Archwium > Numer 472 (12/2012) > Życie jest piękne > CUDA SĄ RZECZĄ NORMALNĄ

CUDA SĄ RZECZĄ NORMALNĄ
"Czy pani przeczytałaby w czasie mszy za ojczyznę wiersz?". Ja mu mówię: "Proszę księdza, ja jestem niewierząca i do kościoła nie chodzę". A on na to: "To nie szkodzi, ale wiersz przecież może pani przeczytać".

FOT. ZENON ŻYBURTOWICZ / EAST NEWS


ANNA SOSNOWSKA: Kiedy umawiałyśmy się na spotkanie i powiedziałam, że chciałabym porozmawiać m.in. o tym, jak mądrze przejść przez życie, wybuchnęła pani śmiechem.

DANUTA SZAFLARSKA: Bo to nie do mnie z takimi pytaniami. Ja nie mogę powiedzieć o swoim życiu, że było mądre. Jeśli chodzi o mój zawód, to na ogół kierowałam się rozsądkiem, wywiązywałam się ze zobowiązań, byłam zdyscyplinowana. Ale w życiu prywatnym dominowały emocje, dlatego popełniłam sporo błędów. Od dziecka kocham swobodę i mam wielkie poczucie niezależności, dlatego kiedy po raz pierwszy wzięłam ślub, płakałam trzy dni.

Dlaczego?

Mąż też o to pytał. A mnie chodziło o to, że podpisałam papier, że teraz coś musiałam.

Czuła się pani jakoś zmuszona do tego małżeństwa?

Nie, nikt mnie do niego nie zmuszał, ale sytuacja była taka, że nie wypadało nie wyjść za mąż, jeżeli mężczyzna w czasie wojny sześć dni wędrował z Warszawy do Wilna z obrączkami.

Czemu ten związek nie przetrwał?

Jeszcze przed ślubem postawiłam warunek, że nigdy swojego zawodu nie rzucę. On to przyjął, a po wojnie stwierdził, że możemy być razem, jeśli zrezygnuję z aktorstwa. Powiedziałam: „Bardzo chętnie, ale jeśli ty przestaniesz grać na fortepianie”. I rozstaliśmy się. Żyjemy w przyjaźni, mamy córkę. Z drugiego małżeństwa też mam córkę, więc dzieci i wnuki to właściwie jedyne pozytywy moich małżeństw.

Skąd w pani tak wielkie poczucie niezależności?

Zawsze byłam dzikim stworzeniem. Urodziłam się w górach, w pięknej wsi Kosarzyska, rodzice dawali mi zupełną swobodę. Nie wiedzieli po prostu, co my wyrabiamy (śmiech). Mój buntowniczy charakterek ujawnił się już, gdy byłam mała. Miałam półtora roku, kiedy zmarła moja starsza czteroletnia siostra. Rodzice posłali mnie wtedy do dziadków do Krakowa, ale dziadkowie nie mogli ze mną wytrzymać do tego stopnia, że kiedyś powiedzieli: „Czemu to Danusia nie umarła?”. Kiedy stawiano mi na stole coś do zjedzenia, natychmiast to zrzucałam. A w nocy – ponieważ tam już był prąd – cały czas kazałam lampę świecić, gasić, świecić, gasić. Jeśli nie wykonywano mojego rozkazu, urządzałam piekło. Myślę, że to był protest przeciwko temu, że nie mogłam mieszkać z rodzicami na wsi.

Nie czuje się pani czasem samotna?

Skąd! Jestem z kochającej rodziny i sama mam taką rodzinę, a w teatrze mam zespół. Ja nigdy nie czułam się samotna. Zresztą jak można się czuć samotnym, skoro na świecie jest tyle cudownych rzeczy?

Jakich na przykład?

Na przykład książki.

Pani ulubiona książka to…?

Tyle ich mam, że nie potrafię wybrać. Odkąd zaczęłam czytać, to czytam ciągle. Przechodziłam różne okresy – pisarzy skandynawskich, angielskich, francuskich. Moją namiętnością są książki Josepha Conrada – mogę je czytać w kółko. Zawsze chciałam podróżować, a on ma coś takiego w opisach, że czuje się upał, zapach, wszystko staje się namacalne. Człowiek przenosi się do tych miejsc. Coś niebywałego! Lubię też biografie, listy, ale jeszcze bardziej dzienniki.

