Archwium > Numer 506 (10/2015) > Kochaj samego siebie > KŁÓCIMY SIĘ O BYLE CO

KŁÓCIMY SIĘ O BYLE CO
Warunkiem uczciwego wejścia w spór czy kłótnię jest modlitwa za drugą osobę. Jeśli się za kogoś nie modlę, nie powinienem zwracać mu uwagi.

Katarzyna kolska: Kochać bliźniego jak siebie samego… Czyli jak?

Michał Kozak MIC: Nie możemy tego przykazania oderwać o tego, co jest na początku, czyli od słów zapisanych w Księdze Powtórzonego Prawa, a przytoczonych w Ewangeliach św. Łukasza i św. Mateusza: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem”. Dopiero potem są słowa: „A bliźniego swego jak siebie samego”. No i musimy sobie powiedzieć, co to znaczy kochać samego siebie, jaką moc i znaczenie te słowa miały w ustach Jezusa, który mówił o umieraniu, o zapieraniu się siebie, o nieszukaniu ochrony własnego życia, i który ostatecznie umarł na krzyżu.

Z kochaniem siebie mamy chyba problem, chociaż świat głośno do nas woła, że sami dla siebie mamy być najważniejsi, że mamy iść za głosem swoich potrzeb, tęsknot, że mamy się realizować.

W moim odczuciu kochanie siebie nie jest możliwe bez miłosnego spojrzenia Pana Boga na nas. Jeśli nie doświadczymy Jego miłości, Jego przebaczenia, to kochanie siebie w całej naszej biedzie, wewnętrznej ciemności i bałaganie jest bardzo trudne.

Jeśli nie wiemy, jak kochać siebie, to tym większy problem możemy mieć z kochaniem bliźniego.

Siebie kochamy bardziej i jakby odruchowo. Jestem przełożonym wspólnoty i widzę, że bardzo łatwo można zacząć stosować różną miarę w odniesieniu do siebie i do współbraci. Trzeba uważnie porównywać, na co pozwalam sobie, a na co pozwalam moim współbraciom, jak traktuję swoje potrzeby, np. co do ubrania, zainteresowań czy książek, a jak traktuję je u brata, który z tym do mnie przyjdzie.

Ale jeśli kogoś bardzo kochamy, jeśli ktoś jest dla nas ważny i jest nam bliski, to z wielu rzeczy – i nie mam tu na myśli rzeczy materialnych – potrafimy dla tej osoby zrezygnować, w wielu wypadkach umiemy ustąpić. Czasami można się w tym pogubić, zatracić i mówić, że „taki jest mój krzyż”.

Pytanie brzmi: Dlaczego tak robimy? Czy jest to rzeczywiście przejaw miłości i chęć służenia drugiemu człowiekowi, czy może ucieczka i potwierdzenie samego siebie. Dźwiganie krzyża może być tylko emocjonalnym biznesem – ja dźwigam krzyż, obnoszę się z nim i w tym upatruję wartość swojej osoby.

Możemy jeszcze po przecinku dodać, że taka jest wola Boża.

Próby maskowania swoich lęków wolą Bożą to są techniki krótkodystansowe i samobójcze.

Mówi ksiądz: ucieczka. Przed czym?

Przed mówieniem prawdy. Przed wejściem w dialog, który wymaga pewnego obnażenia się, stanięcia w bezbronności wobec drugiego człowieka. Mogę powtarzać: Nie będę nic mówił, jest jak jest. Ale jeśli pójdę i powiem, że coś mi się nie podoba, to pokażę swoje wnętrze. To mi nie odpowiada, to według mnie jest głupie, chciałbym, żebyś tak nie robił – takie zdania nas odsłaniają i jednocześnie wystawiają na kontratak, na agresję słowną, wyśmianie czy nawet zlekceważenie. Ktoś długo zbiera się w sobie, ma obawy, jak zostanie przyjęte to, co ma dopowiedzenia, nadstawia głowę i dostanie po tej głowie. No to już woli nic nie mówić. I dorabia do tego bardzo pobożną ideologię.

Ktoś może powiedzieć: Dla świętej, miłej zgody ustąpię, nie powiem, przemilczę.

