OGOŁOCIŁ SAMEGO SIEBIE
Bóg ma dość pokory, by się odważyć na wcielenie, by wyjść ze swojego bezpieczeństwa.

FOT. FLICKR.COM / KOREA.NET


Namysł nad tajemnicą wcielenia ma wiele poziomów. Jest w nim miejsce na jasełkową rubaszność, radość, a nawet pełne użalenia się współczucie. Jest doświadczenie jedności i deklaracja bliskości, zawarta w znaku łamanego chleba. Jest także powód do zachwytu pogłębionego wnikliwą refleksją teologiczną i mistyczną medytacją. W tym ostatnim wymiarze bardzo pomocne mogą być nowotestamentalne hymny zawarte w pismach św. Jana i św. Pawła. Dajmy się poprowadzić jednemu z nich – Hymnowi o kenozie Słowa otwierającemu drugi rozdział Listu do Filipian (2,5–11): „Ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. (…) uznany za człowieka, uniżył samego siebie”.

Odwaga pokory

Pamiętam swoje pierwsze zdziwienie tym tekstem: „Uniżył samego siebie”? Jak to?! Skąd taka intuicja? Cóż poniżającego jest w byciu człowiekiem? Czy bycie człowiekiem jest upokarzające? (W łacińskiej wersji hymnu pada tu słowo humiliavit – w pierwszym znaczeniu: „upokorzył”, a w przenośni wręcz „zrównał się z ziemią”, humus to ziemia). Czyż człowiek nie jest najdoskonalszym dziełem Boga? Czy Boga poniża zjednoczenie się ze swoim własnym arcydziełem? Czy człowiek nie brzmi dumnie? Czy bycie w pełni człowiekiem nie jest raczej tytułem do chwały? Czy nie przynosi nam doświadczenia radości? Poczucia siły?! Upokorzenie?

A jednak! Wcielenie ZAWSZE jest upokorzeniem: wymaga pokory! Każdy zamysł – gdy tylko zostanie wcielony, a więc wprowadzony w życie, zrealizowany – ZAWSZE okazuje się mniejszy niż jego planowana wersja. Dom – postawiony po wielu latach planowania, oczekiwania i wysiłku – zawsze jest mniejszy niż noszone o nim przed laty marzenie. Co więcej: nierzadko – jeszcze nieskończony – już w niektórych swoich elementach domaga się remontów. Każda rozprawa naukowa może stać się przedmiotem słusznej (!) krytyki już w dniu jej publikacji i nawet autor – jeśli ma w sobie choć odrobinę pokory – potrafi wskazać, w którym miejscu się zatrzymał z kwerendą, które z jego pytań pozostały bez odpowiedzi, a których jeszcze w ogóle nie miał odwagi zadać… Każde dzieło ewangelizacyjne – od zbiórki ministrantów począwszy – może się okazać mniejsze od zamierzonego: przyszło pięciu, a nie piętnastu; bardziej interesowała ich na początku piłka nożna niż objaśnianie znaków liturgii, a na rekolekcje wakacyjne pojechał ostatecznie jeden. Czy warto było? Budować, pisać, ogłaszać drukiem, poświęcać czas i środki?

Oczywiście, że tak! Owocem tej pracy jest rzeczywisty dom, a także książka i mała wspólnota formacyjna. Za każdym razem jednak warunkiem ich powstania była odwaga pokory. To, co wcielone, JEST! Nie jest marzeniem. Jest WYDARZENIEM!

To samo dotyczy wcielenia Słowa – wielkiego wydarzenia, w którym Bóg staje się człowiekiem. Nie można przecież stać się „człowiekiem w ogóle”. „Człowiek w ogóle” nie istnieje. Istnieją tylko konkretni ludzie – urodzeni w konkretnym czasie i miejscu, wychowani w konkretnych warunkach, wykształceni zgodnie z osiągniętym w ich środowisku poziomem wiedzy i kultury. To nie może nie być upokarzające dla Boga, gdy staje się Jezusem z Nazaretu. Czy to nie jest upokorzenie, gdy Wszechwiedzący Bóg, stając się człowiekiem, wie o astronomii mniej niż dzisiejszy przedszkolak?