To dlaczego nie napisała pani swojej biografii?

Bo nie potrafię pisać. Próbował to zrobić mój znajomy, męczył się przez dwa lata, ale jak przeczytałam kilka zdań, to powiedziałam: „Nie będzie z tego książki”. On moje opowiadania przekładał na swój język i streszczał, a to miał być mój sposób opowiadania. Dobry, niedobry, ale mój.

A jak udało się Dorocie Kędzierzawskiej namówić panią na film Inny świat – film o pani przecież, który trafi do kin w lutym?

Bardzo przyjaźnię się z Dorotą, zrobiłam z nią trzy filmy. Któregoś razu ona mówi: „Wiesz co, chciałabym nakręcić te twoje opowiadania”. „Proszę cię bardzo” – powiedziałam. Po roku Dorota stwierdziła, że chciałaby z tego zrobić film. Wzięła ode mnie zdjęcia, takie z czasu dzieciństwa, wybrała najlepsze. I to się spodobało. Roman Gutek po obejrzeniu filmu powiedział, że on musi trafić do kin i na festiwale. Byłam tym przerażona.

Wróćmy jeszcze na chwilę do pani niezależności. Powiedziała pani o sobie, że była dzikim stworzeniem. Jak ktoś taki mógł pokochać Warszawę?

Wcześniej studiowałam w Krakowie, ale tylko rok, bo na drugim roku spotkałam kolegów, którzy zapytali, czemu ja nie jestem w szkole aktorskiej w Warszawie. Wiedzieli, że grałam w teatrze amatorskim. Kiedy pierwszy raz pojechałam do Warszawy, wysiadłam z pociągu, spojrzałam na Aleje Jerozolimskie i powiedziałam do mojego towarzysza: „To jest miasto mojego życia”. Nigdy nie zakochałam się od pierwszego wejrzenia w żadnym mężczyźnie, tylko w Warszawie.

To była intuicja, olśnienie?

Olśnienie. Bo właściwie nic pięknego nie zobaczyłam. Piękne gmachy to są w Krakowie. Ale coś w tej Warszawie było takiego, że od razu złapałam bakcyla. W czasie studiów – jeszcze przed wojną – chodziłam wieczorami Marszałkowską, Krakowskim Przedmieściem i byłam taka szczęśliwa! Kochałam Warszawę strasznie.

A Krakowa pani nie kochała?

Nigdy. Kraków mnie przygnębia, gniecie. Nie chodzi o mury, bo one są piękne, ale o klimat. Jako dziecko uwielbiałam podróże do Krakowa, do babci i cioci. Jechało się długo pociągiem – około ośmiu godzin, wiozło się ze sobą koszyki z upieczonymi kurczakami. Oglądaliśmy z bratem przez okno świat, który był jakiś taki inny – inne krowy tu się pasły, bo w górach mieliśmy czerwone, a tu hodowali łaciate, czarno-białe. Babcia natychmiast po przyjeździe dawała nam kakao z pianką. Chodziło się do Teatru Słowackiego na bajki, w Krakowie też widziałam pierwsze filmy.

Czemu potem prysł ten czar Krakowa?

Warszawa była dużo odważniejsza, a ludzie o wiele bardziej solidarni. W Warszawie w okresie okupacji mijał mnie na ulicy ktoś obcy i mówił: „Łapanka na Kruczej”. Uprzedzał mnie, a przecież nie wiedział, kim ja jestem. W czasie powstania ludzie dzielili się nawet suchą skórką chleba.

Czego się pani najbardziej bała w czasie wojny?

Potwornie się bałam bombardowań, tego, co mogło mnie rozerwać. Ale nie siedziałam w piwnicy – zresztą ci, którzy siedzieli w piwnicach, cierpieli i bali się najbardziej. Należałam do Teatru Frontowego Armii Krajowej. W czasie powstania nie dawaliśmy przedstawień, więc żeby podtrzymać ducha, postanowiliśmy robić koncerty. Ja byłam gońcem – nie łączniczką, jak czasem mówią – biegałam i zawiadamiałam, o której i gdzie taki koncert się odbędzie. Ostrzał szedł wszędzie wzdłuż ulic, ale kul się nie bałam. Dostanie człowiek, nie dostanie – można się do tego jakoś przyzwyczaić.

