MARZENIA SPOD CHOINKI

Obok hotelu w Wólce Zerzeńskiej, w którym przed meczami z Niemcami i Szkocją mieszkali polscy piłkarze, znajduje się boisko Orlik. To południowa część Warszawy. Dwunastoletni chłopcy z Miedzeszyna, Radości i Międzylesia spotykają się tam, aby pograć w piłkę. Na nogach mają buty tych samych marek, które reklamują Cristiano Ronaldo, Leo Messi i Robert Lewandowski, tylko w piłkę grają nieco słabiej. Ale marzą, że to się kiedyś zmieni. I patrząc w okna autokaru, odwożącego Polaków na mecz z Niemcami, mają nadzieję, że trochę tej piłkarskiej wielkości zostanie w Wólce i spadnie na nich.

W oknie autokaru wśród przejętych takim pożegnaniem lub obojętnych graczy był Sebastian Mila. Najbardziej niedoceniany polski piłkarz. Był mistrzem i wicemistrzem Europy juniorów. Kiedy miał 20 lat, na stadionie w Manchesterze strzelił piękną bramkę z wolnego reprezentacyjnemu bramkarzowi Anglii Davidowi Seamanowi. I kiedy się wydawało, że wielka kariera przed nim, coś poszło nie tak. Z Grodziska Wielkopolskiego Mila wyjechał do Wiednia. Nie powiodło mu się ani tam, ani w klubie norweskim. Dopóki mieszkał w Polsce, wszystko wyglądało inaczej. Rodzice mieszkali wprawdzie daleko, w Koszalinie, ale zawsze mógł na nich liczyć. Wysyłał im zarobione pieniądze, sobie zostawiał na niezbędne potrzeby. Daleko od domu, sam, bez wsparcia rodziców, był smutny i bezradny. Trener Paweł Janas włączył go do kadry na mistrzostwa świata w Niemczech, ale nawet na minutę nie wpuścił na boisko. To było osiem lat temu. Przez ten czas pojawiali się w Polsce nowi gracze, co parę lat jakiś trener reprezentacji przypominał sobie o Mili, ale żaden nie widział go w pierwszej jedenastce. A on grał w Śląsku, zdobył z nim mistrzostwo Polski, został bohaterem Wrocławia i marzył – wydawało się, że wbrew logice oraz biegnącemu czasowi – o założeniu jeszcze kiedyś koszulki z białym orłem. Ciąg dalszy jest dobrze znany. Dopingowany przez nowego trenera kadry Adama Nawałkę pytaniami o formę i samopoczucie Mila zrzucił zbędne kilogramy i znów grał jak młody bóg. Dostał wreszcie powołanie, wrócił na Stadion Narodowy, który otwierał dwa lata wcześniej jako rezerwowy w meczu z Portugalią. Grał wtedy przez trzy ostatnie minuty. Teraz w spotkaniu z Niemcami też wyznaczono mu rolę rezerwowego. Ale kiedy schodził z boiska, był już bohaterem. Strzelił bramkę, przyczynił się do historycznego zwycięstwa nad mistrzami świata.

Gdy po zakończonym spotkaniu oblegli go dziennikarze, ciałem był razem z nimi, a duchem w siódmym niebie. Trzy dni później, po meczu ze Szkocją, przeprowadzaliśmy z nim wywiad. Opowiadał o swoim pierwszym spełnionym marzeniu. Kiedy miał 10 lat, śniła mu się torba sportowa, którą na sklepowej wystawie oglądał codziennie w drodze na trening. Nie była tania. Wydawało się, że odprowadzający go tata nie zwracał na to uwagi. Ale po kilku tygodniach Sebastian znalazł tę torbę pod choinką. Dziś to on robi prezenty swojej córeczce i bliskim. Ma 32 lata i nie wierzy już w Świętego Mikołaja. Sam jest Mikołajem dla dzieci we wrocławskim hospicjum. Mila opowiadał, że widząc za szybami autokaru przejętych chłopców, robił im zdjęcia telefonem komórkowym, żeby mieć przy sobie to pożegnanie, pamiętać, że to on ma spełnić ich marzenia. Bo są dwa rodzaje marzeń. Pierwsze, te małe, spełniają rodzice, bliscy i bohaterowie dziecięcej wyobraźni. Na następne trzeba zapracować samemu. Ale nie zawsze. Dzięki Sebastianowi Mili spełniło się jedno z moich. Załamany kolejnymi porażkami piłkarzy, które w ciągu prawie pół wieku widziałem na własne oczy, powiedziałem kiedyś publicznie: „Nie umrę, dopóki Polska nie wygra z Niemcami”. No i po zwycięstwie na Stadionie Narodowym dzwonią do mnie znajomi, pytając z troską o zdrowie, a ja się zastanawiam, jak z tego zgrabnie wybrnąć. Trzeba będzie powziąć jakieś nowe postanowienie, ale może już takie, na które będę miał wpływ. A przecież, kiedy zbliżają się święta, dostrzegam u siebie objawy wtórnego infantylizmu. Co noc śni mi się moja Falenica, domek w stylu świdermajer, którego już nie ma, choinka z prawdziwymi świeczkami, bombki, które jakimś cudem przeżyły okupację, użyteczne tanie prezenty za pieniądze z trudem uciułane przez rodziców i rodzeństwo. Było cudownie, bo wszyscy się kochali, a kiedy mama nas tuliła, dzieląc się opłatkiem, wiedzieliśmy, że nic złego nie może się nam stać. A tata dodawał do życzeń: „Żeby nas przybywało, a nie ubywało”.

Spełniły się wszystkie życzenia rodziców i moje marzenia, wśród których coś tak błahego, jak zwycięstwo piłkarzy nad Niemcami, nie jest nawet warte wspomnienia. A jednak gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia odzywa się we mnie dziesięcioletnie dziecko. Chciałbym przynieść ze strychu starego konika na biegunach, który wszystko pamięta, i pojechać nim na pasterkę. Tyle że w swoim ursynowskim bloku nie mam nawet strychu. Muszę pójść na parking po samochód, który jest młody, nie ma serca i niczego nie rozumie. 


Stefan Szczepłek - ur. 1949, dziennikarz sportowy i komentator. Pracował w "Sztandarze Młodych", tygodniku "Piłka Nożna", redakcji sportowej TVP oraz w "Życiu Warszawy". Od 1999 roku jest dziennikarzem redakcji sportowej "Rzeczpospolitej". Laureat Nagrody im. Dariusza Fikusa za rok 2007. Autor książek o historii futbolu m.in. "Moja historia futbolu"; "Deyna" oraz wydanych w ubiegłym roku wspomnień "Szkoła falenicka", za którą w marcu tego roku otrzymał nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

DZWONEK PANA WOŹNEGO

CIEMNA STRONA KSIĘŻYCA

ZAPOMNIANY GEST GARRINCHY

KĄTY KAŻDEGO Z NAS

GRÓB NIEZNANEGO KOLARZA


komentarze



Facebook