Wielodzietność

Na przełomie starego i nowego roku pojawiła się w prasie informacja, że po raz pierwszy od czasów wojny zanotowano w Polsce ujemny przyrost naturalny. Zauważyłem, że wielu ludzi patrzy na problem w taki sposób: Kościół lansuje model rodziny wielodzietnej, w nowożytnym społeczeństwie przeważają małżeństwa z jednym dzieckiem albo nawet bezdzietne.
   W prowadzonych dyskusjach pojawiły się następujące kwestie:
   1. Dlaczego tak istotna jest liczba dzieci w rodzinie?
   2. Jakie istnieje powiązanie pomiędzy wyznawaną wiarą (chrześcijaństwem) a liczbą posiadanych dzieci?
   3. Jak pogodzić troskę o wychowanie i wykształcenie potomstwa z koniecznością utrzymania go?
   4. Moi adwersarze twierdzą, że małżonkowie powinni wystrzegać się sytuacji, gdy nie mają czasu dla czwórki albo piątki swoich pociech, albo środków na ich kształcenie. Sam znam kilka rodzin żyjących w takiej sytuacji. Co Ojciec odpowiedziałby na te pytania?

 

 

To prawda, że Kościół stara się wzmacniać w małżonkach postawę otwarcia na rodzicielstwo. Ale czy Kościół lansuje model rodziny wielodzietnej? Pod wpływem Pańskiego listu zacząłem od postawienia samemu sobie tego pytania: czy w mojej pracy duszpasterskiej lansuję jakiś model liczebności rodziny?

Najpierw muszę się przyznać, że jest dla mnie nieodmiennie wielką radością, kiedy odwiedzają mnie znajome małżeństwa ze swoją trójką, czwórką, a czasem nawet z piątką dzieci. W takich odświętnych sytuacjach twarzyczki dzieci są zazwyczaj bardzo radosne, a rodzice promieniują dumą oraz poczuciem, że ich życie ma wielki sens.

Zdaję sobie sprawę z tego, że tak zapewne nie jest na co dzień. Życie małżonków obarczonych gromadką dzieci prawie zawsze jest trudne, przepełnione różnymi problemami i kłopotami, nieraz niemal ponad siły. A przecież takie momenty, kiedy rodzice na chwilę zawieszają swoje troski i kłopoty, żeby wyłącznie radować się swymi dziećmi i zaprosić innych do udziału w tej radości, odsłaniają samą istotę posługi rodzicielskiej, ukrytą zazwyczaj pod niemającym końca codziennym zabieganiem.

Stosunkowo często zdarza mi się z ambony oraz w innych miejscach publicznych — najczęściej mimochodem, przy okazji innych tematów — wyrazić podziw dla trudu i dzielności wielodzietnych matek i ojców. Staram się w ten sposób przynajmniej symbolicznie wynagradzać te szyderstwa, uśmieszki oraz inne upokorzenia, jakimi nasze społeczeństwo potrafi prześladować wielodzietnych rodziców.

Czasem znajomi, spodziewający się narodzin czwartego czy szóstego dziecka, mówią mi, jak na wiadomość o nowym braciszku lub siostrzyczce reagują starsze dzieci. Reguła jest taka, że młodsze dzieci żywiołowo się cieszą, natomiast starsze potrafią wtedy nawet obrazić się na swoich rodziców. Nieraz powiedzą nawet, dlaczego zagniewała je wiadomość o powiększeniu rodziny: „bo inne dzieci będą się z nas śmiały”. Już nawet środowiska dziecięce ulegają atmosferze tworzonej przez cywilizację śmierci i narodziny dziecka, postrzegają jako wydarzenie kompromitujące rodzinę!

Gdyby przeprowadzić socjologiczne badania na temat stosunku naszego społeczeństwa do rodzin wielodzietnych, zapewne okazałoby się, że pogląd, jakoby wielodzietność zdarzała się głównie w środowiskach patologicznych, jest bardzo rozpowszechniony. Gdyby zaś w tych badaniach próbowano ustalić, jaki pogląd wśród nas przeważa — czy ten, że dzieci są darem dla społeczeństwa, czy ten, że są przede wszystkim jego obciążeniem — lękam się, że procent ludzi wyznających ten drugi pogląd okazałby się zawstydzająco wysoki.