Jak się pokonuje strach?

Kiedy dostaje się rozkaz, trzeba go wykonać. Nie ma, że się boję.

Ale ma się przecież dziecko.

No tak, ale był mój mąż i mama, która się wtedy opiekowała córką. Zresztą wiedzieliśmy, że każdy z nas w każdym momencie może zginąć, dziecko też.

Podczas powstania we wrześniu 1944 r. nasi chłopcy zdobyli magazyny z pszenicą na Prostej, tośmy się tam wybrali w kilka osób, bo przecież nie było co jeść. Wracając, idziemy wąwozem z gruzów, pusto, żadnego człowieka. To chyba była ulica Wolska. Czuliśmy trupi odór, bo zasypane ciała się rozkładały. Po dwóch stronach budynki, jakby je ktoś przeciął nożem – widzi pani stół, łóżko, telefon. Pamiętam, coś zagrało mi pod nogami – to były struny fortepianu. Nagle zobaczyliśmy przez takie łuki podwórko. Na tym podwórku kobieta zbudowała sobie z cegieł piec i na patelni, fachowo, przerzucała placki. Jedyna żywa w tej trupiarni. Powiedziałam wtedy: „Warszawa nie zginie, ona jest Warszawą”.

Jak się można przyzwyczaić do takiej rzeczywistości?

Do wszystkiego można się przyzwyczaić. W czasie powstania nie mieliśmy domu. Znajomy aktor, którego spotkaliśmy na ulicy, zaprowadził nas do mieszkania, w którym nie było właścicielki, tylko gosposia. Pozwoliła nam tam zostać, ale nie mogliśmy się położyć na żadnym łóżku i nie dostaliśmy żadnej pościeli. Ja pytam: „A dziecko?”. Zgodziła się, żeby dziecko leżało na tapczanie, ale też bez pościeli. Spaliśmy na golusieńkiej podłodze – śpi się świetnie. Mało tego, jeżeli zna się wszystkie dźwięki pocisków: kul, artylerii, bomb, pocisków zapalających, to nic tego snu nie przerywa. I nagle jest nowy dźwięk! Wtedy człowiek się budzi.

Kłóciła się kiedyś pani z Panem Bogiem, że musiała coś takiego przeżyć?

Ja byłam przez wiele lat niewierząca.

Wiem, ale potem, kiedy pani znowu uwierzyła?

Nie, bo co to Pana Boga obchodzi, co On ma z tym wspólnego?

Wielu ludzi zwalało winę za dramat wojny właśnie na Niego.

Przecież każdy ma wolną wolę. Jeśli ludzie chcą się zabijać, to się zabijają. To sprawa ludzi.

Ale pani nie miała wyboru, musiała w tym uczestniczyć. Nie zadawała sobie wtedy pani pytań o Boga?

Nie interesowałam się w czasie wojny Panem Bogiem, ponieważ dla mnie nie istniał. Przez księży odeszłam od Kościoła na 40 lat.

Jako dziecko była pani wierząca?

Tak, ale wtedy najfajniejsze były dla mnie aniołki i Jezusik w żłóbku. W niedziele jeździło się do Piwnicznej do kościoła, gdzie wychodził ksiądz i opowiadał o tym, jak diabły będą smażyć grzeszników w smole. Nikt wtedy nie słyszał o miłości Boga, tylko o Bogu, który karze. Miałam w domu Biblię z obrazkami Gustave’a Dorégo– tam Pan Bóg był paskudnym starcem o twarzy złego człowieka, wychylającym się z chmur. A poza tym nie lubiłam księży.

Pewnie nie bez powodu? 

Opowiem jedną historię, chociaż było ich więcej. Jestem już na studiach w Warszawie, myślę sobie, że trzeba iść do spowiedzi. Poszłam do kościoła św. Krzyża. Mówię księdzu w konfesjonale, że parę razy opuściłam modlitwę wieczorną. „Ile razy?” – pyta. Ja: „Nie pamiętam”. „Ile razy?” – on znowu. „Nie mogę powiedzieć cyfry, skoro nie pamiętam”. „Ile razy?” – zapytał mnie trzeci raz. Wtedy ja wstałam i wyszłam z kościoła.

Na czterdzieści lat.

No tak.

Aż do spotkania z księdzem Jerzym Popiełuszką.