A jednak! To nie wcielenie, lecz jego alternatywa jest rzeczywistością przerażającą! Świetnie to ujmuje papież Franciszek w swojej adhortacji Evangelii gaudium:

„Niebezpiecznie jest żyć w królestwie samego słowa, obrazu, sofizmatu. Stąd wniosek, że należy postulować zasadę: rzeczywistość przewyższa ideę. Zakłada to unikanie różnych form zasłaniania rzeczywistości: angelicznych puryzmów, totalitaryzmów, relatywizacji, deklaratystycznych nominalizmów, projektów bardziej formalnych niż realnych, antyhistorycznych fundamentalizmów, intelektualizmów pozbawionych mądrości. Funkcją idei – opracowania konceptualnego – jest uchwycenie, zrozumienie rzeczywistości i kierowanie nią. Oderwana od rzeczywistości idea rodzi odrealnione idealizmy i nominalizmy, które jedynie starają się ją klasyfikować i definiować, ale jej nie kształtują. To, co angażuje i pociąga, to rzeczywistość oświecona rozumowaniem. (…) Na różne sposoby manipuluje się prawdą, podobnie jak gimnastykę zastępuje się kosmetyką. Są politycy – a także przywódcy religijni – którzy pytają, dlaczego lud ich nie rozumie i nie idzie za nimi, skoro ich propozycje są tak logiczne i jasne. Prawdopodobnie dzieje się tak dlatego, że usadowili się w królestwie czystych idei i sprowadzili politykę lub wiarę do retoryki. Inni zapomnieli o prostocie i ściągnęli z zewnątrz obcą i niezrozumiałą dla ludzi racjonalność. Rzeczywistość przewyższa idee. Kryterium to związane jest z wcieleniem Słowa i wprowadzeniem go w życie: »Po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga« (1 J 4,2). Kryterium rzeczywistości jest już wcielone Słowo, które zawsze stara się wcielić w konkret naszego życia, co jest istotne dla ewangelizacji. (…) Nie wprowadzać Słowa w rzeczywistość oznacza budowanie na piasku. Opierać się tylko na samej idei to narażać się na zamknięcie w sobie i przyjmowanie gnostyckich poglądów. Nie przynosi to żadnych owoców i czyni jałowym dynamizm Ewangelii”.

Nieco wcześniej papież pisze o „ewangelizatorach”, którzy wyżywają się, tworząc rozmaite „strategie” i „projekty” ewangelizacyjne, i poświęcają im całą swoją energię – tak, że nie starcza im jej już na to, by choć raz wstać od biurka i zająć się… ewangelizacją. W ostateczności jednak tym, co ich wstrzymuje, nie jest brak sił i energii, lecz brak pokory, by się zmierzyć z niedoskonałością zrealizowanego dzieła (tak doskonałego w teorii). Bóg ma dość pokory, by się odważyć na wcielenie, by wyjść ze swojego bezpieczeństwa (papież Franciszek nazwałby je raczej niebezpieczeństwem!).

Ta odwaga i pokora trwa, a mogłoby się wręcz wydawać, że z determinacją „wzrasta” (jeśli Bóg może mieć w sobie doświadczenie wzrostu i zmiany): dziś bowiem „ciałem” Boga nie jest doskonałe człowieczeństwo Jezusa z Nazaretu, lecz Kościół – momentami porażająco grzeszny w swoich członkach. To jest dopiero prawdziwa KENOZA Boga – przyjmować ciało nie z niepokalanej Dziewicy Maryi, lecz z „czystej Nierządnicy” (casta Meretrix) – jak Ojcowie nazywali Kościół.