Fakt faktem, że krótkowzroczne (mówiąc oględnie) poglądy, dopatrujące się w dziecku przede wszystkim zagrożenia, mają spory wpływ na prowadzoną przez państwa politykę rodzinną. We współczesnych Włoszech małżonkowie z kilkorgiem dzieci płacą większe podatki niż małżonkowie bezdzietni i jednodzietni. Toteż trudno się dziwić, że na jedną kobietę w wieku rozrodczym przypada obecnie w tym kraju 1,3 dziecka. Jak wiadomo, w krajach, gdzie medycyna poradziła sobie z wysoką śmiertelnością niemowląt, dla zapewnienia samej tylko reprodukcji prostej odnośna liczba dzieci musi osiągnąć wskaźnik 2,1.

Jan Paweł II nie waha się mówić o „zorganizowanym sprzysiężeniu, ogarniającym także instytucje międzynarodowe, fundacje i stowarzyszenia, które prowadzą programową walkę o legalizację i rozpowszechnienie aborcji na świecie” (Encyklika Evangelium vitae, 59). Przerażającą dokumentację na ten temat można znaleźć w książce Michela Schooyansa pt. Aborcja i polityka. Schooyans przedstawia mnóstwo dowodów na to, że na naszych oczach dokonuje się wielka agresja krajów bogatych przeciwko biednym, która wyraża się m.in. w uzależnianiu pomocy gospodarczej od ogłoszenia ustawy aborcyjnej lub przeprowadzenia masowych — i zazwyczaj podstępnych — sterylizacji wśród ludności.

Warto się zastanowić, czy autor ten nie ma racji, kiedy zwraca uwagę na ideologiczną tendencyjność zawartą w samym słowie „przeludnienie”. Jego zdaniem, przeludnienie jest pogardliwą i agresywną nazwą, jaką ludzie bogaci nadają biedzie: „Kiedy mówimy o ubóstwie, nasze serce się wzrusza. Kiedy mówimy o przeludnieniu, stajemy się agresywni względem biednych”. I nabieramy obłędnej pewności siebie, że w tej dziedzinie słuszny cel (wyprowadzenie mało rozwiniętych krajów z biedy) uzasadnia sięganie po niegodziwe środki (zabijanie poczętych dzieci, stosowanie pestycydu na ludzi, czyli pigułki aborcyjnej RU 486, sterylizowanie ubogiej ludności, itp.).

Rezultat tej postawy jest, zdaniem Schooyansa, następujący: „Jesteśmy w stanie nowej wojny totalnej, która nie odwołuje się do klasycznych środków militarnych, ale używa zdobyczy biologii, medycyny i demografii”. Autor, który na uzasadnienie tej tezy przedstawia setki dokumentów, podobnie jak Papież, który zdecydował się powiedzieć publicznie o zorganizowanym sprzysiężeniu, z pewnością zasługują na coś więcej niż pogardliwe wzruszenie ramion.

Zdecydowałem się na tę dygresję, bo wydaje się, że warto czasem postawić sobie pytanie, skąd się biorą te przesądy, jakoby dzieci stanowiły zagrożenie dla społeczeństwa.

Dawanie siebie dzieciom jest z pewnością jednym z najważniejszych dzieł, jakie możemy dokonać na tej ziemi. I chyba nie ma człowieka, który przynajmniej raz w życiu nie doświadczyłby fascynacji jakąś wspaniałą wielodzietną rodziną. Radosne „tak” dla gromadki dzieci nieraz słyszymy podczas liturgii ślubnej: „Małżonka twoja jak płodny szczep winny w zaciszu twego domu. Synowie twoi jak oliwne gałązki dokoła twego stołu. Tak będzie błogosławiony człowiek, który służy Panu” (Ps 128,3n).

