Ocaleni przed Potopem
Każdy może liczyć tu na szacunek i zrozumienie. Na to, że nie zostanie sam. Że silny pomoże słabemu. Tylko kto jest tym silnym, a kto tym słabym? Czy siła i słabość nie zamieniły się tu przypadkiem rolami?

Ulica między innymi ulicami. Dom między innymi domami. W zacisznej dzielnicy, tuż przy lesie. W domu salon z kanapą, fotelami, kredensem i jadalnia z dużym stołem. Na ścianach fotografie – wspomnienie wspólnie spędzonych chwil. Roześmiane twarze uchwycone w kadrze. Na oknach dużo kwiatów. Za oknami ogród – trochę dziki, ale przez to bardzo swojski.

Jest też rodzina. Chciałoby się napisać – jak wiele rodzin. Ale ta jest inna. Trochę większa niż ta tradycyjna. Nie ma tu dorosłych i dzieci, nie ma braci i sióstr, nie ma rodziców ani dziadków. Nie ma nawet więzów krwi. Są za to więzy przywiązania, przyjaźni. Są też wspólne obowiązki i decyzje – te ważne i te zwyczajne, codzienne. Są wspólne posiłki, rozmowy, spacery, modlitwa. Wspólny czas. Są też wspólne zmartwienia i wspólne radości. – Potrzebujmy siebie nawzajem – mówi Maciek. – My im pokazujemy, ile rzeczy umieją, ile potrafią zrobić, ile mają różnych talentów, jak bardzo są wartościowi. Oni uczą nas otwartości, akceptacji, przekraczania własnych ograniczeń.

Narodziny

Mówią o nim św. Jan od Muminków. Albo Matka Teresa w spodniach. Jego uśmiechnięta twarz w otoczeniu niepełnosprawnych osób jest rozpoznawalna na całym świecie. Mógł zrobić wielką karierę. Zostać – jak ojciec – generałem. Albo naukowcem. Mógł być bogaty, wieść dostatnie, spokojne życie. A jednak zdecydował inaczej.

Marzyła mu się wojskowa kariera. Kiedy więc w 1941 roku 13-letni Jean Vanier – syn przyszłego gubernatora Kanady oświadcza ojcu, że chce w przyszłości wstąpić do marynarki wojennej, ojciec godzi się i wysyła go do szkoły w Anglii. Jan świetnie sobie radzi. Wygląda na to, że jego wybór jest słuszny. Kończy szkołę. Służy w marynarce. Pod koniec lat 40., już jako oficer, wybiera się z ojcem do Lourdes. Doświadcza tam niezwykłej bliskości Jezusa i pojmuje, że kariera wojskowa nie jest dla niego. Jedzie do Paryża. Studiuje filozofię i teologię. Angażuje się w działania świeckiej wspólnoty modlitewnej Woda Żywa założonej przez dominikanina Thomasa Philippe’a. Przygotowuje się do kapłaństwa. Ale i ta droga nie wydaje mu się jego własną. Kilka lat później odwiedza o. Thomasa w Trosly-Breuil niedaleko Paryża, gdzie dominikanin kieruje ośrodkiem dla niepełnosprawnych mężczyzn. Zaczyna się interesować ich losem, odwiedza ich w zakładach opieki. Pozbawieni własnych domów, odrzuceni przez najbliższych, odarci z doświadczenia miłości i przyjaźni, bez możliwości decydowania o sobie są dla Vaniera wyrzutem sumienia. Szybko zrozumie, że nie można czekać, aż ktoś zmieni ich życie na lepsze – postanawia zrobić to sam.

W 1964 roku wynajmuje małe mieszkanie i zaprasza do niego dwóch upośledzonych umysłowo mężczyzn. Opiekuje się nimi, a jednocześnie odkrywa bogactwo ich życia.

