Archwium > Numer 456 (08/2011) > Wspinać się aby żyć > O tym jak dominikanie z Królową Tatr zamieszkali

O tym jak dominikanie z Królową Tatr zamieszkali
Życie i śmierć, splecione nieodłącznie, zawsze razem, jak syjamskie bliźniaki. Nie ma życia bez śmierci. I nie ma śmierci bez życia. Przy kamiennym murze na Wiktorówkach widać to gołym okiem.

 Dlaczego właśnie tu, wysoko w górach? Dlaczego prostej dziewczynie pasącej owce? Dlaczego ludzie w to uwierzyli, dlaczego nigdy nie zapomnieli, dlaczego tu przychodzili i przychodzą? Jak to opowiedzieć, by nie było sentymentalnie i tandetnie jak z obrazka kupionego na parafialnym odpuście? Czego się uchwycić?

Każde objawienie jest tajemnicą, balansuje między tym, co prawdziwe i nieprawdopodobne. Odwołuje się do wiary, ale domaga się rozumu. Nie ma tu rany, w którą można włożyć palec. Jest tylko historia zapamiętana przez ludzi, przechowana w ich sercach. Jest doświadczenie tych, którzy przyszli i choć nie mogli zobaczyć – uwierzyli.

Są wreszcie słowa Jezusa, że przecież Bóg wybrał to, co głupie w oczach świata. I o tym będzie ta opowieść.

Polana

Nie da się tu przyjechać. Trzeba wejść. Droga nie jest zbyt uciążliwa nawet dla niewprawnego turysty. Szeroka, kamienista. Można napić się wody ze strumienia, można przysiąść na drewnianej ławce, by na chwilę odpocząć. Nawet w upalny dzień nie jest upalnie. Czuć przyjemny chłód lasu, który nie pozwala słońcu zbytnio rozgrzać ziemi. Każdy, kto wejdzie na Polanę, powie, że jest tu najpiękniej, że widoki niezapomniane. Poezja natury. Można siąść na kamieniu albo na trawie i się gapić. Bez końca. Na Hawrań i Murań, na Płaczliwą Skałę i Szalony Wierch, na Gerlach, Rysy, Mięguszowieckie Szczyty. Latem i zimą.

Kiedyś turystów, którzy przyszli na Rusinową Polanę, witała Babka Kobylarczykowa. To było jej miejsce na świecie, jej dom. Częstowała herbatą i mlekiem, robiła ser, dzieliła chleb. Dawała dach nad głową. Przez długie lata była symbolem i legendą tej polany. Drobna, wręcz filigranowa staruszka była gaździną pełną gębą. Jej szałas stał się nie tylko schronieniem przed nocą, burzą czy wiatrem. Jej szałas był miejscem spotkania. Ktokolwiek tu zaszedł, witał się z Babką Kobylarczykową jak z kimś bliskim, do kogo się wraca. Rozpoznawała znajome twarze, cieszyła się z tych nowych, pamiętała imiona i przyzwyczajenia stałych bywalców. Wysyłała po wodę do strumienia, prosiła, żeby drzewo narąbać. Nikt jej nie odmawiał, nikt z nią nie dyskutował – polecenia Babki Anieli były niemal święte. Nawet Karol Wojtyła, który często zaglądał na Rusinową Polanę, już jako kardynał ochoczo chwycił wiaderka i pobiegł po wodę.

Przeziębionych leczyła ciepłym mlekiem albo ziołami, pilnowała, żeby w piecu zawsze był ogień, bo przecież nie mogło nigdy zabraknąć gorącej herbaty. Lubiła siadać przed swoim szałasem, by przesuwając paciorki różańca, modlić się po swojemu – za ptaki, za kwiatki, za krowę, żeby się ocieliła, za pogodę, za syna. Wieczorem, niby zapraszając, niby przynaglając, ciągnęła nawet tych najbardziej opornych do kaplicy na Wiktorówki na wieczorną modlitwę. Ilu ludzi ją znało? Ilu spało na sianie w szałasie Babki Kobylarczykowej? Ilu piło herbatę, którą podała? Ilu jadło chleb, który podzieliła? Ilu z tych, którzy czytają teraz te słowa, miało szczęście poznać Babkę?

Zimą schodziła na dół do rodzinnego Gronia, by na wiosnę znów powrócić. Wraz z nią do bacówki powracało życie. I turyści. Codziennie spotkania, rozmowy, długie nocne dyskusje, ogniska aż do świtu. Przyjaźnie tu zawierane trwały latami. Rusinowa Polana żyła – owcami, które się swobodnie pasły, szałasami, w których bacowie wiedli swoje góralskie życie, turystami, którzy zawsze mile witani, zostawali na kilka czy kilkanaście dni.

Potem przyszły lata smutne – z Rusinowej Polany wypędzono owce, a wraz z nimi odeszli gazdowie ze swoich szałasów. Babka została. Jak dawniej, czekała na „swoje dzieci”, jak dawniej gotowała dla nich herbatę. Ale nadszedł taki rok, że Babka Aniela na Rusinową Polanę już nie powróciła. Żegnała się z życiem. I z górami. Umarła w sierpniu, tuż przed Matką Boską Zielną. W pamięci „rusinowców” pozostała na zawsze. Została też w piosenkach i wierszach, które pisali i śpiewali dla niej i o niej zabłąkani na Rusinową Polanę samozwańczy poeci.

Szałasy przez lata niszczały. Coraz rzadziej ktoś do nich zaglądał, nikt o nie nie dbał. Odeszły w niepamięć wraz z owcami i gazdami. Przetrwało zaledwie kilka. Szałas Babki Anieli jeszcze stoi. Zamknięty na kłódkę jest namacalnym dowodem, że ona tu była.

Po południu, gdy turyści zejdą już ze szlaków, na Rusince robi się dziś niewiarygodnie cicho. Słychać tylko dzwonki pasących się w dole owiec. Czarne i białe. Beczą po swojemu, ni to radośnie, ni to smutno. Stojąc w spontanicznie utworzonym kole, nie dają się policzyć. Ale wiadomo, że nie może być ich więcej niż 120, bo tylko na tyle pozwalają władze Tatrzańskiego Parku Narodowego. Kiedyś pasły się bezkarnie. Zganiano je wiosną, na całe lato aż do jesieni. Były u siebie. Teraz są gośćmi – muszą przestrzegać przepisów, paragrafów, zachowywać się przyzwoicie. Nie mogą wchodzić w szkodę, uciekać, oddalać się od stada. Mają skubać. I tyle.

Kto wie, jakby się potoczyły losy, gdyby były bardziej karne? Kto wie, czy byłoby w tej chwili o czym opowiadać? Dziś nikt już za bardzo nie pamięta, czy były to owce, czy może krowy, które uciekły. Zresztą, czy to ważne? Ważne jest to, że gdyby pewnego letniego wieczoru nie zaczęła ich szukać prosta dziewczyna, nie byłoby kaplicy na Wiktorówkach, do której Babka Kobylarczykowa zapraszała na wieczorną modlitwę swoich gości.

Marysia

Można tę historię opowiedzieć na tysiąc sposobów.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

Z JEDNEGO GARNKA

BYĆ BARDZIEJ

A NUT NIE LUBIŁ

TO NIE ICH WINA


komentarze



Facebook