Zarazem wielodzietność nie jest dobrem sama przez się. „Nie pragnij wielkiej liczby dzieci — poucza Księga Syracha — jeśliby miały być przewrotne ani nie chwal się synami bezbożnymi! I chociażby byli liczni, nie chełp się nimi, jeśli bojaźni Pańskiej nie mają... Lepiej umrzeć bezdzietnym, niż mieć dzieci bezbożne” (16,1–3; por. 22,3). Wtóruje temu pouczeniu Księga Przysłów: „Kto zrodził głupca, wiele ma zmartwień, nie cieszy się ojciec nicponia” (17,21).

To samo, w języku bardziej dyskursywnym, mówi Jan Paweł II. „Płodność miłości małżeńskiej — pisał w adhortacji z roku 1981 — nie zacieśnia się tylko do fizycznego rodzenia dzieci, choćby nawet była pojmowana w swym specyficznie ludzkim wymiarze. Poszerza się ona i ubogaca wszelkimi owocami życia moralnego, duchowego i nadprzyrodzonego, jakie ojciec i matka z racji swego powołania winni przekazać w darze dzieciom, a poprzez dzieci, Kościołowi i światu” (Familiaris consortio, 28).

„Chodzi o to — teraz cytuję List do rodzin z roku 1994 — aby podjąć to potencjalne bogactwo, jakim jest każdy człowiek rozwijający się pośród rodziny. Chodzi o to, aby nie pozwolić mu zginąć albo ulec degeneracji, natomiast zaktualizować je w coraz dojrzalsze człowieczeństwo. I jest to również proces wzajemny: wychowawcy–rodzice są równocześnie w pewien sposób wychowywani”.

Przy okazji warto przypomnieć, że Kościół zawsze bronił ważności i świętości małżeństw bezdzietnych. Podobnie nie do ludzi należy wydawanie sądów, dlaczego jacyś konkretni małżonkowie mają zaledwie jedno lub dwoje dzieci. Niejedni przecież małżonkowie bardzo chcieliby mieć więcej dzieci, ale Pan Bóg im ich nie daje. Co najwyżej w formie ogólnej wolno wypowiadać twierdzenia, że wielu małżonków ogranicza liczbę dzieci ze zwyczajnej wygody czy w ogóle wskutek fałszywej hierarchii wartości.

Jeden z ojców współczesnej socjologii, Th. Veblen, zwrócił uwagę na to, że w niektórych grupach społecznych zmniejszanie się dzietności tylko pozornie jest wynikiem kiepskiej kondycji finansowej. Teza, jaką na ten temat sformułował w swojej słynnej Teorii klasy próżniaczej, brzmi bardzo ostro, a przytaczam ją nie dlatego, żebym ją w pełni podzielał, ale dlatego, że warto się nad nią zastanowić: „Niska stopa urodzeń wśród klas społecznych, na które nakaz prestiżowego wydawania pieniędzy wywiera największy nacisk, da się również wyprowadzić z nakazów marnotrawstwa na pokaz wyznaczającego poziom życiowy”.

Dlaczego warto mieć więcej niż jedno czy dwoje dzieci? Nie będę tu wyjaśniał, co znaczy i jakie konsekwencje za sobą pociąga ujemny przyrost naturalny, bo ufam, że z tego zdają sobie sprawę wszyscy. Zwróćmy uwagę choćby tylko na ten fakt oczywisty, że jedynak nie ma brata ani siostry, a jego dzieci mogą mieć prawdziwego wujka lub ciocię co najwyżej ze strony jego przyszłego współmałżonka. Jeśli zaś również jego współmałżonek będzie jedynakiem, ich dzieci w ogóle nie będą miały wujka ani cioci. Myślę, że nie trzeba wiele wyjaśniać, co to praktycznie znaczy. Dotknęliśmy jednej z najważniejszych przyczyn, dlaczego we współczesnym świecie obserwujemy tak wiele trudnej do zniesienia, niszczącej samotności.

Jak Pan widzi, nawet nie próbowałem odpowiedzieć na postawione mi w Pańskim liście pytania. Ufam jednak, że przedstawione tu fakty i spostrzeżenia pomogą Panu w zgłębianiu tych pytań samemu.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Bracia Pana Jezusa

Miłosierdzie ludzi ubogich

Problemy przedmałżeńskie

Czy kiedykolwiek wojna może być sprawiedliwa?

Winni grzechów Kościoła


komentarze



Facebook