„Wspólnie gotowaliśmy, wspólnie sprzątaliśmy, wspólnie uprawialiśmy ogród, chodziliśmy na spacery itd. Poznawaliśmy się nawzajem. Uświadamiałem sobie głębię ich cierpień, a w szczególności tego, że zawsze sądzono, iż sprawili zawód swoim rodzicom i otoczeniu i nigdy nie byli postrzegani jako wartościowi ludzie”. Tak narodziła się L’Arche – Arka, jak Arka Noego, który uratował ludzkość przed potopem.

Dom

Ola uśmiecha się do mnie przyjaźnie. Ma na sobie biało-czarną spódnicę, czarną bluzkę bez rękawów i czarne płaskie buty. Wygląda bardzo ładnie. Na rozmowę nie od razu daje się namówić, bo właśnie chce sobie „zrobić kawkę”. A kawka to dla Oli bardzo ważny punkt dnia, wręcz cały rytuał. Po chwili jednak przychodzi do salonu, siada obok mnie i delikatnie gładzi ręką mój policzek. – Piękna jesteś – mówi. Śmiejemy się, ustalamy, która z nas jest starsza, rozmawiamy o ciuchach, o zakupach, opowiadam Oli o moich dzieciach.

Ola ma zespół Downa. Do Arki przyszła ze swojego rodzinnego domu kilkanaście lat temu. Jest jedynaczką. Mama bardzo chciała zapewnić jej jak najlepszą opiekę, gdy sama nie będzie miała już na to siły. Kiedy Arka otwierała w 1997 roku kolejny dom w Poznaniu, Ola była jego pierwszą mieszkanką. Razem z mamą urządzała swój pokój, kupowała meble, ustalała, gdzie co powiesić. Dopóki mama żyła, Ola często bywała w rodzinnym domu. Teraz odwiedzają ją od czasu do czasu kuzynki, zapraszają do siebie, zdarza się, że zabierają na wakacje. Ale Ola mówi wprost: Tu jest moja rodzina. Tu jest też jej dom. Do końca życia. Jak pozostali mieszkańcy ma swoje obowiązki, dyżury przy sprzątaniu, gotowaniu. Zazwyczaj jest pogodna, uśmiechnięta, potrafi każdemu powiedzieć coś miłego. Ale też, jak każdy, ma swoje humory. Czasem się obrazi, pogniewa, rozpłacze. – Na szczęście nigdy nie trwa to długo. Szybko daje się udobruchać. Przeprosi, przytuli się – mówi Maciek.

Z Arturem siedzimy w salonie i oglądamy jego albumy ze zdjęciami. Jest w Arce od niedawna. Musi przejść tzw. staż, który trwa trzy miesiące i dotyczy zarówno osób niepełnosprawnych, jak i ich opiekunów, nazywanych w Arce asystentami. Taka jest zasada. To czas wzajemnego przyglądania się sobie, oswajania, sprawdzenia, czy Arka jest rzeczywiście tym najlepszym dla danej osoby miejscem.

Artur ma Zespół Downa. Do tej pory mieszkał w rodzinnym domu. Gdy mama zmarła, rodzina zaczęła się zastanawiać, co dalej z jego przyszłością. – Chciałbym tu zostać, bardzo mi się tu podoba – mówi Artur.

W albumie są zdjęcia ślubne jego braci, wspólne zdjęcia z rodzicami. Są też fotografie dla niego szczególnie ważne: jak stoi na podium z medalem na szyi. Artur przez wiele lat trenował narciarstwo. Brał udział w olimpiadach specjalnych, był na olimpiadzie w Kanadzie. – Teraz już nie mogę jeździć, bo miałem kontuzję – tłumaczy mi, pokazując chorą nogę.

