumentu Papieskiej Rady ds. Rodziny z 26 lipca 2000 roku na temat innych niż małżeństwo seksualnych związków między ludźmi.
2 Janne Haaland Matlary, Nowy feminizm. Kobieta i świat wartości, W drodze, Poznań 2000, s. 79n.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

CZY MOŻNA BYĆ ANTYSEMITĄ I CHRZEŚCIJANINEM?

Łaska sakramentu po rozwodzie

PROCES UCHWALANIA DOGMATÓW

CZY MAŁŻONKOWIE MUSZĄ MIEĆ DZIECI?

Gdzie jest Bóg?


komentarze



Facebook