WIZYTA DUSZPASTERSKA

FOT. RICHARD BAKER / IN PICTURES / CORBIS


Czuł, że za drzwiami dwudziestki ktoś jest. Tak jak pod numerem siódmym i czternastym w trzypiętrowym bloku o dwudziestu jeden lokalach.

Spojrzał do notesu. Pod trójką, szóstką, ósemką, siedemnastką i osiemnastką nikogo nie było naprawdę. Ci spod jedynki, piątki i piętnastki pozostawili dozorcy jasne dyspozycje. Nie życzą go sobie. Ma nie próbować. Nie pukać, nie dzwonić.

Pozostałym nie przyszło nawet do głowy, że mogą nie chcieć wizyty. Czekali w komplecie. Albo ci, którzy mogli. Mama z córką, babcia z dwiema wnuczkami, stara matka z czterdziestoletnim, samotnym synem…

Zapukał jeszcze raz, trochę głośniej, ale odpowiedziało mu to samo, co pod siódmym i czternastym. Jakaś nieforemna obecność, bardziej z tłumionego oddechu niż z ciała. Z zastygłych ruchów, zmieszania, irytacji i zawstydzenia.

Dlaczego nie otworzą i nie powiedzą: Nie chcemy tu księdza, nie lubimy tych wizyt, nie wierzymy w Boga ani w Jego Narodzenie, proszę sobie iść. Zdecydowanie by wolał, żeby przekłuli ten balon, który pęczniał i gęstniał pomiędzy nim a tym kimś po drugiej stronie zamkniętych drzwi, niż skazywali go na upokarzające nasłuchiwanie.

Odwrócił się w prawo, twarzą do ostatniego mieszkania, w którym mógł się spodziewać, że czekają na niego zgodnie z tradycją, z domowym ołtarzykiem na białym obrusie, z herbatą i ciastem. Zajrzał do zapisków: rodzina praktykująca, małżeństwo, dwie dziewczynki w wieku gimnazjalnym i chłopak na studiach.

Podszedł do progu, dobiegła go melodia kolędy i odgłosy zwykłej krzątaniny, pozbawionej tych ciężkich napięć, jakie sączyły się przez szczeliny drzwi z numerem dwadzieścia.

Wyciągnął rękę, żeby zapukać, ale zaraz ją cofnął. Co chce im powiedzieć? Od czego ma zacząć? O co spytać? Dopiero teraz, przed ostatnim mieszkaniem, zorientował się, że nie zdążył się zastanowić nad tym przed wyjściem z plebanii. Nie zdążył? Przecież miał czas. Miał dziś cały dzień na refleksję, od porannej mszy świętej do czwartej, kiedy zapukał do pierwszych drzwi, tych z cyfrą dwa i zeszłorocznym, prawie już startym K+M+B.

Co robił przez cały dzień, prawie tego nie pamiętał. A raczej odpychał od siebie tę pamięć, bo ostatnie godziny były lepkie i przykre jak ten balon pomiędzy nim a tym kimś spod dwudziestego numeru. Tylko obiad był w miarę lekkim i wyrazistym wspomnieniem, choć rozmowa przy stole wyraźnie się nie kleiła, żaden z kapłanów nie wziął na siebie odpowiedzialności za nastrój i wymianę myśli. Inicjatywa była wszędzie, więc nigdzie. Każdy myślał o swoich sprawach, jedli prawie w milczeniu. Ksiądz Józef wspomniał tylko, że przed wejściem do kancelarii jest ślisko, więc trzeba koniecznie posypać, a ksiądz Marcin spytał, kto to niby ma zrobić.