Byłam delegowana przez Komitet Prymasowski do udziału w procesach politycznych. W czasie jednego z nich usiadł koło mnie jakiś młody człowiek, który przedstawił się tak: „Nazywam się Popiełuszko, jestem księdzem”. „O!” – pomyślałam sobie. Ale wyglądał sympatycznie. Kiedy w przerwie zaproponował, żebyśmy poszli na kawę, to uznałam, że to dobry ksiądz (śmiech). Widzieliśmy się na tych procesach codziennie i któregoś dnia on mnie pyta: „Czy pani przeczytałaby w czasie mszy za ojczyznę wiersz?”. Ja mu mówię: „Proszę księdza, ja jestem niewierząca i do kościoła nie chodzę”. A on na to: „To nie szkodzi, ale wiersz przecież może pani przeczytać”. Bardzo mi się spodobało to, że kiedy ja mu powiedziałam: „jestem niewierząca”, to on odpowiedział: „nie szkodzi”.

Ksiądz Popiełuszko nigdy nie próbował pani nawracać?

Nigdy, do końca, ani jednym słowem. On zresztą nikogo nie nawracał.

To czym panią przekonał – do siebie i do Boga?

Zaprzyjaźniliśmy się w czasie tych procesów, razem działaliśmy w Komitecie Prymasowskim, moje dzieci miały z Jerzym częsty kontakt. Przekonało mnie to, jakim on był człowiekiem. Interesował się wszystkimi, szanował ludzi, nie obchodziło go, czy ktoś był wierzący, czy nie. To zaważyło. Ja bym sama nigdy po tych czterdziestu latach do Pana Boga nie wróciła.

Pani pierwsza spowiedź po tylu latach była właśnie u księdza Popiełuszki?

Tak. Mało tego, on też ochrzcił moją dorosłą córkę, udzielił jej ślubu, ochrzcił mojego wnuka.

Jak ksiądz Jerzy zareagował, kiedy powiedziała mu pani, że chce się wyspowiadać?

Ja mówię do niego: „Wiesz co, może ja bym się wyspowiadała, ale tak po czterdziestu latach?”. A on do mnie: „Hurtem zawsze łatwiej”. To był właśnie taki ksiądz. Zresztą ja nadal mam z nim kontakt, rozmawiam z nim, proszę, żeby się opiekował moimi dziećmi i wnukami.

Podobno ksiądz Jerzy – już po swojej śmierci – dwa razy panią uratował.

Tak. Pierwszy raz to się wydarzyło, gdy leżałam w szpitalu i dostałam zawału. Lekarze badali mi tętno, ciśnienie coraz bardziej spadało. Wyciągnęłam wtedy rękę i w myśli powiedziałam: „Jerzy, daj lekarstwo”. Wie pani, czemu tak zrobiłam? Kiedyś, kiedy Jerzy jeszcze żył, zaziębiłam się i leżałam w łóżku. Jerzy przyszedł mnie odwiedzić i mówi: „Dowiedziałem się, że jesteś chora, więc przyniosłem ci lekarstwo”. Wyciągnęłam do niego prawą rękę, a on dał mi czekoladę. W tym szpitalu to mi się przypomniało. I nagle pojawił się lekarz, który podał mi jakieś lekarstwo. Bóle ustąpiły. Potem okazało się, że to było jego prywatne lekarstwo, którego szpital nie miał. Pytałam tego lekarza, dlaczego do mnie przyszedł, bo nie pracował na OIOM-ie, na którym ja leżałam. Powiedział, że nie wie.

A druga interwencja księdza Popiełuszki?

Zostałam napadnięta na klatce schodowej mojego domu. Jeden z tych morderców mnie dusił, a ja straciłam przytomność. Potem okazało się, że leżałam tak pół godziny. Nagle zaczęłam odczuwać niebywałe, nieziemskie szczęście i zdałam sobie sprawę, że siedzi koło mnie Jerzy. Nie widziałam go, ale wiedziałam, że to on. Płynęło od niego coś niesamowitego. Kiedy poczułam to szczęście ogromne, on się oddalił. I wtedy ja zaczynam myśleć: położyłam się do łóżka zdrowa, to dlaczego wszystko mnie boli? Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że leżę na schodach. Co się stało, przecież ja nie mdleję? Zobaczyłam rozerwany płaszcz i wtedy sobie przypomniałam, co się wydarzyło. W końcu znalazł mnie sąsiad. Policja była zdziwiona, że żyję, bo przecież ja już miałam wtedy prawie 90 lat.