Na zdjęciach rozpoznajemy wspólnych znajomych, rozmawiamy o sporcie, o życiu w domu rodzinnym i o dorosłości. Bo Artur uważa, że jako dorosły nie powinien już mieszkać z tatą. Robert ma przepuklinę oponowo-rdzeniową. Porusza się na wózku inwalidzkim. Nie pamięta swojego domu rodzinnego, gdyż tak naprawdę nigdy go nie miał. Ojciec nie chciał zaakceptować niepełnosprawnego syna, matka nie umiała się mu przeciwstawić. Przez jakiś czas Robertem zajmowała się babcia, a potem, jako mały chłopiec, trafił do Domu Pomocy Społecznej. Na kilkanaście lat. Nie ma stamtąd zbyt wielu dobrych wspomnień, dlatego niechętnie wraca pamięcią do tamtych czasów. – Dom Pomocy to była przechowalnia – miałem co jeść, miałem dach nad głową. I to wszystko. O niczym nie mogłem sam decydować, nawet o tym, co zjem na śniadanie czy na obiad.

W domu pomocy poznał ludzi z Wiary i Światła, wspólnoty założonej również przez Jeana Vaniera. To dzięki nim przeprowadził się do samodzielnego mieszkania w bloku w Poznaniu. – Dopóki moja choroba mi na to pozwalała, radziłem sobie ze wszystkim sam – gotowałem, sprzątałem, robiłem zakupy. Mieszkałem na parterze, więc mogłem wychodzić z domu. Ale gdy zacząłem potrzebować pomocy innych, przeprowadziłem się do domu Arki.

Rodzice Roberta nie żyją, brat też. Z siostrą kontakty ograniczają się do zdawkowych esemesów. Arka to cały jego świat. Tak jak dla kilku tysięcy innych niepełnosprawnych, którzy znaleźli bliskość, zrozumienie, przyjaźń i miłość wśród obcych. W domach Arki na całym świecie.

Radość świętowania

Dzień podobny jest do dnia. Ma swój stały rytm i schemat. – Ta powtarzalność i przewidywalność zdarzeń daje niepełnosprawnym poczucie bezpieczeństwa, wiedzą, co po czym następuje – tłumaczy Maciek, który mieszka z osobami niepełnosprawnymi od czterech lat.

Poranna toaleta, śniadanie, praca w warsztatach terapii zajęciowej. Niektórych trzeba tam zawieźć, ci bardziej sprawni jeżdżą sami. W tym czasie asystenci robią zakupy, przygotowują obiad, sprzątają. O godz. 15 wszyscy siadają do posiłku. Ale nie jest to pospieszne jedzenie, w biegu, naprędce, żeby zdążyć do kolejnych obowiązków. Posiłek jest czasem rozmowy, spotkania, radości, delektowania się sobą, żartów. Zdarza się więc, że trwa ponad godzinę albo nawet dwie. Potem jest wspólne sprzątanie, zmywane naczyń. I czas wolny. Ktoś pójdzie do kina, ktoś na spacer, ktoś poogląda telewizję. Jest to też czas na świętowanie. – Obchodzimy, co się da: urodziny, imieniny, różne rocznice i święta, dni wspólnoty, powitania i pożegnania. Czasami tego świętowania jest aż za dużo – opowiada Ala, związana z Arką od blisko 25 lat.

Wieczorem jest zawsze wspólna kolacja i modlitwa. I tak toczą się dni. Nie zawsze wolne od trosk, kłopotów i zmartwień. Zwłaszcza wtedy, gdy zaczyna brakować pieniędzy na utrzymanie domu. – Jak w wielu zwyczajnych domach. Prosimy wtedy naszych przyjaciół o jakieś drobne wsparcie, kwestujemy, staramy się o różne dofinansowania – wymienia Ala. Tyle, że dofinansowania są dla takiej wspólnoty jak L’Arche błogosławieństwem i przekleństwem. Bo za tym idą różne kontrole, komisje, wymogi, przepisy. – A my chcemy być traktowani jak rodzina, a nie jak instytucja – mówi Ala.