Ale przedtem i potem – dziura. Próbował czytać brewiarz, ale mu nie szło. Pomyślał, że to przez wzrok, z którym w końcu musi coś zrobić. Po przebudzeniu widział przez mgłę i podwójnie. Długo nie mógł ustawić ostrego widzenia na literach gazety czy brewiarza, musiało minąć pół godziny, żeby czytał bez większych kłopotów. Miał nadzieję, że tylko dlatego, przez oczy, nie sprawia mu radości czytanie Pisma Świętego i książki, która przez wiele lat przynosiła mu niezawodne natchnienie i otuchę: antologii modlitwy wczesnochrześcijańskiej. W tych starych tekstach wiara była jak oddech podczas snu przy otwartym oknie. Ale teraz nie potrafił już zaczerpnąć tego powietrza, zaciągnąć się nim tak, żeby zakręciło się w głowie. Wpatrywanie się w rozdwojone, podszyte cieniem litery było wysiłkiem, który odbierał mu radość. Powinien w końcu pójść do okulisty. Miłość do Boga i ludzi musi mieć fizyczne wsparcie. W przeciwnym razie…

No właśnie – nie licząc obiadu, tego dnia nie wychodził z mieszkania i robił to, o czym teraz wstydził się myśleć. Leżał na kanapie i oglądał telewizję. Przerzucał programy, nie mógł się skupić na niczym konkretnym. Od początku do końca obejrzał tylko odcinek kryminalnego serialu o zamkniętej akcji, który dało się prześledzić, nie obejrzawszy poprzednich. Ktoś kogoś zabił, potem się ukrywał, aż umarł, zanim złapał go policjant o skandynawskim nazwisku. Zło nie zostało ukarane. Obejrzał fragmenty quizu i konkursu dla młodych piosenkarzy, którzy pragną zrobić zawodową karierę. Było mu spokojnie i bezpiecznie. Bezmyślnie. Więc niby nie było w tym niczego złego, a przecież nie chciał myśleć o tym, co robił, bo nie było to tym, czego chciał. Bo przez to czuł się nieprzygotowany.

Znów podniósł rękę do drzwi mieszkania numer dwadzieścia jeden i znowu ją cofnął. Chciałby już zapukać. Tym bardziej że za dwudziestką wciąż nabrzmiewała nieprzychylna obecność. Miał wrażenie, że przygląda się jego wahaniu i rozumie jego przyczyny. Że przez ciemnego judasza ta nieforemna istota widzi cały jego dzień: małomówny, niewesoły, pozbawiony serdeczności obiad, niechęć do brewiarza, widzenie podszyte cieniem i przerzucanie pilotem telewizyjnych kanałów.

Chciał już zapukać, ale postanowił się skupić, żeby choć tę ostatnią wizytę poprowadzić świadomie i w świetle natchnienia. Zaraz… Co mówił dotychczas, pod dwójką, dziesiątką, szesnastką? Co zrobił?… Normalnie: pochwalił mieszkanie, skomplementował panią domu za czysty obrusik, pana domu za choinkę, a dzieci za szopkę i papierowy łańcuch. Pomodlił się, pobłogosławił dom, przyjął ofiarę. Usiadł na kilka minut, obejrzał zeszyty od religii, rozdał obrazki. Pod dwójką poprosił o przechowanie ciężkiej kurtki, po którą wróci przed wyjściem. Pod siedemnastką, gdzie starsza kobieta miała nieobecne oczy, spytał, czy może w czymś pomóc. Złożył życzenia. Zrobił, co trzeba, ale nic więcej. No tak, jeszcze jeden szczegół – nie pamiętał, pod którym numerem, ale w jednym z mieszkań, gdzie ojciec rodziny rozgadał się o finansowych kłopotach, pomyślał z przykrością, że nikt nie pyta go o to samo. „Co księdza martwi, co cieszy?”… Przecież mogliby go o to zapytać. Mogliby się zainteresować, dlaczego, zamiast czytać modlitwy wczesnochrześcijańskie albo skupić się na wizytach, przez cały dzień gapił się w telewizor. Co by im odpowiedział? Pewnie zadałby im to samo pytanie, które oni zadali jemu. „To wy mi powiedzcie – wykrzyknąłby – dlaczego nic mnie nie ożywia, nie cieszy? Dlaczego pytam wciąż o to samo, dlaczego proszę zawsze o zeszyty, nie wchodząc w nic głębiej? Dlaczego nie pytam was o dzieciństwo, o jego bajeczność i koszmar? Dlaczego nie pytam, czy spędziliście kiedyś noc prawdziwej miłości, lecz również dzień prawdziwej miłości? Czy spędziliście dobę lub tydzień przy łóżku umierającego? Czy baliście się kiedyś o życie swoje lub bliskich?”. Tak, tak właśnie by im powiedział. I jeszcze: „Czy myślicie, że pasterz jest tylko po to, by karmić? Czy myślicie, że sam nie potrzebuje się żywić, i to świeżym pokarmem? Wciąż mi dajecie to samo – rzuciłby im prosto w twarz, w tę ich zadowoloną z siebie świąteczność – i zalega mi już to na żołądku. Ciągle te same krochmalone twarze i obrusiki, te same zeszyty, te same ofiary wciąż w tych samych kopertach. Ta sama miłość przykładna, a nigdy taka, której łaknąłbym sam. Taka, którą, patrząc na was, oglądałbym przez ten kwadrans jak film, w ożywieniu. Z której widokiem wyszedłbym nieszczęśliwy, że sam takiej nie mam, ale i szczęśliwy, że taka w ogóle istnieje, i że to ich spełnienie spotyka się z moją samotnością”.

