Archwium > Numer 329 (01/2001) > Szukającym drogi > O co chodzi w duszpasterstwie związków niesakramentalnych?

O co chodzi w duszpasterstwie związków niesakramentalnych?

Po latach małżeństwa dowiedziałam się, że mąż mój spotyka się z inną kobietą. Obecnie po okresie sporów, awantur i godzenia się, po wielu upokorzeniach, jakich doznałam od mojego męża, mieszkamy osobno. Przeżyłam wiele strasznych chwil, nocy bezsennych i myśli samobójczych, zawaliło się moje życie. Czuję się, jakby dokonano na mnie zabójstwa.
   Na moje uwagi, że nasz związek jest sakramentalny i nierozerwalny, mąż reaguje szyderstwem, tłumacząc, że Kościół otacza opieką duszpasterską małżeństwa niesakramentalne i wcale nie potępia „drugich związków”. Co więcej, jego rodzina, „bardzo wierząca”, katolicka, regularnie uczęszczająca do kościoła, zaakceptowała ten układ kochanków (bo rozwodu z racji braku mojej zgody jeszcze nie mamy). Mąż wraz z kochanką mieszka w domu swoich rodziców, moich teściów.
   Choć wiem, że moje pretensje do Kościoła odnośnie do otaczania opieką małżeństw niesakramentalnych są nieracjonalne, bo przesiąknięte własnym bólem, to jednak burzy się we mnie to, że mój mąż, który tak mnie poranił i zniszczył nasze małżeństwo, będzie wraz ze swą kochanką korzystać z dobrodziejstw Kościoła, jakby nigdy nic się nie stało. Wiem, że osoby takie bardzo często opowiadają bzdury o tragicznych przejściach w sakramentalnym małżeństwie i o tym, jak były nieszczęśliwe, pragnąc w ten sposób zyskać aprobatę otoczenia. I co tu mówić — takie zrozumienie najczęściej otrzymują.
   Proszę mi powiedzieć, jaka jest opinia Ojca o takiej formie wykorzystywania Kościoła do usprawiedliwiania tego, czego usprawiedliwić się nie da — życia w niezgodzie z Bożą nauką, że „co Bóg złączył, człowiek niech tego nie rozłącza”. Czy pary niesakramentalne w ogóle powinny być otaczane opieką ze strony Kościoła? Przecież one wcale nie chcą zmienić stylu życia. Proszę o parę słów komentarza.

 

Także ci, którzy całym sercem przyjmują naukę Pana Jezusa o nierozerwalności małżeństwa, zwykli ją uważać za twardą, a nawet rygorystyczną. Myślę, że Cyprian Norwid miał więcej racji, kiedy uważał, że jest wręcz przeciwnie: że Chrystusowy nakaz, aby mąż i żona byli sobie wierni aż do śmierci, jest pełen delikatności i czułości. „Architekt — zwierzał się w październiku 1856 roku Marii Trębickiej — który zamiast grubej belki kładzie przez grzeczność delikatny kijek, grubianinem jest straszliwym, zabijając ludzi, na których, przez ową delikatność jego, dach się wali. Gdy przeciwnie, grubą belkę kładąc, bardzo jest delikatny”.

Obraz poziomej grubej belki świetnie oddaje sens tego zabezpieczenia, którym jest wspólna pewność małżonków, że oni są czymś jednym na dobre i na złe, w doli i niedoli. Jak wiadomo, zadaniem takiej belki jest brać na siebie obciążenia idące od dachu i sufitu i przenosić je na ściany oporowe. Te obciążenia, zmierzające do obrócenia domu w ruinę, działają w każdym domu, jednak dobry architekt potrafi je nie tylko opanować i zneutralizować, ale jeszcze wykorzysta je do tego, żeby pracowały na rzecz trwałości domu.

W małżeństwie taką belką, która przenosi siły destrukcyjne na ściany oporowe, jest niepodlegające odwołaniu nastawienie małżonków, że oni ślubowali sobie wierność nie do pierwszego poważnego kryzysu, ale aż do śmierci. Z małżeństwem jest dokładnie tak jak z domem: nie uniknie się w nim różnych oddziaływań destrukcyjnych, chodzi tylko o to, żeby przemieniać je w siły konstruktywne, umacniające więź między małżonkami.

Pani na własnej skórze doświadczyła tego, że samo istnienie duszpasterstwa związków niesakramentalnych może być czynnikiem ośmielającym niektórych małżonków do myśli o rozwodzie i o budowaniu związku nowego, niesakramentalnego. Niestety, tak bywa. Sam otrzymywałem listy od osób planujących korzystanie z takiego duszpasterstwa, zanim jeszcze weszły ostatecznie w nowy związek, budowany na gruzach małżeństwa sakramentalnego. Zdaje się, że nasza zdolność do uspokajania własnego sumienia nawet w trakcie popełniania grzechu i do posługiwania się w tym celu samym nawet Bogiem nie ma granic.

