Archwium > Numer 321 (05/2000) > Szukającym drogi > Miłosierdzie ludzi ubogich

Miłosierdzie ludzi ubogich

Jestem starą kobietą. W domu moich rodziców, a później w moim własnym zawsze było tak, że żyjąc skromnie, nie zamykaliśmy rąk i serca przed biednymi. Staraliśmy się też zawsze wspomagać jakieś dobre dzieła, zwłaszcza prowadzone przez Kościół. Biedna wdowa, dająca wszystko, co miała, jest do dziś dla mnie niedościgłym wzorem. Od jakiegoś czasu właśnie na tym tle mam konflikt z córką, z którą mieszkam. Mam 615 zł renty, 500 zł daję córce na mieszkanie i życie. Resztę daję na różne dobre cele — 30 zł na Kuchnię Brata Alberta, 20 zł na Radio Maryja, 20 zł na Apostolstwo Chorych, 26 zł kwartalnie na prenumeratę „Niedzieli”, czasem zamówię Mszę świętą za mojego śp. Męża. Nie mam i nigdy nie miałam specjalnych wymagań co do jedzenia czy ubrania. Tyle szczęścia, że udało mi się ostatnio załatwić leki za darmo.
   Córka mnie przekonuje, że gdybym jej dawała 100 zł więcej, byłaby to dla niej wielka ulga przy spłacaniu zadłużeń. Wymawia mi, że bliżsi mi są ludzie obcy niż ona, rodzona córka. Ja jej odpowiadam, że nie wolno skąpić biedniejszym od siebie, że trzeba ponadto kupić przynajmniej raz na tydzień jakieś katolickie pismo, żeby już całkiem nie zdziczeć, a ponieważ regularnie słucham katechez Radia Maryja, to przecież nie jestem aż tak biedna, żeby słuchać za darmo i uchylać się od przyczyniania się do jego utrzymania. Tłumaczę też córce, że jak przestaniemy dawać, to niestety, można się do tego przyzwyczaić, bo natura ludzka jest zachłanna, a serce twardnieje.
   Moja córka ma dobre, czułe serce. Jest bardzo wrażliwa na ludzką biedę, kiedyś znacznie wspomagała jakąś rodzinę z chorym dzieckiem. Czy mamy się poddać terrorowi ubóstwa i pamiętać już tylko o sobie? Zawsze się kierowałam radą Chrystusa: „Nie troszczcie się o to, co będziecie jeść i pić, ani w co się przyodziejecie; troszczcie się najpierw o Królestwo Boże, a wszystko będzie wam dodane”. Teraz się zastanawiam: a może jednak córka ma rację, może wszystkie te moje argumenty pochodzą tylko z chęci postawienia na swoim? Naprawdę nie wiem, jak powinnam w tej sytuacji postąpić.

 

 

Zacznę od przypomnienia prawdy, którą Pani bardzo dobrze rozumie, ale którą wielu współczesnym ludziom trudno przyjąć: że również ubodzy powinni świadczyć miłosierdzie innym ubogim, zwłaszcza biedniejszym od siebie. Powinni ponadto wnosić jakiś swój wkład, choćby niewielki, w dobro wspólne. Rzecz jasna, mówię teraz nie o tym najważniejszym wkładzie w dobro wspólne, jakim są dobrze wychowane dzieci czy rzetelne wykonywanie pracy zawodowej, ale o — tak ważnym psychologicznie — wkładzie dodatkowym, który wymaga jakiejś bezpośredniej ofiarności.

„Nie odwracaj twarzy od żadnego biedaka — pouczał stary Tobiasz swojego syna — a nie odwróci się od ciebie oblicze Boga. Jak ci tylko starczy, według twojej zasobności dawaj z niej jałmużnę. Będziesz miał mało — daj mniej, ale nie wzbraniaj się dawać jałmużny nawet z niewielkiej własności” (Tb 4,7n).

To prawda, że miłosierdzie świadczy się nie tylko, a nawet nie przede wszystkim za pomocą daru materialnego. Czymś ważniejszym niż podzielić się swoją zupą z głodnym lub dać parę złotych na dzieło ratowania narkomanów może być pomoc w zrobieniu zakupów niepełnosprawnemu sąsiadowi, okazanie serca znajomym, których spotkało jakieś nieszczęście, czy życzliwe wysłuchanie kogoś niedającego sobie rady ze swoją samotnością.