Opowiada pani te historie tak zwyczajnie. Nie traktuje ich pani jako czegoś wyjątkowego?

Nie, no to był cud, ale przecież cuda są rzeczą normalną, zdarzają się. Kule też mnie omijały, a słyszałam, jak śpiewają mi nad głową.

Jest pani wdzięczna Bogu za swoje życie?

Nie zastanawiałam się nad tym. Ale wiem, że Chrystus, który szuka tej zbłąkanej owcy, dał mi spotkać na drodze Jerzego, bo wiedział, że nikt inny mnie nie nawróci. Więc dziękuję Chrystusowi, że mogłam poznać Jerzego.

Boi się pani śmierci?

Nie. To znaczy boję się choroby, czy tego, jak to przejście będzie wyglądało. Ale zawsze mam taką świadomość, że poproszę Jerzego, żeby mnie przeprowadził.

Są takie rzeczy, których pani w swoim życiu żałuje?

Wiele głupot narobiłam, ale co się będę przejmować tym, co nieodwracalne? Chociaż w jednej sprawie mam wyrzuty sumienia. Nigdy nie lubiłam pisać listów i kartek, a moja mama zawsze mnie prosiła, żebym do niej pisała. Ja odpowiadałam: „Dobrze, dobrze” i dalej nie pisałam. Za to ją przepraszam, to jest moja wielka wina. Mama była samotna, mnie tylko miała i czekała na te wiadomości. Kochałam ją, ale byłam leniwa i teraz tego żałuję.

Zachowała pani w sobie pogodę ducha mimo wielu bolesnych strat. Jak to się robi?

Przede wszystkim nie wolno wpadać w alkoholizm czy narkotyki. Pod koniec 1939 roku, kiedy byłam zaangażowana w Teatrze na Pohulance w Wilnie, dowiedziałam się, że zginął mój brat. Tego dnia grałam komedię – to był straszny wysiłek dla organizmu. Wcześniej, jak miałam dziewięć lat, zmarł mój ukochany ojciec, co też bardzo przeżyłam. Tragedię nosi się w sobie do końca życia – nawet dziś na wspomnienie brata mogę się rozpłakać – tylko że o tragedii nie wolno rozmyślać. „Nie ma lekko” – mówił Jerzy. I to jest bardzo ważne, żeby sobie te słowa często powtarzać.

Poza tym mam jeszcze jedną radę.

Jaką?

Był taki czas, gdy ciągle się spieszyłam. Na przykład jechałam tramwajem i chciałam, żeby on jechał jeszcze szybciej. Miałam ten pośpiech w sobie. I nagle pomyślałam: „Zaraz, dokąd ja się tak śpieszę? Przecież na końcu czeka na mnie trumna” (śmiech). Pozbądź się tego wewnętrznego biegu. Oglądaj świat, obserwuj, co się dookoła ciebie dzieje, bo życie mamy jedno, a przecież we wszystkim można znaleźć tyle piękna. Właściwie samo to, że się żyje, jest już czymś cudownym.


Danuta Szaflarska - ur. w 1915 w Kosarzyskach, aktorka. Ukończyła Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej w Warszawie, a we wrześniu 1939 roku zadebiutowała na deskach Teatru na Pohulance w Wilnie. Wystąpiła m.in. w "Zakazanych piosenkach", "Dolinie Issy", "Pożegnaniu z Marią", "Żółtym szaliku" czy w "Pora umierać". Obecnie związana z TR Warszawa, w którym dyrektor Grzegorz Jarzyna zatrudnił ją na etat. Mówi, że odmówiła zagrania mniej więcej tylu ról, ile zagrała, bo nie toleruje grafomanii i nie idzie na kompromisy. W lutym do kin wejdzie film w reż. Doroty Kędzierzawskiej "Inny świat", w którym aktorka opowiada o swoim życiu. Laureatka wielu nagród. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Anna Sosnowska - ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą". Redaktor naczelna portalu Aleteia. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Kino akcji wewnętrznej

FUKSIARZ

NIE CHCĘ TAKIEGO RAJU

Western z Włodowa

MIŁOŚĆ WSZYSTKO PRZETRZYMA


komentarze



Facebook