Odpisywałem na te listy to samo, co osoby te usłyszałyby natychmiast po nawiązaniu kontaktu z duszpasterzem związków niesakramentalnych: że związek taki, jeżeli dopiero się zaczyna, trzeba po prostu rozwiązywać, bo nauka Pana Jezusa na ten temat jest jednoznaczna. Również Pani mąż nie powoływałby się tak cynicznie na istnienie takiego duszpasterstwa, gdyby w obecnym momencie próbował nawiązać z nim kontakt. Właśnie tam przypomniano by mu, żeby nie rozdzielał tego, co sam Bóg złączył.

Analogicznie ludzie niechodzący do spowiedzi próbują nieraz poprzez powołanie się na ten sakrament rozgrzeszać się bezbożnie z grzechu, który dopiero zamierzają popełnić: „Jeżeli to jest grzech, to się kiedyś z niego wyspowiadam”. Komuś, kto rzeczywiście korzysta z sakramentu pokuty, taka myśl nawet by do głowy nie przyszła. To przecież szyderstwo z Pana Boga liczyć na Jego miłosierdzie w trakcie popełniania grzechu. „Nie łudźcie się, Bóg nie dozwoli z siebie szydzić” — ostrzega przed takim nadużyciem słowo Boże (Ga 6,7).

Rzecz jasna, z faktu, że spowiedź pojawia się w czyjejś bezbożnej argumentacji, nie wynika, że jest to instytucja dwuznaczna. Podobnie nie dewaluuje duszpasterskiej opieki Kościoła nad osobami żyjącymi w związkach niesakramentalnych ta okoliczność, że ktoś szuka w tym fakcie usprawiedliwienia dla budowania swojego własnego związku jednoznacznie niezgodnego z nauką Ewangelii.

Niestety, w szukaniu religijnych usprawiedliwień dla nowego związku niektórzy posuwają się aż do tego, że próbują posłużyć się samym Bogiem. „To Pan Bóg doprowadził do tego, żeśmy się spotkali i stali małżeństwem” — mówią nieraz ludzie, którzy porzucili ślubnego męża lub żonę. „Nasza miłość jest tak piękna, że to po prostu niemożliwe, żeby Pan Bóg był jej przeciwny”, „Sam Pan Bóg tak wszystko urządził, żebyśmy byli razem” — któż nie słyszał takich i podobnych przejawów dobrego samopoczucia z ust ludzi, którzy próbują nie pamiętać o tym, że tego, co Bóg złączył, człowiek niech nie waży się rozdzielać.

Tak jakoś to czuję, że używanie w takich sytuacjach argumentów religijnych świadczy o czymś więcej niż o braku dobrego smaku. Przecież to jest gorsze niż wzywanie Boga nadaremnie, to jest wzywanie Go na fałszywego świadka, że zło nie jest złem. Zatem jest to coś gorszego niż zuchwałe liczenie na Boże miłosierdzie. Ludzie tak się zachowujący obwieszczają wszem wobec, że w tym wymiarze swojego życia spodziewają się wręcz Bożej pochwały, a więc nie potrzebują przebaczenia za grzech rozbicia małżeństwa sakramentalnego 1 i związania się z kimś innym poza łaską Chrystusa. Mimo woli przypominają się słowa Psalmu 36: „W głębi serca bezbożnika nieprawość doń przemawia, nie ma on przed oczyma Bożej bojaźni. Bo zaślepiony sam sobie schlebia i nie widzi swej winy, by ją mógł znienawidzić”.

Pokazałem Pani list dwóm księżom, którzy poświęcają się duszpasterstwu ludzi żyjących w związkach niesakramentalnych. Obaj stanowczo twierdzili, że duszpasterstwo to byłoby czymś absurdalnym, gdyby miało prowadzić do dewaluacji sakramentu małżeństwa i do przeświadczenia, jakoby w małżeństwach katolików bez ślubu kościelnego nie było nic niewłaściwego.

Jeden z nich napisał mi, że zanim podjął się tego duszpasterstwa, bardzo obawiał się zarówno tego, czy nie będzie to mimowolnie przyczyniało się do rozmywania prawdy o sakramencie małżeństwa, jak tego, że trudno mu będzie wobec tych ludzi — może zrażonych do nauki Kościoła — bronić prawdy o nierozerwalności małżeństwa. Okazało się, że obawy te były niepotrzebne. Osoby korzystające z jego posługi duszpasterskiej „mają wielką świadomość zła, które w ich życiu się wydarzyło, a którego byli współautorami. Pomimo różnych, często bolesnych, doświadczeń z pierwszego małżeństwa, istnieje ogromna świadomość, że sakrament małżeństwa jest czymś ważnym i źle dzieje się, jeżeli nie dochowuje mu się wierności. Najważniejszym momentem w duszpasterstwie małżeństw niesakramentalnych jest chyba świadomość zła, które się wydarzyło, a z którym przychodzi się pod Krzyż Pana Jezusa”.

Obaj księża zgodnie mówili, że w trakcie spotkań duszpasterskich z całą jasnością mówi się o znaczeniu sakramentu małżeństwa oraz o ważności przysięgi złożonej kiedyś przed ołtarzem Chrystusa. To dlatego ludziom, którzy dopiero zaczynają nowy związek, podpowiada się, że przecież jeszcze czas się wycofać i że dla nich obojga lepiej będzie, jeśli nie będą utrwalali swojego odejścia od nauki Pana Jezusa. Gdybyż więc Pani mąż zechciał nawiązać kontakt z takim duszpasterstwem!