Niemniej, chyba każdy człowiek mający serce czuje potrzebę nieuchylania się od daru również materialnego. Nawet jeśli sam jest goły jak święty turecki i nie stać go na podzielenie się choćby jedną złotówką. Nieraz już słyszałem od różnych księży, że rodziny, które same korzystają z pomocy parafialnej, często jako pierwsze zgłaszają się ze swoim grosikiem, kiedy zbiera się ofiary na powodzian albo na misje w Afryce.

Myślę, że dzieje się tak z dwóch powodów. Ludzie, którzy na co dzień doświadczają gorzkiego smaku biedy, najlepiej potrafią się wczuć w biedę cudzą. „Kto sam doznał biedy, ten innych biedę zrozumie” — powiada przysłowie. Ponadto, solidarność z innym człowiekiem potrzebującym pomocy przypomina biednemu o jego ludzkiej godności. Z tego samego powodu człowiek nawet skrajnie ubogi może mieć potrzebę kupienia kwiatka żonie na imieniny, pójścia raz na pół roku do kina czy rzucenia swojej złotówki w kościele na tacę. I trzeba chyba nie mieć serca, żeby krytykować te jego „szaleństwa” jako nieodpowiedzialną rozrzutność.

Kiedy czyta się pochodzące z dawnych wieków wezwania do miłosierdzia, od razu rzuca się w oczy, że kierowane były one również do ludzi bardzo biednych. Człowiek jako tako sytuowany nie musi sobie odejmować od ust, żeby nakarmić głodnego. Natomiast tradycyjne wezwanie do postu brzmiało mniej więcej tak: ujmij sobie nieco pokarmu, żebyś miał czym podzielić się z biedniejszym od ciebie, z kimś, kto nawet tego nie ma.

Z kolei wezwania kierowane do ludzi bogatych formułowano nieraz w tonie naprawdę ostrym. Święty Bazyli (†379) potrafił na przykład z całą jasnością powtarzać, że „szczególnie obrzydliwą postacią skąpstwa jest nie dawać ubogim nawet tego, co się marnuje”. Dziś brakuje ludzi, którzy umieliby współczesnym bogaczom mówić w oczy taką trudną prawdę. Może znalazłoby się wtedy dla takich ludzi jak Pani coś więcej niż „oszałamiająca” kwota 615 zł renty, jaką otrzymała Pani na początku lutego br.

Po tych ogólnych wyjaśnieniach spróbuję wreszcie podjąć postawione przez Panią pytanie. Wydaje mi się, że napisałbym to samo, gdyby problem został mi przedstawiony od strony Pani córki. Każda z Pań ma bardzo mocne racje na rzecz swojego stanowiska, zarazem na szczęście łączą Was nie tylko najgłębsze więzi rodzinne, ale również wspólna hierarchia wartości.

Moim zdaniem, warunkiem dogadania się w tym konflikcie jest obopólna próba zobaczenia głębokich racji po drugiej stronie. Nie bardzo mi wolno podpowiadać Wam jakieś konkretne rozwiązanie. Możliwe jednak, że dojdzie Pani do wniosku, iż ze swojej mizernej renty powinna Pani oddawać córce trochę więcej. Ewentualnie, mogłybyście się Panie zastanowić, czy nie dałoby się zwiększyć nieco takiego udzielania się innym, które nie wymaga pieniędzy.

W sytuacji, gdybyście się porozumiały właśnie w tym kierunku, wówczas również Pani córka wyraźniej uświadomi sobie, że obecna Wasza sytuacja jest wyjątkowa i skoro tylko finansowo poczujecie się mocniej, wówczas na pewno zwiększycie Wasze świadczenia na różne dobre cele.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

"ZRODZONY, A NIE STWORZONY"

Łaska i uczynki

Nie jesteśmy właścicielami naszej wiary

MÓWIĆ BĘDĄ KŁAMLIWIE WSZYSTKO ZŁE O WAS

Spowiedź przez Internet


komentarze



Facebook