To zła strategia, piłowanie gałęzi, na której się siedzi. I podkopywanie fundamentu miłości. Nie jest dobrze, jeśli w relacji z drugim człowiekiem rezygnuję w bardzo istotnym stopniu z tego, co jest dla mnie ważne. Miłość to pragnienie, żebym był kochany w całej prawdzie o mnie – nawet z moimi wadami, słabościami i fanaberiami. Jeśli się z tego wycofuję, to znaczy, że wycofuję się z miłości. Pan Bóg mówi: „Chodźcie i spór ze Mną wiedźcie”. Jeśli ktoś nie chce się kłócić, robi wszystko, żeby nie było starcia, to nie ma szansy na głęboką, prawdziwą relację, zwłaszcza jeśli dotyczy to relacji małżeńskiej. Ten drugi człowiek jest w jakiś sposób dla mnie prorokiem, ma mi wskazywać moje słabości, nasze wzajemne odniesienia powinny też być przestrzenią, w której mój stary człowiek we mnie umiera. Jeśli ja tego starego człowieka w sobie dobrze otorbię, obuduję różnymi wytłumaczeniami, sprawię, że małżeństwo stanie się skrajnym kompromisem, to trudno wówczas mówić o realnej więzi. Może to być nie tylko koniec miłości czy jakiś poważny uszczerbek na tej miłości, ale też porzucenie mojej historii zbawienia, drogi, na której uczę się kochać, przebaczać, dźwigać słabości drugiego człowieka. Chęć unikania jakiegokolwiek konfliktu nie jest dobra.

Ale kłótnia kojarzy nam się z czymś złym.

Pewnie tak. Ale Pan Bóg nie mówi: „Chodźcie i kłóćcie się ze mną”, tylko: „Spór ze mną wiedźcie”. Warto więc rozróżnić znaczenie tych słów. Święty Jakub pięknie pokazuje, że kłótnia wyrasta ze złych korzeni, mówi: „Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych” (Jk 4,1).

Nawet jeśli kłótnię zastąpimy sporem, to i tak wiemy, jak to wygląda: puszczają nam nerwy, krzyczymy, mówimy rzeczy, których za chwilę żałujemy, obrażamy się, nie odzywamy do siebie. I zamiast rozwiązać problem, oddalamy się od siebie.

Kłótnia nie jest przestrzenią rozwiązywania problemów i najczęściej nie kłócimy się wcale o to, co jest problemem. Czasami podczas spowiedzi możemy usłyszeć: Wszystko spada na moje barki, mąż mnie nie wspiera, jest niewrażliwy, nie interesuje się domem, nie widzi tego, jaka jestem zmęczona… I na tym samym oddechu: Kłócimy się „o byle co”. To „byle co” pokazuje, że przyczyna kłótni leży gdzieś indziej. Gdy jednak słyszę, że ktoś kłóci się o „swoje racje”, to w głowie zapala mi się czerwone światełko.

Dlaczego?

Bo sama definicja „moja racja” zakłada bardzo subiektywny ogląd rzeczy. I na końcu, jeśli wygramy wojnę, stajemy się samotnymi, smutnymi posiadaczami swojej racji w skłóconym domu. To do niczego nie prowadzi.

Tam, gdzie są ludzie, tam jest spór.

Ma pani rację. Dlatego powiedziałem przed chwilą, że jeśli nie ma sporów, to znaczy, że coś nie funkcjonuje. Ale trzeba wyznaczyć jakieś granice. Biblia mądrze mówi o granicy czasowej: „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce” (Ef 4,26). Myślę też, że koniecznym warunkiem uczciwego wejścia w spór czy kłótnię jest modlitwa za drugą osobę. Jeśli się za kogoś nie modlę, nie powinienem zwracać mu uwagi.

Czy kłótnia jest grzechem?

W kłótni łatwo zgrzeszyć… 

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Michał Kozak MIC - ur. 1961, marianin, doktor teologii dogmatycznej, rekolekcjonista, dyrektor Mariańskiego Domu Rekolekcyjnego "Betlejem" w Sulejówku koło Warszawy. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Przez nich świeci światło

ILE KOSZTUJĄ MARZENIA?

Patrząc na Was, odpoczywam

ZBIEG OKOLICZNOŚCI?

KTO JE UKRADŁ?


komentarze



Facebook