Natomiast ludzie, którzy w nowym związku mają już dzieci i wobec tego powinni je wspólnie wychować, nieraz — w wyniku uczestnictwa w takim duszpasterstwie — dochodzą do uznania swojej winy za rozpad poprzedniego małżeństwa i starają się przepraszać za nią Boga, a jeśli to możliwe — również swojego małżonka z tamtego związku, który się rozpadł. Ponieważ osoby te nie są dopuszczone do Komunii świętej i z czasem zaczynają z tego powodu doświadczać nieraz wielkiej duchowej udręki, Kościół czuje się zobowiązany do podania im ręki i przyjścia do nich ze słowem otuchy i pociechy.

„Pasterze powinni dokładać wszelkich starań — przypomina o obowiązkach duszpasterskich wobec wiernych żyjących bez ślubu kościelnego Kongregacja Nauki Wiary w liście z 14 września 1994 roku — aby osoby te poczuły miłość Chrystusa i macierzyńską bliskość Kościoła; przyjmować je z miłością, wzywać do ufności w miłosierdzie Boże i wskazywać im z roztropnością oraz szacunkiem konkretne drogi do nawrócenia oraz uczestnictwa w życiu wspólnoty kościelnej”.

Znamienne, że słowa te znalazły się w dokumencie, którego głównym celem było przypomnienie biskupom i księżom, żeby nawet z okazji nadchodzącego wtedy roku jubileuszowego nie łagodzić tradycyjnych zasad dotyczących niedopuszczania katolików żyjących w związku niesakramentalnym do spowiedzi i Komunii świętej. „Autentyczne rozumienie i prawdziwe miłosierdzie nigdy nie powinny być bowiem oderwane od prawdy” — wyjaśnia ów dokument 2.

Do zwiększenia duszpasterskiej troski o takie osoby gorąco zachęcał Jan Paweł II — już w roku 1981 w adhortacji Familiaris consortio, 84: „Wzywam gorąco pasterzy i całą wspólnotę wiernych do okazania pomocy rozwiedzionym, do podejmowania z troskliwą miłością starań o to, by nie czuli się oni odłączeni od Kościoła, skoro mogą — owszem, jako ochrzczeni, powinni — uczestniczyć w jego życiu. Niech będą zachęcani do słuchania Słowa Bożego, do uczęszczania na Mszę świętą, do wytrwania w modlitwie, do pomnażania dzieł miłości oraz inicjatyw wspólnoty na rzecz sprawiedliwości, do wychowywania dzieci w wierze chrześcijańskiej, do pielęgnowania ducha i czynów pokutnych, ażeby w ten sposób z dnia na dzień wypraszali sobie u Boga łaskę. Niech Kościół modli się za nich, niech im dodaje odwagi, niech okaże się miłosierną matką, podtrzymując ich w wierze i nadziei”.

Serdecznie wierzę, że w tej postawie Kościoła nie znajdzie Pani nic, co mogłoby budzić Pani oburzenie.

 

1 Rzecz jasna, wina za rozpad małżeństwa może rozkładać się rozmaicie. Pisze o tym Jan Paweł II w adhortacji Familiaris consortio, 84: „Zachodzi różnica pomiędzy tymi, którzy szczerze usiłowali ocalić pierwsze małżeństwo i zostali całkiem niesprawiedliwie porzuceni, a tymi, którzy z własnej, ciężkiej winy zniszczyli ważne kanonicznie małżeństwo. Są wreszcie tacy, którzy zawarli nowy związek ze względu na wychowanie dzieci, często w sumieniu subiektywnie pewni, że poprzednie małżeństwo, zniszczone w sposób nieodwracalny, nigdy nie było ważne”.
2 Dokładnie w tym samym duchu pisał Jan Paweł II w adhortacji Familiaris consortio, 84: „Kościół jednak na nowo potwierdza swoją praktykę, opartą na Piśmie Świętym, niedopuszczania do Komunii eucharystycznej rozwiedzionych, którzy zawarli ponowny związek małżeński. Nie mogą być dopuszczeni do Komunii świętej od chwili, gdy ich stan i sposób życia obiektywnie zaprzeczają tej więzi miłości między Chrystusem i Kościołem, którą wyraża i urzeczywistnia Eucharystia. Jest poza tym inny szczególny motyw duszpasterski: dopuszczenie ich do Eucharystii wprowadzałoby wiernych w błąd lub powodowałoby zamęt co do nauki Kościoła o nierozerwalności małżeństwa”. W obu tych dokumentach przedstawiono też warunki, jakie osoby te powinny spełnić, aby zostały dopuszczone do sakramentów.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

"Przeprośmy Boga za nasze grzechy"

Głód Eucharystii

Zagadka polowań na czarownice

Lęk przed wolą Bożą

Dlaczego kobiety nie sprawują Eucharystii?


komentarze



Facebook