Archwium > Numer 500 (04/2015) > Mistrzowie słowa > BIORĘ ODWET POZA MIKROFONEM

BIORĘ ODWET POZA MIKROFONEM
Mam w samochodzie małą kamerkę. Kiedy posłuchałem, co ja mówię do innych kierowców, jadąc samotnie, dotarło do mnie, jak bardzo nieodpowiednio się wyrażam.

FOT. WOJCIECH KUSIŃSKI/POLSKIE RADIO S.A.


Słysząc pana głos, zamykam oczy i przenoszę się w czasy mojego dzieciństwa. Jestem na plaży, parawan koło parawanu, kocyk obok kocyka i z każdego grajdołka słychać „Lato z Radiem”.

Wtedy było tylko jedno radio.

Ale za to jakie!

Chwalę sobie, że w tamtym okresie, a właściwie znacznie wcześniej, trafiłem do Polskiego Radia, bo to była interesująca instytucja.

A nie miał pan takich planów, żeby tam trafić?

Nie. Uczyłem się na inżyniera i tak się zresztą skończyło.

Ale jednak pracuje pan słowem.

Każdy używa takich narzędzi, jakie ma.

Stworzyliście państwo wtedy – zarówno w „Lecie z Radiem”, jak i w „Sygnałach Dnia” – wyjątkowe audycje w historii Polskiego Radia, pod względem poziomu, przekazu, atmosfery. Do dziś są pewnym wzorcem.

Kiedy na antenie pojawiło się „Lato z Radiem”, a później „Sygnały Dnia”, mówiliśmy, że wracamy do starego radia. Po dziesięcioleciach nagrywania programów na taśmy i znaczkach cenzury, które zwykle się składały z jednej litery i dwóch cyferek, bo każdy cenzor miał taki znaczek, zaczęliśmy mówić do ludzi na żywo, słuchać ich i rozmawiać z nimi. To się nie wszystkim mieściło w głowie: wpuścić na antenę słyszalną w całym kraju, a nawet w Europie, osobę, której nie znamy.

Mówił pan do tłumów czy do jednego człowieka?

Wygrywają w kontaktach ze słuchaczami ci, którzy mówią do jednego człowieka, może do niewielkiej grupki, ale w każdym razie nie przemawiają do mas. Radio jest do mówienia, właściwie do rozmawiania, a nie do przemawiania.

Teraz radio jest już tylko do słuchania.

To prawda. Gdyby wziąć przekrój wszystkich stacji, to mamy grające szafy.

To przykre. Nie jest panu żal tego radia, które odchodzi w przeszłość?

Wyrzucili mnie w porę.

Chciałby pan tam wrócić?

Tęsknię za tym starym radiem z paru względów. Po pierwsze, była to moja jedyna etatowa praca. To było magiczne miejsce nie tylko dlatego, że słuchacz musi sobie wyobrazić to, o czym się do niego mówi. To było magiczne miejsce w środku. Ówczesne kierownictwo radia zdawało sobie sprawę, że bez dobrych ludzi nic się nie uda, że wszyscy, którzy posługują się narzędziami propagandy, muszą używać dobrych fachowców, jeśli ma to dotrzeć i przekonać drugą stronę. A w radiu tak właśnie było. Spotkali się tam więc ludzie, którzy walczyli w Powstaniu Warszawskim, osoby po tzw. zastępczej służbie wojskowej, czyli katorżniczej pracy w kopalni, fachowcy z przedwojennego radia – nazwiska, o których opowiadali mi dziadek i babcia.

Potem się to zmieniało, unowocześniliśmy się. Szefem audycji, które Państwo wymienili, był – ma się rozumieć – członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, ale nie płacił składek, ciągle go ścigał skarbnik. Nie twierdzę, że tam było cudnie, że nie było politycznych zadrażnień. W ’68 roku nagrywaliśmy „Muzykę i Aktualności” – to była chyba najpopularniejsza wówczas audycja Polskiego Radia, najchętniej słuchana. Nagrywaliśmy ją niedługo przed emisją, w odcinkach. Przygo- towywaliśmy 10 minut, to szło do emisji, a my w tym czasie robiliśmy kolejne 10 minut. W pewnym momencie magnetofon się zepsuł. I wtedy, wyjątkowo, nadzorujący z upoważnienia kierownictwa to nagranie, walnął pięścią w stół i powiedział: I to maszyna, nawet ukarać nie można. I tak bywało.