Zakręciło mu się w głowie. Użył słowa „samotność” i poczuł, że jest ono trafne. Trafne i przeklęte, bo przecież nie miał prawa czuć się samotny. Zawsze powtarzano, że księdza ten stan nie dotyczy, bo przecież ma Jego, Tego, który jest początkiem i końcem, nadzieją wbrew nadziei, obietnicą, spełnieniem.

Natychmiast pomyślał o grzechu, jakim było poczucie osamotnienia. Choć przecież niewypowiedziane. Zaledwie pomyślane w tej porywczej chwili, kiedy przyszło mu do głowy, co by powiedział, gdyby wizyta duszpasterska była nie kazaniem, tylko rozmową. Taką, że ja ich proszę o zeszyt, a oni mnie pytają, czy mam z kim porozmawiać, kiedy jest wieczór i nie chce mi się odmawiać brewiarza. Że ja ich pytam, czy zaglądają do Ewangelii, a oni mnie, jaki film chciałbym obejrzeć, jakie lubię kino.

No więc to grzech, czy nie grzech – że samotność sama mi przyszła do głowy, niewypowiedziana ustami, tylko żrąca nieustępliwą kroplą od mózgu do gardła i dalej? Przez serce do krzyża i lędźwi, do nóg, po czubki palców.

Uniósł rękę, żeby zastukać pod dwudziesty pierwszy, i kto wie, czy by to w końcu zrobił, gdyby nie plastikowy klekot judasza pod dwudziestką, szum zamka, lekki ruch klamki i snop światła pomiędzy futryną a drzwiami oznaczonymi dwudziestką.

Odwrócił się i zobaczył w szczelinie kobietę. Ubraną domowo, codziennie, jak loretańska madonna Caravaggia. Z odsłoniętym obojczykiem.

Była równie ładna jak ona, lecz pozbawiona jej zawadiackiego tupetu.

– Przepraszam – powiedziała wyraźnie speszona. – Przyglądam się księdzu przez dłuższą chwilę i mam wrażenie, że źle się ksiądz czuje. Czy coś panu… księdzu jest? Mogę pomóc?


Jarosław Mikołajewski - ur. 1960, poeta, tłumacz z języka włoskiego, eseista, reporter. W latach 2006-2012 dyrektor Instytutu Polskiego w Rzymie. Ostatnio wydał "Wielki przypływ" reportaż o włoskiej wyspie Lampedusa, tom poetycki "Żebrak" i książkę dla dzieci "Wędrówka Nabu". Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

DORA MARKUS

DOKTOR Z LAMPEDUSY

POKÓJ

ODDECH DUSZY

TWARZ NIETWARZOWA


komentarze



Facebook