Lekcja uczuć

Maciek przyjechał do Arki na trochę. I został – na cztery lata. Był już po studiach, pracował. Należał do Odnowy w Duchu Świętym. Aż pewnego dnia od swojego kolegi usłyszał o L’Arche. – Nie miałem pojęcia o istnieniu takiej wspólnoty, nigdy wcześniej nie miałem też bezpośredniego kontaktu z osobami niepełnosprawnymi – opowiada. Coś jednak go poruszyło. Coś pchnęło do tego, by złożyć wypowiedzenie w pracy, zostawić wszystko i przyjechać do Poznania.

Na początku nie było mu łatwo. Maciek mówi dosadniej: Było strasznie! – Wydawało mi się, że trafię do wspólnoty idealnej. A tak nie było. Potrzebowałem aż pół roku, by zrozumieć, że oczekuję od Boga czegoś, co jest niemożliwe. Nie ma wspólnot idealnych.

To nie jedyna lekcja, którą tu odrobił. Była też lekcja pychy. – Przychodziłem do Arki z myślą, że oto ja, święty Maciej, wszystkich obdaruję sobą. Szybko musiałem pozbyć się moich wyobrażeń. Każdego dnia doświadczałem tego, że o wiele więcej dostaję, niż daję. To osoby niepełnosprawne nauczyły mnie, co to znaczy kochać i być kochanym, to w Arce nauczyłem się okazywania uczuć, to patrząc na niepełnosprawnych mieszkańców naszego domu, zrozumiałem, co to znaczy akceptacja i otwartość na drugiego człowieka.

Ale nim Maciek przerobił materiał o uczuciach, była jeszcze szara codzienność. Też niełatwa. Bo bycie we wspólnocie oznacza rezygnację z dotychczasowego życia – przyzwyczajeń, kontaktów, rytmu dnia. I wpasowanie się w ustalone schematy, wypracowane przez lata zwyczaje, tradycje. – Siedzenie przez półtorej godziny przy obiedzie było dla mnie prawdziwą męką – przypomina sobie pierwsze tygodnie w L’Arche. W domu miałem swój pokój, komputer, telewizor. Wracałem z pracy, zjadałem obiad i zamykałem się w swoim świecie. A tu nie. Cały czas jestem dla kogoś. Ktoś do mnie mówi, ktoś sobie śpiewa, ktoś się głośno zachowuje, ktoś przychodzi mnie o coś zapytać. Najtrudniejsze było dla mnie nie to, że muszę sprzątać, gotować, robić zakupy czy zajmować się kimś. Najtrudniejsze było stracić swój czas – ocenia Maciek. Bo mieszkający w Arce asystent niewiele ma czasu dla siebie: tylko trzy godziny. – Zazwyczaj nadrabiam wtedy zaległości: w spaniu, sprzątaniu, praniu – tłumaczy Maciek.

Gdy cztery lata temu wyprowadzał się z domu, rodzice zaakceptowali jego wybór, ale też nikt nie przypuszczał, że Maciek wytrzyma tak długo. On sam też nie zakładał takiego scenariusza. – Po trzech latach przyjechała do mnie w odwiedziny moja mama. Gdy się ze mną żegnała, powiedziała mi: Rozumiem cię. Gdybym nie miała męża i rodziny, też bym zamieszkała w Arce.

Dać siebie

W Polsce pierwszy dom L’Arche powstał w Śledziejowicach. Było to w czerwcu 1981 roku. Dopiero 11 lat później udało się otworzyć kolejny – w Wieliczce. Potem były Poznań i Wrocław. Jean Vanier stara się przynajmniej raz odwiedzić każdy dom na świecie. Ile by trzeba ich zbudować, by wszyscy niepełnosprawni znaleźli w nich dla siebie schronienie? – Ciągle ludzie nas pytają o miejsce, czasami przez kilka lat czekają w kolejce – opowiada Ala. – Niektórzy rodzice chcą zapewnić swoim upośledzonym dzieciom godne warunki, gdy sami nie mają już sił, by się nimi opiekować. I choć niejednokrotnie mają wyrzuty sumienia, że oddają swoich bliskich, bardzo im zależy, żeby trafili do Arki – mówi Ala.