Udało się państwu stworzyć wspólnotę słuchaczy. A to nie jest łatwe. Dla milionów ludzi w Polsce w czerwcu, lipcu i sierpniu, kiedy było „Lato z Radiem”, dzień zaczynał się od „Polki” o godzinie dziewiątej.

Bez wątpienia ważną rolę odgrywało to, że wybór był wówczas bardzo niewielki. W latach 70. był Pierwszy, Drugi i Trzeci Program Polskiego Radia. No, były jeszcze Głos Ameryki, Wolna Europa, BBC, aczkolwiek z pewnymi utrudnieniami.

Po drugie, nasz ówczesny szef zebrał przedziwną grupę ludzi. Zależało mu na tym, by były to osoby, które potrafią mówić bez skrępowania.

Dzisiaj w stacjach komercyjnych też mówi się bez skrępowania, ale to jednak nie to samo.

Poziom skrępowania się zmienia.

Czy sposób, w jaki porozumiewa się pan ze słuchaczami lub z widzami – taki spokojny, grzeczny, bez wielkich emocji…

Biorę sobie odwet poza kamerą i mikrofonem.

Trudno w to uwierzyć. Nawet w finale teleturnieju „Jeden z dziesięciu”, gdy wiadomo już, kto został zwycięzcą, nie obwieszcza pan tego, krzycząc na całe gardło, nie sypie się konfetti z sufitu. Pan gratuluje spokojnym głosem.

Mamy ograniczony budżet i na konfetti nie starczyło. My, którzy realizujemy ten program, jesteśmy w wieloletnim już sporze z niektórymi kolegami z telewizji, którzy uważają, że muszą być dzwonki, gwizdki i światełka. I konfetti. Ale ponieważ jest to program, który rozgrywa się niemal w ciszy, więc nie chcemy tego psuć. Może jest to jeden ze sposobów realizacji hasła, które świetnie wyraził w swojej piosence Wojciech Młynarski: „Róbmy swoje”. Więc robimy. Na tyle dobrze, na ile potrafimy. Owe ozdoby, o których państwo mówią, przynależą do innych programów.

Cieszy się pan, gdy pana goście w studiu wygrywają?

Oczywiście, że się cieszę. Jestem świadom tego, pod jaką presją oni są w studiu, już nie mówię o światłach w oczy ani o sąsiadach i rodzinie przed telewizorami, ale to jest walka z własną pamięcią, z własnymi nerwami. Czasem jest tak, że czytam pytanie i patrząc w oczy pytanego, wiem, że on już tego nie słyszy, bo jest tak napięty, że to przekracza jego możliwości percepcji. Cieszę się więc z każdego sukcesu, z każdej dobrej odpowiedzi, z każdej wygranej. Chciałbym, żeby to było nagradzane bardziej znacząco. Inne zabawy, inne quizy, które operują pytaniami i odpowiedziami, mają znacznie efektowniejsze nagrody. Chociaż muszę powiedzieć, że ta nasza zabawa jest dla mnie o tyle sympatyczna, że ja nie muszę się martwić, czy gracz wygra, czy nie wygra. Suma nagród jest stała. Choć czasami bardziej cieszyłbym się, gdyby wygrał ktoś inny, bo budzi większą sympatię albo w jawny sposób miał znacznie mniej szczęścia, trafiał na trudniejsze pytania.

I mówi pan to przegranemu zawodnikowi? Żałuję, że nagroda nie trafiła do pani/pana?

Wygrać może tylko jeden, więc nie mogę odebrać jednemu i dać drugiemu. Poza tym jest ta stała suma nagród, więc nikt nie prześladuje mnie za to, że ktoś wygrał za dużo, bo wiadomo, ile będzie odcinek kosztował. To też daje spokój.

Ma pan czasami ochotę podpowiedzieć zawodnikowi?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Tadeusz Sznuk - ur. 1943, inżynier elektronik, dziennikarz radiowy i telewizyjny, prezenter, komentator pokazów lotniczych Air Show, sprawozdawca parlamentarny. Prowadził m.in. "Lato z Radiem" i "Sygnały Dnia", od 1994 roku jest gospodarzem teleturnieju "Jeden z dziesięciu". Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

TO NIE ICH WINA

PROSZĘ NIE PRZEWRACAĆ ŚWIECZEK

POD JEDNYM NIEBEM

Wycinek życia?

MIĘDZY NAMI


komentarze



Facebook