Podźwignięty z upodlenia

W swoim uniżeniu Słowo Boga jest radykalne. Mówi o tym jeszcze jedno słowo z przytoczonego Pawłowego hymnu – sługa: ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi. W rzeczy samej chodzi nie tyle o sługę, ile o NIEWOLNIKA (w tekście mamy greckie słowo doulos, a nie diakonos) – a więc o kogoś, kto nie ma żadnych praw; kogoś, kto jest ostatni – jest najniżej: niżej się już nie da. To nie żadna przenośnia czy poetycki koncept – to Słowo wcielone: w krzyżu, który był rodzajem śmierci przeznaczonym dla niewolników. Jezus stał się sługą/niewolnikiem aż do śmierci krzyżowej.

Jest niewolnikiem z przypowieści o zaproszonych na ucztę. W Ewangelii Łukasza czytamy, że Pan aż trzykrotnie wysyłał swego SŁUGĘ NIEWOLNIKA (grec. ton doulon), by zapraszał, a w końcu zmuszał do wejścia (to uderzająca różnica – choć może ktoś powie szczegół – u św. Mateusza w tej przypowieści występuje liczba mnoga: słudzy; u Łukasza jest tylko JEDEN sługa/niewolnik: doulos).

Zastanawiałem się ostatnio nad tym, dlaczego Pan posyła niewolnika?! Dlaczego Ojciec posyła (w tajemnicy wcielenia) swego Syna w postaci niewolnika? Czy nie dlatego, że najważniejszym wymiarem Jego misji jest zaproszenie ubogich, ułomnych, niewidomych i chromych? A więc ludzi doświadczających na wiele sposobów swojej małości, wielorakich ograniczeń i upokorzeń? Ten jednak, który ich zaprasza, czyni się jeszcze mniejszym niż oni. Nie chce, nie potrafi patrzeć na nich z góry. Nie stawia się ponad nimi! Nie daje im odczuć, jak dalece się zniża. Przyjmuje postać niższego od nich. To jest duchowość każdego, kto chce głosić Ewangelię – nie może tego czynić z wysokości własnej cnoty – tym, którzy „upadli”. Nie ogłosi im Ewangelii, jeśli nie przyjmie, że jest większym grzesznikiem niż oni – i że Bóg go podźwignął z większego upodlenia.

Kochać to, co On kocha

Bycie niewolnikiem jest też radykalną formą BEZINTERESOWNOŚCI. Niewolnik nie ma żadnych praw i nie zyskuje ich żadnym wysiłkiem. Niewolnik się niczego nie dorabia. Kiedy wykona wszystko, co mu zlecono, sam powinien uznać siebie za nieużytecznego (por. Łk 17,10). Nie zdziwi się więc, jeśli – jako nieużyteczny – zostanie wyrzucony (Mt 25,30).

To jeszcze jedno wskazanie dla Kościoła (skoro jest przedłużeniem wcielenia). I znów, nie chodzi w nim o mało zachęcające moralizatorstwo: „Macie służyć, i tyle!”. Posłuchajmy jeszcze raz papieża Franciszka, który w Evangelii gaudium pisze: „Zjednoczeni z Jezusem, szukamy tego, czego On szuka, kochamy to, co On kocha. Ostatecznie to, czego szukamy, jest chwałą Ojca, żyjemy i działamy »ku chwale majestatu Jego łaski« (Ef 1,6). Jeśli zamierzamy oddać się do końca i wytrwale, musimy przekroczyć wszelką inną motywację” (podkr. GR). Wcielenie fascynuje. I dyscyplinuje. W obu tych wymiarach uszczęśliwia.


bp Grzegorz Ryś - ur. 1964, arcybiskup metropolita łódzki, w latach 2011 - 2017 biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej, przewodniczący Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji działającego przy Konferencji Episkopatu Polski. Jest profesorem historii Kościoła, do 2011 roku był rektorem Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

MOŻECIE MIEĆ

Dać ludziom prawo do siebie

Ochrzczona wersja Machiavellego?

Posłani w związku z grzechem

SÓL W OKU ŚWIATA


komentarze



Facebook