Potrzebni są też młodzi ludzie, którzy tak jak przed laty Jean Vanier gotowi są zostawić wszystko i zamieszkać z osobami niepełnosprawnymi. Dla niektórych już po kilku tygodniach czy miesiącach okazuje się to za trudne. – Gdy się przychodzi do Arki, ma się poczucie święta, czegoś niezwykłego, nowego. Ale po pewnym czasie to święto mija – zaczyna się zwykła codzienność i nie każdy ją wytrzymuje – tłumaczy Ala.

Maciek mówi, że Arka dała mu życie, ale jednocześnie czuje, że musi już stąd odejść. – Znajomi mają rodziny, dzieci, domy, ułożone życie osobiste. Ja, gdy opuszczę Arkę, właściwie nie będę miał nic. Będę za to bardzo ubogacony wewnętrznie.

Rozstanie nie będzie takie radykalne: Maciej wynajął już pokój – dosłownie 100 metrów od domu Arki. Będzie też pracował… w Arce. Wybiera się na studia podyplomowe. – Jakoś przecież muszę zagospodarować ten czas, który będę miał dla siebie – mówi.

Z domem Arki w Poznaniu żegna się też Basia. Była asystentką przez ostatnie półtora roku. Trafiła tu, można powiedzieć, z marszu. – O L’Arche usłyszałam podczas kwesty, którą członkowie wspólnoty prowadzili w niedzielę w jednym z kościołów. Bardzo mnie zainteresowało to, co opowiadali o Arce i jednocześnie zaintrygowało wspólne życie osób zdrowych i niepełnosprawnych – mówi. Przez dwa tygodnie myślała o tym, co usłyszała. W końcu chwyciła słuchawkę i zadzwoniła do Arki. Pierwsza rozmowa, pierwsze spotkanie, pierwszy wspólny weekend. A potem wszystko potoczyło się już błyskawicznie. Basia spakowała swoje rzeczy, pożegnała się z rodzicami i zamieszkała we wspólnocie. – Chciałam coś dać z siebie, uznałam, że to najlepszy moment w moim życiu – mówi.

Wszystko, z czym zetknęła się w Arce, było dla niej nowe. Nie miała do tej pory kontaktu z osobami niepełnosprawnymi. – Zaskoczyła mnie ich otwartość, dobre nastawienie do ludzi, uśmiech, z jakim mnie przyjęli, akceptacja bez żadnego „ale”… – wspomina swoje pierwsze dni w domu Arki. Szybko dostosowała się do obowiązującego tu trybu życia. – Jedyna rzecz, która była dla mnie naprawdę trudna, to brak samotności. Są takie chwile, kiedy pragniemy pobyć sami ze sobą. Tutaj rzadko mamy taką okazję – mówi. Dla Basi czas spędzony w L’Arche to prawdziwa szkoła życia: nauczyła się samodzielności, odpowiedzialności za innych, ale też tych najprostszych domowych czynności – gotowania, sprzątania, prania. W Arce poznała też swojego narzeczonego. I dlatego uznała, że przyszedł czas na własne życie: – Muszę skończyć studia, niedługo wychodzę za mąż. Ale będziemy mieszkać bardzo blisko, więc pewnie często będziemy tu zaglądać – mówi.

W Arce każdy ma swoje miejsce, swój kawałek świata. Każdy może liczyć na szacunek, wsparcie, zrozumienie, obecność drugiego człowieka. Na to, że nie zostanie sam. Że silny pomoże słabemu. Tylko kto jest tym silnym, a kto tym słabym? Czy siła i słabość nie zamieniły się tu przypadkiem rolami?  

 


Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

O tym jak dominikanie z Królową Tatr zamieszkali

A gdy będziemy razem w niebie

Poddaj się, żeby wygrać

GDZIE JEST RAJ?

BOJĘ SIĘ LIŚCI, KTÓRE ŻÓŁKNĄ


komentarze



Facebook